sylwia banasik
fot. Kamil Szczurowski

Witam Was serdecznie w marcowej Musicalnej rozmowie. Tym razem moim gościem jest osoba, która do tej pory jako jedyna swoim śpiewem doprowadziła mnie do łez. Gra w musicalach, nagrywa piosenki, śpiewa na recitalach. A ja miałam szczęście słyszeć ją we wszystkich tych odsłonach i, uwierzcie mi, w każdej zachwyca. Rozmawiałyśmy o tym, dlaczego porzuciła karierę koszykarki, czemu nie słychać jej w radiu i czy trudno strzela się z kuszy. Przed Wami Sylwia Banasik – zapraszam na wywiad.

 

Musicalna: Pamiętasz swój pierwszy występ na scenie?   

Sylwia Banasik: Tak, pamiętam go bardzo dobrze. To pod jego wpływem zdecydowałam się skupić na śpiewaniu i muzyce. Wcześniej byłam bardzo zapaloną koszykarką, która miała wielkie koszykarskie marzenia. W moim rodzinnym miasteczku miałam swoją drużynę. Zdobywałyśmy nagrody, puchary, wygrywałyśmy turnieje. Przełomowym momentem było, kiedy wujek namówił moich rodziców, żeby zgłosili mnie do programu Od przedszkola do Opola. W końcu każde dziecko trochę śpiewa, prawda? Wtedy jeszcze piosenek uczyła mnie moja mama, która się na tym niestety kompletnie nie zna. Ale robiła to z pasją i pełnym zaangażowaniem, dlatego ostatecznie wszystko się udało. Trafiłam na odcinek z Mają i Andrzejem Sikorowskimi. Mój pierwszy występ był przed ogromną publicznością, bo w telewizji, więc zaczęło się hucznie.

Czyli zaczęło się trochę przez przypadek?

Trochę tak. Ja byłam dosyć stara jak na ten program, na górnej granicy dozwolonego wieku. Miałam 9-10 lat. Nie sądziłam, że mogę cokolwiek w tym odcinku zdziałać, a okazało się, że go wygrałam. To był wielki szok. Pamiętam, że przed samym ogłoszeniem wyników mama mówiła: stań gdzieś z tyłu, bo Ty taka wysoka jesteś na tle tych dzieci. Chowałam się, żeby nikogo nie zasłaniać, kiedy okazało się, że jednak muszę wyjść przed grupę. Zwycięstwo to była wielka radość i motywacja, żeby zacząć coś z tym śpiewaniem robić.

I zaczęłaś?

Zaczęłam. Tak naprawdę wszystko zawdzięczam moim rodzicom. To oni od początku wierzyli we mnie i inwestowali swój czas i energię, żeby mnie kształcić w tym kierunku. Mama zapisała mnie na lekcje wokalu i raz w tygodniu woziła na prywatne zajęcia do pana Piotra Hajduka. Potem zapisała mnie do szkoły muzycznej, woziła na castingi, konkursy. Poświęciła mi mnóstwo czasu i będę jej wdzięczna do końca życia, bo odkryła we mnie pasję.

Czyli przygoda na scenie zaczęła się wcześnie?

Bardzo wcześnie. I na scenie, i ze śpiewaniem, i z musicalem. To zabawne, ale w ogóle nie wiedziałam, czym jest musical, a już startowałam w pierwszych castingach do niego (śmiech). Nie znałam kompletnie tej formy, nie wiedziałam, co się dzieje, miałam lat 11 i zgłosiłam się na casting do Akademii Pana Kleksa. Niestety nie udało się zagrać w tej sztuce, ale wzięłam udział w przygotowaniach, nauczyłam się całego materiału. Było to dla mnie fajne doświadczenie i złapałam musicalowego bakcyla. To spowodowało kolejną lawinę i chęć nauki już stricte sztuki musicalu. Trafiłam na deski Teatru Muzycznego RAMPA. I praktycznie od dwunastego roku życia grałam w dziecięcych spektaklach muzycznych. Dawało mi to mnóstwo satysfakcji, ale też warsztat, który w tym wieku ciężko gdziekolwiek zdobyć.

