Musicalne rozmowy Archiwum

  • Nigdy nie byłem fanem musicali – Maciek Pawlak

    maciek pawlak

    W Musicalowych Nagrodach Widzów nie miał sobie równych – zdobył aż pięć Nagród we wszystkich kategoriach, w których był nominowany. Na scenie jest petardą, niejednokrotnie wzrusza widzów jako Chris w Miss Saigon, bawi jako Lucas w Rodzinie Addamsów, wreszcie zachwyca swoją kreacją Pippina. Maciek Pawlak – jedna z najciekawszych postaci młodego pokolenia w świecie musicalu. Rozmawiamy o jego musicalowej drodze, o projektach w czasie pandemii i tym, jak odnajduje się w każdej postaci. Zapraszamy. Czytaj dalej…

  • Połączyć widza z artystą – Wirtualny Teatr Online Pauliny Janczak

    Wirtualny Teatr OnlineW marcu nasz świat na chwilę się zatrzymał. Najpierw zamykano pojedyncze teatry, potem odgórnie zamknięto wszystkie. Cały świat artystyczny patrzył z przestrachem w przyszłość. W czerwcu wszystko powoli zaczęło się otwierać, chociaż teatry,  w nowym reżimie, grały dla połowy publiczności. Zamknięcie nieoczekiwanie przyniosło też pozytywne skutki. Artyści musicalowi otworzyli swoje biznesy, w sieci mogliśmy zobaczyć nagrania musicali, na co dzień dla nas niedostępne. Powstało też nowe miejsce, które połączyło nas z ulubionymi musicalowymi aktorami – Wirtualny Teatr Online. Na chwilę mogliśmy zapomnieć o lockdownie, by chociaż przez szklany ekran wziąć udział w koncertach. O tym, czym jest Wirtualny Teatr Online, w jaki sposób widzowie mogą wziąć udział w koncertach i co nas czeka w przyszłości, rozmawiam z Pauliną Janczak, jego założycielką.

    Skąd wziął się pomysł na Wirtualny Teatr?

    Czytaj dalej…

  • Rafał Supiński: nie biorę życia takim, jakie jest

    Rafał Supiński
    fot. Marek Zimakiewicz

    To jedna z najbardziej inspirujących osób, jakie miałam okazję poznać. Aktor, wokalista, pedagog. Zawsze szuka drugiego dna, uwielbia poznawać nowych ludzi, a w wolnym czasie gotuje i uprawia sport. Moim gościem jest Rafał Supiński.

    Musicalna: Jakbyś miał do końca życia grać tylko jedną rolę w teatrze – co by to było?

    Rafał Supiński: Gdybym miał do końca życia grać jedną rolę w teatrze, to bym zwariował (śmiech). Bardzo lubię różnorodność. Gdybym jednak rzeczywiście miał coś wybrać – spośród tych, które gram, bliska jest mi rola Raoula de Chagny, wicehrabiego z Upiora w operze. Jest jednak wiele realizacji, w których chciałbym mieć udział. Wiem, że to była klapa ogromna – Lord of the Rings, ale tam muzyka była genialna i chciałbym uczestniczyć w produkcji.

    Skąd wziął się pomysł na musical?

    Czytaj dalej…

  • Marta Burdynowicz: musical to wirus, który atakuje serce i mózg

    marta burdynowiczWychowała się na bajkach Disneya, więc nie wyobrażała sobie innej drogi w życiu. Wymieniona jako nadzieja polskiej sceny musicalowej, opowiada, w czym jest podobna do swoich scenicznych bohaterek, co jest najważniejsze w życiu i o tym, dlaczego jej największym marzeniem jest zamrożenie czyjegoś serca. Zapraszam na kolejną Musicalną rozmowę, moim gościem jest Marta Burdynowicz.

    Musicalna: Umiesz wyobrazić sobie scenę ze swojego życia jako musicalową?

    Czytaj dalej…

  • Anastazja Simińska: nie odkładajmy na później miłości

    anastazja simińska
    fot. Kinga Karpati i Daniel Zarewicz

    Jedna z najzdolniejszych aktorek młodego pokolenia. Za swoje osiągnięcia artystyczne dostała stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gra, śpiewa i uczy. Opowiada o pierwszych występach z rajstopami na głowie, strzelaniu z kuszy i o tym, jak wpływa na nią sprzątanie łazienki. Moim gościem jest Anastazja Simińska. Zapraszam.

