w LondynieTrudno mi uwierzyć, że od wyjazdu do Londynu minęły już prawie dwa miesiące. Lubię wracać myślami do tego czasu, przeglądać zdjęcia czy wspominać rewelacyjne Wicked, które szturmem zdobyło moje serce i bez najmniejszych problemów stało się najlepszym musicalem, jaki w życiu widziałam. Myślę, że nadszedł czas, żeby na Londyn spojrzeć z dystansu. I to pod kątem wpadek, które zaliczyłyśmy podczas naszej pierwszej wizyty w stolicy Wielkiej Brytanii. Oto 20 rzeczy, których nie powinnaś robić w Londynie.

Nie licz na to, że autobus zatrzyma się dlatego, że stoisz na przystanku.

Kiedy trzy razy okrążysz dworzec, na którym wysiadłaś z autobusu z lotniska, w końcu szczęśliwe znajdujesz przystanek, z którego dojedziesz na miejsce noclegu. Widnieje nawet numer oczekiwanego autobusu. Eureka. Problem w tym, że za kilka minut widzisz, jak ten autobus przejeżdża sobie obok Ciebie i jedzie dalej. Być może dlatego, że nie zamachałaś, żeby się zatrzymał (a powinnaś!), a może dlatego, że…

Nie patrz w lewo, wyglądając autobusu.

No właśnie. Wszyscy wiemy, że w Anglii jest ruch lewostronny. Ale i tak autobusu wypatrujesz nie z tej strony, co trzeba. Nauczysz się. Kiedyś.

Nie próbuj zapłacić za autobus kartą walutową.

Udało się! Autobus się zatrzymał, wsiadasz. I próbujesz zapłacić za bilet kartą walutową (bilety papierowe trudno zdobyć gdziekolwiek, karty oyster nie opłacało się wyrabiać). Przykładasz więc swoją kartę walutową do czytnika. I nic. Nie wchodzi. Okazuje się, że wejdzie polska karta debetowa. Szkoda tylko, że zostawiłaś ją w Polsce. Żeby nie narażać się na duże straty, jeśli Cię okradną. Cóż.

Nie licz na to, że ciąg numerów oznacza dokładny adres.

Szczęśliwie dotarłaś na miejsce, aplikacja w telefonie doprowadziła Cię tam, gdzie powinien znajdować się dom, w którym nocujesz. Powinien. W końcu ten ciąg cyfr przy adresie to chyba numer domu? Niestety. To tylko postcode. Dobra wiadomość jest taka, że nocujesz w którymś z dwunastu domów, które ten kod obejmuje. Zła jest taka, że nie wiesz, w którym dokładnie.

Nie włamuj się do domu, do którego masz klucze, ale nie umiesz z nich skorzystać.

To miłe, że nie będziesz nocować na dworcu, a w domu, za który już wcześniej zapłaciłaś. Dostałaś w końcu jego numer, masz klucze. A że nie umiesz otworzyć zamka? W Anglii zamki są dziwne, nie przejmuj się. Za dziesiątym razem się uda.

Nie oczekuj normalnych gniazdek.

Telefon naładowany tuż przed samym odlotem, dwa power banki, ładowarka. Mamy tam dwie noce, w nocy się naładuje telefon i cały dzień pójdzie relacja na instastory, może nawet w kolejce po bilet obejrzymy jakiś film? Tak, to świetny pomysł – pod warunkiem, że nie zapomnisz o tym, że w Wielkiej Brytanii są inne gniazdka. I żeby naładować telefon swoją ładowarką, musisz mieć przejściówkę. Oczywiście możesz ją kupić w każdym sklepie, w końcu to inwestycja, która zaprocentuje. Chyba. Bo nie wiesz, czy przyjedziesz do tego kraju w najbliższym czasie. Lub w ogóle.

Nie frustruj się z powodu osobnych kranów z ciepłą i zimną wodą.

W końcu w domu też kiedyś miałaś dwa oddzielne kurki. Jakieś dwadzieścia lat temu. Powrót do przeszłości bywa fajny. Chyba że jest pierwsza w nocy, Ty musisz wstać o 5, żeby już chwilę po 6 być pod teatrem, a masz wybór pomiędzy wrzątkiem a rozpuszczonym lodem. Wtedy to aż tak nie bawi.

Nie chodź na palcach przy drzwiach, które okazują się drzwiami na podwórko, a nie do pokoju współlokatorów.

Skąd miałaś wiedzieć? Przecież wyglądają dokładnie tak samo.

Nie próbuj otwierać okien do wewnątrz.

Jeszcze się nie nauczyłaś, że oni lubią wszystko robić na odwrót? Otwierają się na zewnątrz. Filmy nie kłamią.

Nie zdziw się, że do herbaty w McDonald’s dostaniesz mleko.

Udało się, jesteś druga w kolejce po bilety na Wicked. To nic, że przed Tobą prawie cztery godziny czekania, aż otworzą kasy. Niedaleko jest McDonald’s. Kupujesz w nim kawę z mlekiem i herbatę… z mlekiem. Co kraj, to obyczaj. A ta wersja jest nawet smaczna.

Nie oszczędzaj dłoni na oklaskiwaniu musicalu.