Pierwsza rola na scenie?

Zagrałam w Przygodach Sary, czyli w adaptacji Małej Księżniczki Frances Hodgson Burnett, rolę Amelii. Była dosyć duża jak na pierwsze wyjście na scenę. To było wspaniałe przeżycie, musiałam wcielić się w postać dużo starszą od siebie, ale to były zaledwie początki. Później był Obcy, Świat Bastiana, Zaczarowani Alladyn w Teatrze ROMA. Pierwsza poważna rola, z którą miałam okazję się zmierzyć i z której jestem na pewno najbardziej dumna, to Wednesday z Rodziny Addamsów.

Pamiętasz jak zareagowałaś, kiedy się dowiedziałaś, że dostałaś tę rolę?

Tak, pamiętam bardzo dobrze. Jechałam pociągiem, podejrzewam, że był to kurs relacji Warszawa-Gdańsk. Nie mogłam wytrzymać z podekscytowania, musiałam trochę popiszczeć w przedziale. Ludzie się dziwnie patrzyli, moja reakcja była bardzo entuzjastyczna. To, co działo się potem i tak przerosło moje oczekiwania. Praca nad materiałem, ludzie, których poznałam i wszystko, co było dookoła, było cudowne. Jak zawsze przy dużych produkcjach była faza nerwowa, faza przedpremierowa, zawsze są jakieś spięcia, ale ostatecznie pamięta się te najjaśniejsze momenty.

Trudno się strzela z kuszy?

Piekielnie trudno. I to jeszcze z kuszy, która czasami strzela, a czasami nie. Nie była prawdziwa, był to rekwizyt, więc nie miała dużego zasięgu. Trzeba było włożyć dobrą strzałę, bo były 3. Na każdą scenę inna. Jedna miała ostry grot – aby przebić jabłko, druga bardziej tępa – żeby nikogo naprawdę  nie postrzelić, a ostatnia dla Pugsley’a, który udawał, że jednak oberwał. Było z tym bardzo dużo gimnastyki. Przed każdym spektaklem ćwiczyłam strzał i niestety nie zawsze wychodził (śmiech). Były sytuacje komiczne, ale że jest to spektakl bardzo humorystyczny, Wednesday mogła podnieść strzałę i powiedzieć: a, dorzucę ją (śmiech). Także tak, strzała była problematyczna.

A zdarzały Ci się inne wpadki?

Wpadki zdarzają się zawsze. Chociaż by się znało materiał wzdłuż i wszerz, to jest to żywa materia i wszystko może się zdarzyć. Wystarczy chwila nieuwagi. Ludzie, przychodząc do teatru, nie chcą widzieć filmu, który jest kręcony do skutku, tylko to, co dzieje się tu i teraz. Swoich własnych wpadek nie mogę sobie przypomnieć, bo jak się jest w takiej sytuacji, to po prostu kombinuje się, żeby z niej wybrnąć. Najbardziej zapadają mi w pamięć wpadki znajomych. Pamiętam jak moja koleżanka zapomniała, że ma scenę i była w trakcie przebierania się do innego wyjścia. Nastała nienaturalnie długa cisza, spojrzałam na nią i mówię: Hej, chyba powinnaś być na scenie? Była ubrana w cielisty trykot, w którym wyglądała jakby była goła, wpadła w panikę i pyta co ma robić. Nie było czasu na zastanawianie się, w kulisach panowała zupełna ciemność, po omacku znalazłam jakiś kawałek materiału i powiedziałam: Owiń się tym. Kiedy wyszła do światła okazało się, że ten materiał to przezroczysty tiul. Chyba nigdy nie zapomnę jej miny (śmiech). Na szczęście dziewczyna miała mnóstwo dystansu do siebie, więc nie przejęła się tym. Innym razem zadałam to samo pytanie swojemu serdecznemu koledze aktorowi. Zareagował totalną paniką i pobiegł na scenę, jednak okazało się, że wcale nie powinno go tam być (śmiech). Głupio mu było się wycofać, a inni znajomi akurat śpiewali coś, czego nie znał, więc całą piosenkę przestał obok, uśmiechając się i udając, że tak miało być (śmiech). Nieźle mi się za to oberwało. Koncert był rejestrowany, więc kiedy oglądaliśmy wideo, pokładaliśmy się ze śmiechu i okrzyknęliśmy go mianem statysty roku.

