WickedNa początku roku stworzyłam listę musicalowych marzeń. Znalazło się na niej między innymi dwanaście musicali w ciągu roku (jestem na dobrej drodze, za mną już dziewięć), koncert musicalowy (rewelacyjny), znalezienie idealnego męskiego głosu (nadal szukam). Pierwsze miejsce zajął jednak musical, w którym zakochałam się na długo przed tym, zanim udało mi się zobaczyć go na żywo. Powoli odkrywałam w nim najpierw muzykę, bohaterów, potem całą historię – wszystkie te elementy sprawiły, że gorąco pragnęłam go zobaczyć. Dzisiaj opowiem Wam, jak to marzenie udało się spełnić.

Po raz pierwszy z Wicked zetknęłam się przy okazji coveru Defying gravity w wykonaniu Studia Accantus (nie, nie płacą mi za reklamę) trochę ponad rok temu. Piosenka nie tylko zachwyciła mnie wykonaniem Sylwii, lecz także, a może przede wszystkim, przesłaniem. Bardzo szybko sięgnęłam po kolejne utwory z musicalu w wykonaniu Studia, potem przeszłam na oryginalny soundtrack i bootlega. Coraz bardziej fascynowała mnie historia Elfaby i Glindy – wiedziałam, że muszę ją zobaczyć na żywo. Wicked to uniwersalna opowieść o odcieniach miłości i wbrew pozorom na pierwszym planie wcale nie jest uczucie między kobietą a mężczyzną, lecz prawdziwa przyjaźń oraz walka o samoakceptację i miłość do siebie. W historii Elfaby w wielu momentach widziałam własną. Mimo marzeń i petycji, na chwilę obecną nie mamy szans na wystawienie tego musicalu w Polsce. Na Broadway aktualnie mnie nie stać, pozostał Londyn. Od początku roku strony z tanimi lotami były stałym punktem historii przeglądarki.

Przypadkowe kliknięcie

Jak to zwykle bywa, udało się przez przypadek. W maju moja komputerowa myszka zaczęła się psuć i czasami nie mogłam nad nią zapanować. Zamiast wejść na Facebooka, uciekła mi, klikając w przypiętą do zakładek stronę z tanimi lotami. Chciałam od razu ją zamknąć, jednak moim oczom ukazały się Tanie loty z Poznania do Londynu. Lipiec. Sprawdzam, czy grają wtedy Wicked – grają. Szybki telefon do koleżanki, kilka prób zakupu (płatność odrzuciło mi trzy razy!). I nagle jest. Na moim mailu – potwierdzenie zakupu. Kilka minut wpatrywałam się w ekran. Lecimy do Londynu!!! Dwa miesiące wydawały się odległym czasem, minęły jednak bardzo szybko. W międzyczasie zarezerwowałyśmy nocleg (przez stronę Airbnb – jeżeli jeszcze nie korzystaliście, ten kod da Wam 100 zł zniżki na pierwszą podróż), zaplanowałyśmy, co chcemy zobaczyć. Nadszedł lipiec, a my już stałyśmy na poznańskiej Ławicy w oczekiwaniu na wylot.

Day seats

Szok i niedowierzanie pojawiały się na twarzy każdego, komu mówiłam, że nie mamy jeszcze na Wicked biletów, a jest głównym punktem naszej wycieczki. Dlaczego nie kupiłyśmy ich wcześniej? Ze względów finansowych. Na West Endzie istnieją day seats – bilety, które sprzedawane są tylko w dniu spektaklu. Ich główną zaletą jest cena – na Wicked za taki bilet zapłacimy £29,50. I to za pierwszy rząd! Dla porównania bilet w drugim rzędzie kosztuje już £74,75, a najdroższe miejsca nawet £125,00. Przy przeliczeniu na złotówki, daje to astronomiczne kwoty, na które nie mogłam sobie pozwolić, a lecieć specjalnie po to, żeby oglądać spektakl z najtańszego ostatniego miejsca o ograniczonej widoczności? To nie wchodziło w grę. W sobotę, po całych trzech godzinach snu, pod teatrem byłyśmy już o 6:15. Kasę otwierali o 10:00.

