Edyta Krzemień

Jest posiadaczką jednego z najbardziej znanych głosów polskiej sceny musicalowej. Do tego świata trafiła trochę przez przypadek, ale śpiew towarzyszył jej od zawsze. Opowiada, kim mogłaby być, gdyby nie została aktorką, jakie ma musicalowe marzenia i dlaczego od czasu do czasu musi odwiedzić Egipt. Zapraszam Was na Kwietniową musicalną rozmowę z Edytą Krzemień

Musicalna: Na początku chciałam zapytać trochę przewrotnie: wiesz, co robiłabyś, gdybyś nie śpiewała i nie występowała na scenie?

Edyta Krzemień: Wolałabym nie brać takiej ewentualności pod uwagę, ale pewnie coś bym wymyśliła. Mam dużo różnych zainteresowań. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zostać weterynarzem, potem wpadłam na pomysł, że będę dziennikarką, fotografem, sportowcem, politykiem (o zgrozo!). W sumie ile dni, tyle pomysłów. Dorastałam wśród ludzi, którzy uwielbiają podróżować i zawodowo zajmują się turystyką, więc może mogłabym organizować ciekawe wyprawy rowerowe dookoła świata? Co jeszcze? Myślę, że mogłabym pracować w jakiejś kawiarni, bo po pierwsze uwielbiam jeść, a po drugie tworzenie smaków i zapachów dla innych ludzi byłoby super, pod warunkiem, że zajęłabym się tylko tym i moja uwaga byłaby na tym skupiona. Kawiarenka, restauracja, może jakiś domek do wynajęcia gdzieś, z różnymi fajnymi rzeczami, żeby było miło i ciepło. Kiedyś myślałam także o tym, żeby zostać „nosem”, czyli artystą-perfumiarzem. Podsumowując, wszystkie moje wybory koncentrują się na tworzeniu czegoś. Ale szczerze mówiąc, chciałabym nigdy nie musieć rezygnować z muzyki i teatru.

A o czym marzyłaś jako dziecko?

Zawsze marzyłam o tym, żeby śpiewać. Muzyka była i jest moją pasją i nigdy nie myślałam o niej jak o drodze zawodowej, raczej jak o cudownym dodatku do mojego życia. A poza tym, marzenia miałam bardzo proste i takie, o których wiedziałam, że są do zrealizowania prędzej czy później. Trzymałam się zasady: najpierw pomyśl, potem uwierz, a dopiero później marz i spełniaj (cyt. Walta Disneya). Nigdy na odwrót. Bo wielkie nieprzemyślane marzenia to szaleństwo, które jeśli jest nie do zrealizowania, może rodzić poważne frustracje. Więc po co sobie to robić.

To jak zaczęła się Twoja przygoda ze śpiewem?

Śpiew był od zawsze. To było dla mnie takie organiczne, oczywiste, że się śpiewa, że się słyszy muzykę. Takie proste. Wiedziałam jednak, że to wymaga szlifów, pracy itd. Mama pracowała w domu kultury u nas w miasteczku. Stworzyła mi możliwość obcowania ze sceną, sama tworzyła choreografie do piosenek śpiewanych przez naszą dziecięcą grupę wokalno-taneczną. Mikrofon był mi bliski. Choć jak sięgam pamięcią, zanim przyszedł prawdziwy mikrofon, najpierw był dezodorant. I wielka kamera na kasety VHS. Oczywiście przed tą kamerą były cuda. Nagrywaliśmy filmy, minikoncerty i cieszyliśmy się tym, że możemy się później obejrzeć w telewizorze. To wszystko to była wspaniała ucieczka od różnych problemów dojrzewającej dziewczynki. W szkole nie byłam prymusem, a muzyka mnie koiła. I do dzisiaj tak jest. Muzyka potrafi wpłynąć na to, jaki mam dzień. W szkole średniej trafiłam do bardzo muzykalnej klasy. Mimo że była to klasa ogólna, było w niej mnóstwo talentów. Większość dobrze śpiewała, koleżanka grała na gitarze, ja grałam na perkusji i śpiewałam. Nauczycielka muzyki, p. Hanna Malska, zasugerowała mi zdawanie do szkoły muzycznej. Miałam 19 lat. Dostałam się i powoli zaczęła się moja przygoda z myśleniem o muzyce jako o zawodzie, w którym mogłabym się realizować w przyszłości.

Dlaczego akurat musical?