    Musicalna: Jaką rolę męską chciałabyś zagrać?

    Anastazja Simińska: Myślę, że tytułowe z musicali Jekyll&Hyde albo Upiór w operze. Byłoby to ogromne wyzwanie aktorskie, wokalne, ale przede wszystkim możliwość znalezienia w sobie pewnego rodzaju “brzydoty”. Kobiece role w musicalach są w większości napisane dla pięknych dziewczyn, szczęśliwie lub nieszczęśliwie zakochanych. Panowie mają większą możliwość aktorskiego wyżycia się.

    A jaka jest wymarzona rola kobieca?

    Nie mam takiej roli. Przede wszystkim chciałabym nigdy nie zostać zaszufladkowana w jeden typ postaci. Odkąd jestem w zawodzie mam wrażenie, że im mniej się przygotowuję na castingi wzorując się na innych, oglądając nagrania zagranicznych produkcji, tym więcej wkładam w to siebie i lepiej mi to wychodzi. Oczywiście kiedyś wymarzoną rolą była ElfabaWicked, ponieważ na trzecim roku studiów w Gdańsku pracowałam nad jej partią wokalną. Był to przełomowy moment w mojej edukacji, pierwszy raz poczułam, że to nie jest przypadek czy dźwięk wyjdzie, czy nie wyjdzie, to po prostu trzeba wypracować, nauczyć się świetnie śpiewać technicznie. Przyjemność z wykonywania tego materiału muzycznego zostanie na zawsze. (Pamiętam, że na egzaminie ostatnie śpiewałam No Good Deed tak się zaangażowałam, włożyłam w to tyle emocji, że po skończeniu nie wiedziałam gdzie jestem, uciekłam ze sceny, a potem zaczęłam się trząść i płakać. Wtedy dodatkowo nauczyłam się, że emocje musimy zdrowo kontrolować.) Wracając do ról myślę, że mam póki co ogromne szczęście: Nel, Wednesday, Polly i Carmen są skrajnie różne pod każdym względem. No dobra, wszystkie muszą świetnie tańczyć. Do każdego castingu podchodzę z pozytywnym nastawieniem, bo już wiem, że nie zawsze liczą się umiejętności, ale też i wygląd, dostępność w okresie prób, dopasowanie do partnera. Najważniejsze są wiara w siebie i ciągły rozwój.

    Skąd wziął się pomysł na musical?

    Czytaj dalej…

  • Maja Gadzińska cz. II: najważniejszy jest człowiek po drugiej stronie kurtyny

    Maja Gadzińska
    fot. Marta Rosa

    W drugiej części Musicalnej rozmowy Maja Gadzińska opowiada o największych wpadkach na scenie, o typowym dniu w życiu aktora musicalowego i o tym, dlaczego nie chce być gwiazdą czerwonego dywanu.  Zdradza też, jaka była jedna z najlepszych decyzji, jakie w życiu podjęła. Zapraszamy. Pierwszą część wywiadu możecie przeczytać tutaj.

    Musicalna: Wpadki na scenie?