Nie myślałaś o tym, żeby zostać piosenkarką? Jeżeli już pracowałaś z głosem, wiedziałaś, że się podoba, co sprawiło, że poszłaś raczej w teatr, musical, a nie w karierę solową? Zauważyłam w komentarzach na youtubie, że ludzie pytają: czemu nie nagrywasz, czemu Cię nie słychać w radiu, czemu nie masz płyty?

Wydaje mi się, że wszystko przede mną, nie wykluczam żadnych możliwości. Moją pasją jest śpiewanie i zawsze wiedziałam, że z tym będę wiązać swoją przyszłość. Uważam, że musical jest czymś przepięknym i daje niesamowitą satysfakcję. Możesz rozwijać się w kilku dziedzinach naraz, możesz kreować różne postaci, które w żaden sposób nie muszą odzwierciedlać twojego charakteru, a przy okazji odkrywasz samego siebie. Dostrzegasz jaki mógłbyś być, gdybyś był kimś innym. Brzmi to trochę jak masło maślane, ale uwielbiam aktorstwo, taniec, dlatego ten sposób wyrażania siebie jest dla mnie czymś wyjątkowym. A czemu mnie nie słychać w radiu? Nie wiem (śmiech). Myślę cały czas o karierze solowej. Ale jeszcze wiele rzeczy muszę w sobie odkryć, wiele się nauczyć, chociaż mam nadzieję, że przyjdzie odpowiedni moment.

Pierwszy musical, który widziałaś?

To zabawna historia, bo pierwszy musical, który widziałam to zarazem ten, do którego startowałam w castingu. I niestety nie udało mi się do niego dostać. Była to Akademia Pana Kleksa. Jako że rozpatrywali mnie do jednej z głównych ról dziewczęcych, dostałam specjalne zaproszenie na premierę. Serce krwawiło, wszyscy przyjaciele na scenie, a ja na widowni, więc przeżycia były intensywne. Musiałam się powstrzymywać, żeby z nimi nie podśpiewywać. Bardzo mi się podobało. Od początku byłam zafascynowana tą wielką sceną, pięknymi kostiumami, muzyką, tańcem. Nie poddałam się i startowałam w innych castingach, z czasem zaczęłam występować i chadzać na musicale, kiedy tylko miałam możliwość.

Mieszkałaś w Warszawie?

Jestem spod Warszawy, mieszkam 30 km od niej. Tam też skończyłam podstawówkę i gimnazjum.  Miło wspominam ten czas. Mała miejscowość, ale dobrze skomunikowana, 40 min pociągiem i jestem w centrum Warszawy, więc tak naprawdę większość czy dzieciństwa, czy nastoletnich lat spędziłam, kursując między domem a stolicą.

A ulubiony musical?