Długo nie wiedziałam, czym jest musical, dowiedziałam się bardzo, bardzo późno. Miałam 19 lat. To były też inne czasy. Musical w Polsce to były dwa, może trzy ośrodki: w Warszawie Teatr Muzyczny Roma, w Gdyni Teatr Muzyczny im. D. Baduszkowej i Teatr Rozrywki w Chorzowie. A przynajmniej ja miałam taką wiedzę. Pochodzę z maleńkiej miejscowości na południu Polski i myślałam, że świat się kończy tuż za naszym lasem. Nie miałam pojęcia, że istnieje coś poza tym, co puszczają w radiu. W szkole muzycznej chodziłam na dodatkowe zajęcia z interpretacji piosenki aktorskiej do pana Andrzeja Zaryckiego. Śpiewałam u niego piosenkę Marii Magdaleny z Jesus Christ Superstar i to on mi powiedział: Ty masz taki musicalowy głos, nie całkiem operowy, nie całkiem rozrywkowy, tylko taki… musicalowy. Nie wiedziałam, co to właściwie znaczy. Znalazłam w internecie ogłoszenie o Wakacyjnym Kursie Musicalowym w Teatrze Roma. Stwierdziłam, że pojadę do tej Warszawy, zobaczę, czym ten musical jest. I faktycznie, pamiętam jak po kilku zajęciach mnie olśniło i powiedziałam sobie: tak, w tym odnajdę swoje miejsce. I tak zaczęła się moja droga, której momentami nie rozumiem, ale zdecydowanie, póki co, chcę na niej być. W musicalu zakochiwałam się powoli, poznawałam ludzi, którzy mnie zarażali swoją pasją. Reżyserów, ale też kolegów, od których cały czas się uczę. Pamiętam, jak z Kubą Wocialem oglądaliśmy musicale na płytach, które przywoził z Niemiec. Potrafiliśmy przesiedzieć całe dnie i noce, żeby wszystko ogarnąć, totalnie zakochać się w tym gatunku i i tą pasją dzielić się na koncertach, recitalach. To było jak już pracowałam w Teatrze Roma. Ale samo to, że się dostałam do teatru, jest ogromnym szczęściem. To mógł być zupełnie inny scenariusz, inny pomysł realizatorów na obsadzenie kogoś w roli Christine Daaé Upiorze w Operze. Reżyser mógł w każdej chwili zmienić koncepcję na tę postać, wybrać doświadczone aktorki, a nie trzy debiutantki. Razem z Kają Mianowaną i Pauliną Janczak niejednokrotnie rozmawiamy o tym, jak trudne zadanie dostałyśmy na start, ale jak bardzo rola Christine Daaé otworzyła nam drzwi na ten teatralno-muzyczny świat. Nie poprzestałyśmy na jednej roli. Od 10 lat pracujemy w teatrach w całej Polsce z tą samą pasją, zaangażowaniem i to jest cudowne.

Rola Christine to był Twój debiut, głośny debiut. Jak wspominasz casting i otrzymanie tej roli?

Upiór w operze

To był zbieg okoliczności, że już w szkole muzycznej przygotowywałam sobie te partie. To ważne, żeby zapoznać się z materiałem wcześniej i mieć w głowie jakieś pomysły na daną rolę. Pamiętam, że od razu zakochałam się w tym tytule i byłam bardzo zdeterminowana, żeby tę rolę dostać. Na castingu siedziałam osiem godzin w kulisach, byłam „awaryjną” Christine, gotową do śpiewania w każdym momencie duetów czy tercetów. Mam wrażenie, że trochę zostałam zapamiętana przez to, że miałam taką chętną do pracy energię. Było pięć naprawdę trudnych etapów i mnóstwo ludzi, jakaś rekordowa liczba wtedy. Pamiętam, że z etapu na etap rosła ta wiara we mnie. Przy piątym wiedziałam, że nie mogę odpuścić, chociaż bardzo kiepsko mi szło tego dnia, męczyłam się potwornie. Byłam tak zestresowana, tak bardzo mi zależało, że nie byłam w stanie śpiewać. To było straszne. Nie wiedziałam, jak radzić sobie ze stresem w tak młodym wieku. I wkurzałam się na siebie, co się dzieje, że nie mogę tej wokalizy zaśpiewać czysto i wyciągnąć najwyższych dźwięków. Czasem, jak się czegoś bardzo chce, to jakby się wszystko traciło. Po prostu mnie zatkało. Ale dano mi tę szansę i dostałam się do teatru. W trakcie prób musiałam bardzo dużo nadrobić. Nie wiedziałam, jak pracować z orkiestrą, ze światłem, kostiumem, scenografią. Do tego wokalnie ciągle było coś do poprawienia. A to nieczysto, a to barwa zła, a to zła fraza czy interpretacja. Te ponad 600 spektakli to była niekończąca się szkoła wokalno-aktorska. Ale nauczyło mnie to niesamowitej pokory, cierpliwości i determinacji. Ta rola mnie zahartowała na kolejne lata w tym zawodzie, czyli już prawie dziesiąty rok.

