cabaret
fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska / teatrdramatyczny.pl

Czerwone światła, klimatyczna muzyka i pojawia się on, mistrz, który zabiera nas w całkowicie inny świat. Znajdujemy się w przedwojennym Berlinie, w klubie KitKat – który przyciąga obcokrajowców – Willkommen, Bienvenue, Welcome. Dasz się skusić? Zapraszam na recenzję Cabaretu, granego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

Oskarowa wersja

Podejrzewam, że całą historię większość z Was zna ze słynnego filmu z 1972 roku. Ja jednak, o czym wiedzą doskonale moi znajomi, mam duże braki w kinematografii. Nawet jeśli chodzi o musicale. Poszłam więc bez większego przygotowania i nie wiedziałam, czego się spodziewać. To dla mnie nic nowego, zwykle nie czytam recenzji ani opisów, bo lubię, jak spektakl mnie zaskakuje. Tak było i tym razem.

Obserwujemy historię Cliffa, Amerykanina, który przyjeżdża do Berlina, by ukończyć swoją książkę. Już w pociągu poznaje Ernsta Ludwiga, któremu pomaga w ukryciu torby przed kontrolą graniczną. To Ernst proponuje mu pokój i wprowadza do Cabaretu, który odmieni jego życie. Bo tam pozna angielską piosenkarkę kabaretową – Sally.

Klimat burleski

Klimat musicalu jest całkiem inny niż tych, które dotychczas widziałam. Kojarzy mi się z burleską – bo tak wygląda tytułowy Cabaret. Są skąpe stroje, erotyczne tańce i zachęta, przede wszystkim do cielesnych rozkoszy. Ale gdzieś za tym kryją się też ludzkie dramaty. Zderzenie pomiędzy marzeniami a rzeczywistością. Cliff, który przyjeżdża po sławę, w listach okłamuje rodzinę, że książkę już niemal skończył. Tymczasem szuka jakiejkolwiek pracy, która zapewni mu utrzymanie. Przeżywa szok, kiedy Ernst okazuje się kimś całkiem innym niż początkowo zakładał. Sally, która staje przed wyborem pomiędzy spokojnym życiem w Ameryce a atrakcjami, które daje jej scena. Właścicielka pokoju, która nagle ma wybierać między miłością a bezpieczeństwem. A wszystko na tle zbliżającej się wojny i nazizmu, który powoli ogarnia serca bohaterów. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie niesie.

Mistrz Ceremonii mistrzem spektaklu

Musical rozpoczyna Krzysztof Szczepaniak w roli Mistrza Ceremonii i on cały ten musical zdobywa. Jego mimika, gesty, głos sprawiły, że magnetyzował. I jak tylko pojawiał się na scenie, cała reszta mogłaby nie istnieć, bo nie mogłam oderwać od niego wzroku. Polecam zobaczyć chociażby dla niego. Co nie oznacza, że pozostała obsada była kiepska, bo aktorsko musical jest naprawdę na wysokim poziomie. Świetna jest szczególnie Anna Gorajska w roli Sally. Pierwszy raz jednak nie znalazłam mojego ulubionego głosu musicalu. Wszystkie były dobre, ale zabrakło mi takiego ach, które zwykle wbija mnie w fotel i tak pozostawia do końca spektaklu. Trochę szkoda.

Jak ogólnie oceniam Cabaret? Mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony fantastyczna gra Krzysztofa Szczepaniaka i świetnie odegrane sceny zbiorowe, z drugiej niektóre piosenki zupełnie do mnie nie trafiły (może ktoś, kto też widział, wyjaśni mi głębię tej o ananasach, bo w nie do końca rozumiem jej sens), a i klimat nie do końca mój. Momentami się nudziłam. Myślę jednak, że warto zobaczyć, żeby wyrobić sobie własne zdanie – jest to jeden z klasycznych musicali. I oczywiście dla Mistrza Ceremonii.

Szczegóły spektaklu

Obsada:

Mistrz Ceremonii: Krzysztof Szczepaniak

Sally Bowles: Anna Gorajska

Cliff Bradshaw: Mateusz Weber

Ernst Ludwig: Tomasz Budyta

Fräulein Schneider: Agnieszka Wosińska

Fräulein Kost: Magdalena Smalara

Herr Rudolf Schultz: Piotr Siwkiewicz

Lulu: Anna Gajewska

Rosie: Anna Szymańczyk

Franchie: Agata Wątróbska

Helga/Goryl: Natalia Sakowicz

Bobbie: Waldemar Barwiński

Victor: Maciej Radel

Data:

14.01.2017

Ulubieńcy

Ocena musicalu: 6/10

Ulubiona scena: ostatnia scena musicalu, której Wam nie zdradzę

Ulubiony aktor: Krzysztof Szczepaniak jako Mistrz Ceremonii

Ulubiona piosenka:  Kabaret

Widzieliście Cabaret? Zachwycił Was na tyle, że chętnie poszlibyście na niego jeszcze raz? Czy w ogóle Wam się nie podobał? Podzielcie się w komentarzach.