Na pewno czołowe miejsce zajmuje Wicked, który jest moim marzeniem musicalowym. Chciałabym bardzo zagrać kiedyś rolę Elfaby. Fascynuje mnie ta postać, jest inna od wszystkich pięknych księżniczek, tudzież romantycznych młódek, które zwykle w musicalach występują. Jest to rola nietuzinkowa. Kolejnym moim marzeniem jest zobaczenie tego musicalu na żywo. Widziałam nagranie, ale wiadomo, że to nie oddaje nawet w jednej setnej tego, co się dzieje na scenie. Mam nadzieję, że to nadrobię. Oczywiście muzykę znam bardzo dobrze. Z kolei na West Endzie widziałam musical, który kocham całym sercem – Miss Saigon. Był zrealizowany w magiczny sposób i czułam się tak, jakbym była podczas wojny w Wietnamie i podczas tych wszystkich sytuacji obecna. Ogólnie jest mnóstwo musicali, które z różnych względów podziwiam. Śledzę je na bieżąco, teraz odkryłam genialnego Hamiltona, wybrałam się do kina na La La Land.

Studiujesz teraz na dwóch kierunkach (jazz i muzyka estradowa, spec. wokalistyka i wokalistyka, spec. musical). Oprócz tego grasz, koncertujesz, nagrywasz. Jak to wszystko godzisz? Jesteś ciągle w podróży?

Evita – fot. R. Lak

Mam zmieniacz czasu (śmiech). A tak na serio, zawsze coś kosztem czegoś. Niestety trzeba czasami wybierać między koncertami a zajęciami. Moi profesorowie są bardzo wyrozumiali, wiedzą, że scena daje nam niepowtarzalną możliwość szybkiego rozwoju, bo to takie rzucenie się na głęboką wodę. Bardzo nas wspierają, więc nie ma z tym problemu. Po prostu jak nas nie ma na akademii, to trzeba nadrobić zaległości. Ale im bardziej jestem zajęta, tym mam wrażenie, że mam więcej czasu. Wszystko idzie szybciej, jestem bardziej zorganizowana, a jak już mam wolne, to tak się rozleniwiam, że myślę tylko o tym, kiedy ja znowu zacznę tak biegać, jeździć i pracować na pełnych obrotach, bo nie mogę usiedzieć na miejscu.

Nie przeraża Cię życie aktora musicalowego? Rzadko kiedy są oni przywiązani do jednego teatru.

Myślę, że wiązanie się z jednym teatrem jest praktycznie nierealne. Owszem są takie, które dają tę możliwość, ale jest ich niewiele. I rzeczywiście jest to zawód, w którym cały czas trzeba szukać pracy, ona sama do ciebie nie przyjdzie. Trzeba się bardzo starać, jeździć na castingi, cały czas się rozwijać, zdobywać nowe kwalifikacje. W każdym musicalu potrzebne jest coś innego, inny rodzaj śpiewania, ruchu, wyrazu scenicznego. Jest to ciężki zawód, ale przynoszący ogromną satysfakcję. W pewien sposób mnie przeraża, a z drugiej strony fascynuje i daje zaspokojenie artystyczne, dlatego nie wyobrażam sobie siebie w innym miejscu niż na scenie. Mam nadzieję, że będzie mi to dane jak najdłużej.

Często jeździsz na castingi?

Często. W tym roku pobiłam swój osobisty rekord castingów. Ale to też z tego względu, że była ich rekordowa liczba. Zapowiedzianych na październik jest wiele premier musicalowych w Polsce, co jest ewenementem w naszym kraju. Zwykle było tak, że był jeden casting i wszyscy się rzucali na niego jak na towar w czasach PRL-u (śmiech). Teraz jest szansa pokazać się w wielu miejscach. W tym roku byłam na castingach do Pilotów, do Les Misérables, do Doktora Żywago. Z jednej strony to cudowne, że to się tak rozrasta, z drugiej trochę mi żal, że nie mogę we wszystkich tych produkcjach wziąć udziału. Bardzo bym chciała, a niestety nie starczyłoby mi na to czasu, bo przygotowania, próby i realizacja są praktycznie w tych samych terminach. Miałam to ogromne szczęście, że wszędzie udało mi się przejść do kolejnych etapów. Cieszę się, że będę mogła wystąpić w Pilotach i mam nadzieję na kolejne produkcje w przyszłości. Wracając do castingów, to jestem chyba wariatką, bo zaczynam je lubić. Mimo, że jest to rozmowa o pracę, na którą trzeba iść x razy, co jest stresujące, to zaczyna mi to sprawiać radość. Spotykam tam znajomych i przyjaciół, z którymi mogę spędzić miło czas – pogadać i pośpiewać, czyli robić to, co lubię. To jest trochę szalone, bo nie znam ludzi, którzy lubią castingi (śmiech).