Czyli Upiór wszystko zaczął. Co było dalej?

Les Misérables

Dalej byli Nędznicy (Les Misérables), kolejny duży tytuł w Teatrze Roma. I rola, którą dostałam przez szczęśliwy zbieg okoliczności. Przygotowywałam się do innych, do Cosette, do Eponine, ale nie do Fantyny. Natomiast Wyśniłam sen to mój ulubiony numer z tego musicalu. Wiedziałam, że na tę rolę jest jeszcze za wcześnie. Miałam 25 lat i wydawało mi się, że Fantyna powinna być starsza, bardziej doświadczona życiowo. W tym czasie kolega przygotowywał w Teatrze Roma koncert z młodzieżą z Warsztatowej Akademii Musicalowej i powiedział, że skoro będę gościem, mogę zaśpiewać, co chcę. Pomyślałam: dobra, to skoro prawdopodobnie nie zagram nigdy Fantyny, to sobie jej song zaśpiewam chociaż na koncercie. Tak się złożyło, że na koncercie akurat był dyrektor. I potem mi powiedział: dlaczego nie przyszłaś na casting z Fantyną? Przecież do tego pasujesz. Na drugi dzień zrobili dla mnie dodatkowy casting. To był pierwszy i ostatni raz, że ktoś we mnie uwierzył bardziej niż ja w siebie, jeżeli chodzi o daną rolę. Fantyna bardzo wpisała się w moje życie. Przemyciłam siebie w tej postaci.

Potem się rozpędziło, tych ról zaczęło być coraz więcej…

Ghost

Tak, rozpędziło się, bo musiałam odejść z Teatru Roma. Nie było dla mnie miejsca wraz z nadejściem Deszczowej piosenki i Alladyna. Wiedziałam, że trzeba „zwijać żagle” i albo wracać na swoje podwórko, albo szukać gdzie indziej. Pojechałam wtedy na castingi do musicali Sweeney Todd w Teatrze Rozrywki w Chorzowie i Tarzan w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Dostałam się do obu produkcji i wyjechałam w drogę, która trwa do dziś. Na chwilę wróciłam do Teatru Roma do koncertów: Ale Musicale! Najlepsze z Romy. Upiór w Operze został przeniesiony do Opery Podlaskiej w Białymstoku, gdzie odbyło się ponad 100 spektakli. Od roku 2013 zagrałam kolejne role w musicalach: Jekyll&Hyde, Ghost, Zakonnica w przebraniu czy w muzycznym monodramie Opowieści Zimowe. Zaśpiewałam w ponad 100 koncertach w filharmoniach polskich z repertuarem musicalowym i nie tylko. Rozpoczęłam wspaniałą współpracę z kompozytorem Zbigniewem Preisnerem. Teraz po czterech latach rozłąki z Teatrem Roma nastąpi mój powrót. Powrót do domu i do Warszawy. Szykujemy nową premierę, będzie to musical Piloci, inspirowany wydarzeniami historycznymi z lat 30. i 40. ubiegłego wieku, przede wszystkim związanymi z Bitwą o Anglię. To także pełna emocji opowieść o miłości brutalnie przerwanej przez II wojnę światową, o wielkim uczuciu łączącym Jana, młodego polskiego lotnika i Ninę, warszawską aktorkę kabaretową i piosenkarkę. Mogę zdradzić jedynie tyle, że będzie się naprawdę dużo działo.

Czyli żyjesz na walizkach?

Tak, od czterech lat. Wszyscy tak żyjemy. Wszyscy, którzy zdecydowali się na życie związane z muzyką i teatrem. Zaczęłam jeszcze uczyć śpiewać naszą młodzież musicalową. Od zeszłego roku na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie prowadzę zajęcia z emisji głosu ze studentami Wydziału Wokalno-Aktorskiego o specjalizacji: musical.

Która z ról była dla Ciebie największym wyzwaniem?