Bo masz do tego tylko 1 szansę. Słownie: jedną. Nie będzie bisów, nie będzie kilku odsłonięć kurtyny. Jedne brawa i koniec. Ach, ta angielska powściągliwość.

Nie oczekuj, że na każdym rogu będzie czekało fish&chips w normalnej cenie.

Chyba najbardziej popularne angielskie danie. Wydaje Ci się, że będzie wszędzie: w każdej knajpie, w budce. Czasem je znajdziesz. W cenie, która jest 1/3 ceny biletu na Wicked. Albo nawet jego połową. Nagle okazuje się, że rybę z frytkami dużo taniej zjesz nad polskim morzem. Za to możesz wybrać pysznego burgera.

Nie zdziw się, jeśli Anglik, który przyjmuje od Ciebie zamówienie, okaże się Polakiem na Wyspach.

Szczególnie wtedy, jeśli koleżanka będzie Ci tłumaczyć, co właśnie powiedział o rodzajach wysmażenia burgerów. On się na tym świetnie zna. Przy okazji pogadacie sobie o życiu tutaj. I przyniesie Ci rewelacyjne burgery.

Nie trać nadziei, gdy wymarzona kawiarnia jest zamknięta, mimo że powinna być otwarta.

Z przejęciem patrzysz to na zegarek, to na tabliczkę przy drzwiach. Powinna już być otwarta. Powinna. Przyglądasz się plakatom musicali. Wiesz, że w środku czeka na Ciebie miotła Elfaby z premiery Wicked na West Endzie. Czekasz. Na Twitterze piszą, że dzisiaj wyjątkowo otwierają później. Nie martw się. Jak przyjdziesz jeszcze dwa razy i poczekasz pół godziny przed wejściem, w końcu otworzą. A kiedy, popijając Gravi-tea, siedząc tuż obok miotły, będziesz słuchać z głośników Defying gravity, będziesz wiedziała, że warto było czekać.

Nie przepraszaj figury woskowej za to, że stanęłaś jej na drodze.

Kiedy przechadzasz się między figurami, robisz z nimi zdjęcia i zachwycasz się detalami, zauważasz, że stanęłaś tuż przed obiektywem pani, która chce zrobić zdjęcie. Szybko przepraszasz i usuwasz się na bok. Pani nawet nie podziękowała. Nie drgnęła o milimetr. Może dlatego, że też jest z wosku. Tak bywa.

Nie zdziw się, jeśli w Muzeum Madame Tussauds zażyczą sobie £17 za zdjęcie.

Jeździsz sobie kolejką po muzeum, w pewnym momencie robią Ci zdjęcie. Myślisz, że będziesz miała fajną pamiątkę z tej wycieczki. Podajesz pani numer zdjęcia i zadowolona wręczasz jej banknot pięciofuntowy. Pani patrzy na Ciebie dziwnie, po czym mówi, że zdjęcie kosztuje siedemnaście funtów. Siedemnaście funtów?! Pokornie przepraszasz i się wycofujesz. Ktoś widział wyjście ewakuacyjne?

Nie kupuj pocztówek droższych niż 10 pensów.

Będą kusiły na każdym rogu, piękne, kolorowe i po 2 funty. Ok, idziesz dalej, znajdujesz za 50 pensów. Może to już czas? Poczekaj, kup te za 10 pensów. I tak za znaczek zapłacisz 15 razy więcej.

Nie licz na to, że kartka dojdzie do Polski wcześniej niż za miesiąc.

Co z tego, że wszyscy już dawno zapomnieli, że tam byłaś. Już przełknęłaś tę gorycz, że zmarnowałaś tyle pieniędzy na kartki i znaczki, które zginęły w otchłani zapomnienia. A tu taka niespodzianka. Kartka odwiedziła w Polsce miejsca, w których nawet nie byłaś. W końcu to logiczne, że do każdego miejsca w Polsce kartka z UK idzie przez Piotrków Trybunalski.

Nie daj się zmylić oznaczeniu „Priority line”

Wydaje się, że to jedyne wejście do strefy odpraw, ale przecież masz zwykły bilet. Jednak kiedy obejdziesz lotnisko trzy razy, godzina odlotu nieubłaganie się zbliża, w końcu nieśmiało pytasz w informacji, którędy iść. Tak, miałaś rację na samym początku. „Priority line” to tylko zmyłka dla takich nieogarniętych turystów jak Ty. Szybko idziesz, żeby przypadkiem nie spóźnić się na boarding. Nie spiesz się. I tak utkniesz w kilometrowej kolejce.

Nie mów, że to jedyna podróż do Londynu w Twoim życiu.

Bo raczej tak nie będzie. Nastaw się na to, że już w samolocie powrotnym do Polski zaczniesz planować kolejną. Wicked nie da się obejrzeć tylko raz. A przecież czeka Cię jeszcze tyle musicali. I Tower Bridge, z którego zrezygnowałaś, bo bolały Cię nogi. Nie widzieliście przypadkiem tanich biletów z Poznania?

To takie krótkie podsumowanie naszej cudownej przygody. Macie na koncie jakieś wpadki z wyjazdów? Koniecznie się nimi podzielcie. A może w najbliższym czasie wybieracie się do Londynu? Może nasze wskazówki okażą się przydatne 🙂