Musicalowi szaleńcy

Środek wakacji, ciepło, przyjemnie, wygodne miejsce na schodach, pyszna kawa z niedalekiego McDonalda. Myślicie, że czekanie w kolejce jest bardzo męczące? Wręcz przeciwnie. Można poznać niesamowitych ludzi, a ich musicalowe szaleństwa są dużo większe od naszych. W kolejce byłyśmy drugie. Przed nami kobieta, która Wicked widziała dzień wcześniej – ustawiła się jednak w kolejce po 7, a miejsce z boku nie do końca ją satysfakcjonowało. Przyszła więc po raz kolejny, tym razem już przed szóstą. Pojawiła się też wielka fanka musicalu (oczywiście w wickedowej koszulce), która widziała go już chyba kilkanaście razy. Z przyjemnością słuchałam jej opowieści o różnych obsadach i innych aspektach spektaklu. Bardzo przyjemna była też rozmowa z Francuzką, która na Wicked szła czwarty raz, przywiozła też swoją koleżankę, z którą dzień wcześniej dzięki day seats widziały Les Misérables. Z Francji mają tylko dwie godziny statkiem. Jak z tego nie korzystać?

Najlepsze miejsca

Z czasem ludzi przybywało, w pewnym momencie w kolejce było kilkadziesiąt osób. Na każdy spektakl są dwadzieścia cztery bilety day seats, a ponieważ w sobotę grane są dwa spektakle, w puli było czterdzieści osiem biletów. Jedna osoba może kupić maksymalnie dwa. Nie wiem, czy wszystkim udało się je dostać. My jednak miałyśmy miejsca na samym środku. Lepszych nie można było sobie wymarzyć.

Przyznaję, że staram się oszczędzać na biletach na musicale, dlatego zwykle wybieram tańsze miejsca. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak duży błąd popełniałam. Pierwszy rząd w Apollo Victoria Theatre był jak spełnienie marzeń. Świetny widok na scenę, a przede wszystkim na aktorów – ich mimika była wspaniała, a czasem miałam wrażenie, że patrzą prosto na mnie. O obsadzie pisałam Wam w recenzji, dlatego teraz ograniczę się do jednego wniosku: nigdy więcej ostatnich rzędów za najniższą cenę. Mniej jeść, za to zapewniać sobie takie widoki, jak ten.

The Theatre Cafe

Jednym z miejsc, które koniecznie chciałam odwiedzić, była specyficzna kawiarnia – The Theatre Cafe. Nie tylko ze względu na wyjątkowe menu, nie dlatego, że z głośników zamiast radia leciały największe musicalowe hity, nie ze względu na masę plakatów z autografami, ale przez miotłę. Nie, nie taką zwyczajną – miotłę z premiery Wicked w Londynie. Tę, przy pomocy której Elfaba pokonała grawitację. Jeżeli będziecie kiedyś w Londynie, koniecznie zajrzyjcie do tej kawiarni. Klimat jest niesamowity.

Londyn w weekend

Oczywiście dwa dni to naprawdę mało, żeby zobaczyć większość atrakcji tego miasta, dlatego postawiłyśmy na klasykę – Big Ben, Westminster, Buckingham Palace, Soho, British Museum. Dodatkową atrakcją było Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, a w nim świetna przygoda z Sherlockiem Holmesem. Czerwone autobusy zaliczone, zamiast Fish and Chips fantastyczne burgery, a jako pamiątka przywiezione pudełko herbaty. Dwa dni, bardzo intensywne, ale dające mnóstwo radości.

Czy było warto?

Dla mnie ten wyjazd wart był każdego wydanego pensa i każdej spędzonej w kolejce minuty. Niesamowity musical, piękne miasto, wspaniała pogoda (ponoć była lepsza niż w Polsce, w niedzielę termometry pokazywały 27 stopni). Wspomnienia, które na długo pozostaną żywe w pamięci. Następny cel? Król Lew. A skoro w sobotę są grane dwa spektakle, to pewnie znowu zahaczę o Wicked. Tego musicalu nie da się obejrzeć tylko raz.

Kto z Was widział Wicked? Zgadzacie się z moją opinią? Często bywacie w Londynie? Co możecie polecić na następny wyjazd?