Opowieści Zimowe

Wszystkie są niesamowitym wyzwaniem. Ale w ostatnim czasie na wyróżnienie zasługuje mój monodram muzyczny Opowieści Zimowe, na podstawie cyklu December Songs Maury’ego Yestona. To bardzo emocjonalna opowieść i mam w niej nie lada wyzwanie prowadzić widza przez świat kobiety po jej rozstaniu z mężczyzną, pokazując różne etapy jej radzenia sobie z tą sytuacją. Historia przedstawiona jedynie muzyką w połączeniu z drobnymi symbolami i projekcją malarską w tle. Myślę, że ten spektakl mocno pobudza wyobraźnię i na tym mi ogromnie zależało. Jest tam dużo przestrzeni na doznania widzów. Zostawia wiele wątków do przemyśleń i własnych interpretacji. To jest wspaniałe. Poza tym każda z powierzonych mi ról była wyzwaniem na różnych płaszczyznach. Christine – cieszę się, że dostałam tę rolę dziesięć lat temu, bo teraz jak nam przychodzi do odtwarzania pewnych scen z Upiora w operze, to taki dorosły mózg za dużo analizuje. Christine jest młodziutka, bezbronna i bardzo ufna, świeża i zapatrzona w swojego Anioła Muzyki. Ten opis pasuje do dwudziestolatki. Poza tym Christine jest w prawie każdej scenie, non stop śpiewa. Nigdy później nie miałam takiego wyzwania, że jest utwór za utworem i hit za hitem przez prawie trzy godziny. Les Misérables – Fantyna, umiera w 25 minucie, jeden song, dwie mniejsze sceny i finał. Ale tutaj wyzwanie aktorskie – dramat kobiety, która traci wszystko, ogromne emocje. Sweeney Todd – Joanna to rola perełka. W reżyserii A. Bubienia była „dziwna”. Inna. Psychodeliczna. To było bardzo ciekawe aktorskie zadanie. Potem Tarzan – Kala. Wcielenie się w rolę małpy, chodzenie na dłoniach, na kostkach dłoni plus cała fizjonomia ruchu. Później Jekyll&HydeEmma, romantyczna i jednocześnie silna kobieta. Ghost: Uwierz w Ducha – Molly, wyzwanie przede wszystkim wokalne, musical w stylistyce pop. Poza tym nie epokowa sukienka, a dżinsy, sweter, włosy nieuczesane, prawie bez makijażu, wszystko sauté. I dramat dziewczyny po utracie ukochanej osoby. Zakonnica w przebraniu, czyli przezabawna komedia z zakonnicami w roli głównej. Uwielbiam to oglądać i grać moją siostrę nowicjuszkę Marię Robert. W tym musicalu jest też taniec, co mnie ogromnie cieszy. Zawsze mi tego brakowało, bo grałam postacie głównie śpiewające. Wszędzie śpiewam, śpiewam, śpiewam i nigdzie mi nie dają zatańczyć, a ja chcę tańczyć (śmiech). Teraz też się cieszę, bo w Pilotach będzie sporo choreografii. Nowe wyzwanie, fajnie. Wyzwania są jedną z ciekawszych stron tego zawodu, to jest takie neverending story, zawsze od początku trzeba zaczynać. Biała kartka i do dzieła.

Masz wymarzoną rolę?

Evita (koncert)

Nie wiem, czy to jest możliwe u nas w Polsce, żeby była druga część Upiora w operze, czyli Love Never Dies. Chciałabym zagrać Christine ponownie, te dziesięć lat później, to by było super na pewno, taka kontynuacja. Uwielbiam tę muzykę i wbrew obiegowej opinii uważam, że jest wielkim dziełem. Z innych ról to myślę, że Wicked, czyli Elfaba. Miłośnikom musicalu nie muszę tłumaczyć dlaczego. Chciałabym także zagrać w musicalu Once. Na pewno niespełnionym marzeniem jest Evita. Miałam podejście do Evity w Teatrze Muzycznym w Poznaniu, ale byłyśmy obsadzone we cztery, a ja w tym czasie miałam próby do musicalu Ghost. Po prostu nie nadążałam za tym, co się dzieje na próbach do Evity, dla mnie to było wszystko za szybko, nie miałam nawet okazji wejść na scenę, bo było bardzo mało czasu do premiery i za dużo obsad. Pierwszy raz w życiu odpuściłam. Poszłam do reżysera i powiedziałam: wiesz co, to nie ma sensu, są tu trzy dziewczyny świetnie przygotowane, ja się po prostu muszę poddać. Mam nadzieję, że kiedyś wróci, bo to jest rola dla dojrzałej kobiety, aktorki. Jeśli mogę tu zaafiszować swoje jeszcze jedno marzenie, to rola w musicalu u Wojciecha Kościelniaka, poproszę (śmiech). Marzę także o śpiewaniu w Cirque du Soleil. Przeszłam kwalifikacje, jestem w bazie wokalistów, także może pewnego dnia wyruszę z nimi w kolejną drogę.