Grasz jeszcze na saksofonie?

Nie (śmiech). Nie gram, ale zamierzam do tego wrócić. Od dawna to planuję, ale zwyczajnie brak mi na to czasu. Ale zrobię to. Wiadomo, że nie będę nigdy zawodowym instrumentalistą, skończyłam tylko podstawówkę na saksofonie, ale jest to piękny instrument, o cudownym brzmieniu. Chociaż mam wrażenie, że używany przeze mnie nie brzmi tak cudownie (śmiech). Ale może się to zmieni, miejmy nadzieję.

Jakie są Twoje sposoby na relaks? Potrafisz się relaksować śpiewem?

Oczywiście, że tak. Mam taką przypadłość (chorobę, zboczenie zawodowe, jak zwał tak zwał), że śpiewam wszędzie. I śpiewam nieświadomie. Często ludzie zwracają mi uwagę: ej, możesz przestać śpiewać? Jak nie gadam do kogoś, to chodzę i nucę, śpiewam pod prysznicem, śpiewam na ulicy. Chyba że jestem w trakcie intensywnej pracy i mam już bardzo zmęczony głos, moje struny i moje ciało potrzebują innej formy relaksu. Wtedy się zamykam i robię sobie karne milczenie (śmiech). Co nie jest łatwe, kiedy śpiewa się nieświadomie. Muszę mieć wtedy inne zajęcie, które wymaga koncentracji. Relaksuje mnie wszelki ruch. Uwielbiam jeździć na rolkach. Jeżeli jest lato, jeżdżę praktycznie codziennie. Zimą z kolei łyżwy. Relaksują mnie też wszelkie manualne prace – mam mało czasu, żeby je wykonywać, ale zawsze miałam do tego zdolności. Uwielbiam rysować, coś wycinać, kleić, wyszywać. Bardzo lubię dawać prezenty, które sama zrobię. I lubię też takie dostawać, dlatego bardzo mnie cieszą wszystkie laurki, rysunki, które dostaję, to zawsze fajna pamiątka. Ostatnio bardzo relaksuje mnie gotowanie, co jest dla mnie odkryciem – nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to powiem. Jeżeli jeszcze coś smacznego mi wyjdzie, a ostatnio udaje się to coraz częściej, sprawia mi to dużą satysfakcję i daje czas na wyciszenie. Chociaż zdarza mi się robić te wszystkie rzeczy, podśpiewując. Tak już mam.

Podsumowanie

Czujecie niedosyt? To bardzo dobrze, bo wywiad ma też drugą część. Dowiecie się z niej, skąd Sylwia Banasik wzięła się w Studiu Accantus, jak wyglądał jej pierwszy recital, jakie piosenki sprawiają jej największą trudność i czy ludzie rozpoznają ją na ulicy. Jeżeli chcecie usłyszeć ją na żywo, 8 marca o 19:00 i 11 marca o 15:30 występuje w Evicie w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Śledźcie też stronę Studia Accantus w oczekiwaniu na jej recital.

Zapraszam Was także na fanpage Sylwii Banasik, tutaj możecie jej posłuchać.

Znacie Sylwię? Mieliście okazję posłuchać jej na żywo na którymś z recitali albo zobaczyć na scenie jako aktorkę? Ja już niedługo obejrzę ją w Evicie. I z pewnością wybiorę się w październiku na Pilotów.