A inne marzenia?

Chciałabym nagrać solową płytę.

Pamiętasz pierwszy musical, jaki zobaczyłaś na żywo?

Sweeney Todd

To był dopiero Taniec Wampirów, czyli długo po tym, jak musical w Polsce się osadzał. Pojechałam z rodzicami. Pamiętam, że przez połowę pierwszego aktu zastanawiałam się, czy to jest naprawdę, na żywo, czy z taśmy. To było po prostu doskonałe. Ale dużo wcześniej, na lekcji francuskiego w liceum, obejrzałam na VHS Notre Dame de Paris. Zakochałam się w tym musicalu, z klasą robiliśmy własne aranżacje piosenek i razem z koleżankami jeździłyśmy na konkursy wieńczone wyróżnieniami. To było moje pierwsze zetknięcie z musicalem. Potem były Koty i cała reszta. A później wyjechałam do Londynu i zwariowałam. Oliver Twist, Król Lew, Miss Saigon, Wicked. Trzeba jechać znowu, bo są już nowe rzeczy i trzeba zobaczyć, co się tam dzieje.

A ulubiony musical?

Król Lew. To jest coś, w czym prawdopodobnie nigdy nie zagram, gdyż obsada jest w 98% ciemnoskóra. To bajka w teatrze, w którym grają ludzie i lalki, wspaniałe kostiumy i scenografia, światło, świetna choreografia plus piękna historia z przekazem. Po prostu genialny musical, genialna muzyka i genialna realizacja. Wyszłam po tym spektaklu z butów i fruwałam ponad chmurami.

Jakie masz sposoby na relaks?

Podróże. Ale zagraniczne podróże. Zawsze jak jestem bardzo zmęczona, to wyjeżdżam, gdziekolwiek. Uwielbiam jeździć, uwielbiam Egipt – dwa, trzy lata temu byłam tam 6 razy w ciągu roku. Oni tam mają wszystko, co jest mi potrzebne do zresetowania: słońce, rafy koralowe, piękne plaże oraz co najważniejsze… prostotę. Poza tym uwielbiam relaks w gronie najbliższych ludzi, a także nicnierobienie, spanie, dobre jedzenie, smaczne wino do kolacji. Taki totalny przepływ życia, żeby się działsamo. Musimy wszyscy się w naszym zawodzie balansować, bo jednak nasza praca to połączenie tworzenia z dużą dawką adrenaliny. To powoduje, że cała energia się non stop ulatnia i jest jej coraz mniej i mniej. I żeby się nie wypalić, nie spalić w tym, nie skoczyć na główkę, to musimy być rozsądniwprost proporcjonalnie do wysiłku, wypoczywać.

Masz koty?

Tak, mam koty. Są super relaksujące. O! to była moja myśl z dzieciństwa, że będę weterynarzem, ze względu na koty oczywiście. Ale potem ktoś mi powiedział: a poradzisz sobie, jak będziesz musiała robić operacje np. krówkom? I wtedy powiedziałam: ja tylko kotki (śmiech).

Na koniec: gdzie Cię będzie można zobaczyć w najbliższym czasie?

Jeżeli chodzi o kalendarz, wszelkie informacje zamieszczam na swoim oficjalnym Facebooku. Niebawem reaktywuję także stronę internetową. Będzie Jekyll&Hyde, Ghost, Zakonnica w przebraniu, koncerty, także nagrania dla Zbigniewa Preisnera. Ale przez najbliższe pół roku będzie u mnie trochę więcej ciszy, podczas której skupię się na próbach do nowej premiery w Teatrze Muzycznym Roma. Poza tym pracuję nad czymś jeszcze. Ale to w swoim czasie opowiem 🙂 

Serdecznie zapraszamy Was na fanpage Edyty Krzemień, tutaj możecie jej też posłuchać.

Widzieliście Edytę na scenie? A może słyszeliście ją na koncercie? Lubicie jej głos? Ja, przyznam szczerze, dopiero ostatnio, na musicalu Ghost, usłyszałam ją po raz pierwszy na żywo. Z pewnością jednak nie ostatni.