    Maja Gadzińska: No cóż… parę się zdarzyło (śmiech). Raz totalnie się ‘zagotowałam”, czyli nie mogłam powstrzymać śmiechu. Potrzebowałam dobrej chwili, żeby wziąć parę oddechów i poruszyć akcję dalej. Było to na spektaklu Avenue Q, który sam w sobie prowokuje do nieustannej zabawy i śmiechu. W którymś momencie jednej z lalek, która występuje w spektaklu (a dokładniej Żaczkowi Przyjemniaczkowi), odpadło oko. Kiedy to zobaczyłam i usłyszałam szmer na widowni, która sama ledwo mogła wytrzymać ze śmiechu, to ugięły się pode mną nogi. W takim momencie pojawia się tysiąc myśli na sekundę: jak to ograć, co powiedzieć, czy zareagować, czy jednak udawać, że wszystko jest ok? Im dłużej stałam jak wryta, tym bardziej publiczność zanosiła się od śmiechu, a ja czułam, że sama też zaraz nie wytrzymam i wybuchnę. Aż w końcu wypaliłam do Żaczka (zupełnie poza scenariuszem): Żaczku, wszystko w porządku? Na co usłyszałam odpowiedź: Nie no…. coś mnie oko boli. I w tym momencie pękłam. Widok tej lalki bez oka i reakcja publiczności sprawiły, że zgięłam się w pól i prawie zsikałam na scenie ze śmiechu. Mimo że dziś wspominam to z ogromnym rozbawieniem, to stwierdzam, że była to jedna z najtrudniejszych do opanowania sytuacji w mojej karierze. Miałam jeszcze małą wpadkę w Ghoście, gdzie na III próbie generalnej z publicznością nie przesunęłam elementu scenografii i praktycznie zdradziłam mechanizm jednej z najważniejszych sztuczek w całym przedstawieniu. Pamiętam, że dostałam wtedy porządny ochrzan od reżysera, oczywiście zasłużenie. Ale tak naprawdę byłam wdzięczna losowi, że nie stało się to na premierze. Dostałam nauczkę i wiedziałam, że ten fatalny błąd popełniłam pierwszy i ostatni raz. Kolejna z wpadek to klasyka gatunku, czyli zapomnienie tekstu. To było w Lalce, robiłam zastępstwo. Miałam krótkie, czterowersowe zdanko, jedyne do zaśpiewania w całym spektaklu. Pamiętam, że bardzo chciałam dobrze wypaść, wejść z ogromną energią… przyszło, co do czego, wzięłam wdech i… DZIURA! Złapałam się w połowie… z czterech wersów zaśpiewałam dwa… Chociaż wiem, że takie rzeczy się zdarzają, to okropnie się tego wstydziłam. To chyba najgorsze wpadki… póki co. Chociaż mam nadzieję, że zbyt wiele ich już nie będzie (śmiech).

    Masz ulubiony musical?

    Czytaj dalej…

  • Maja Gadzińska: chcę się stawać lepszą wersją samej siebie

    Maja GadzińskaJest jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek Teatru Muzycznego w Gdyni i chyba jego największą gwiazdą. Uważa, że ma w życiu ogromne szczęście, jest duma z debiutu w roli drzewa i z każdą rolą chce się stawać coraz lepszą wersją samej siebie. Witam Was w kolejnej Musicalnej rozmowie, moim gościem jest Maja Gadzińska.

    Musicalna: Jakim jednym słowem byś opisała swoją pracę?

    Maja Gadzińska: Będzie sztampowo, jak powiem “marzenie”? Jeśli mogłabym wymarzyć i zaprojektować sobie jakiś plan na życie, to właśnie tak by się to potoczyło w mojej głowie. Jestem z Gdyni, chciałam tu mieszkać i pracować i nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. A mój zawód to dla mnie przede wszystkim ogromna szansa, żeby się rozwijać, spełniać marzenia, za każdym razem próbować czegoś nowego. No, może to nie było opisane jednym słowem (śmiech). W każdym razie marzyłam, żeby robić coś, co pozwoli mi stawać się lepszą wersją samej siebie.

    To co Cię najbardziej fascynuje w tym zawodzie?

    Chyba to, że z każdym nowym wyzwaniem, które się przed nami, jako aktorami, stawia, możemy przekraczać swoje bariery, odkryć w sobie rzeczy, o które byśmy siebie nie podejrzewali, zwłaszcza jeśli dostajemy rolę zupełnie nie po warunkach. To jest najbardziej fascynujące. Praca z ludźmi, zbieranie nowych doświadczeń, wymiana energii. Przykładem tego jest cudowna jest współpraca przy Notre Dame de Paris, gdzie my – aktorzy etatowi, żyjący w swoim własnym sosie –  dostajemy napływ ludzi z innych środowisk, doświadczamy zupełnie innej energii. Nagle znika rutyna i chce się pracować przy tym konkretnym tytule i jest to absolutnie budujące i niosące.

    Myślałaś, co byś robiła w życiu, gdyby nie musical?

    Czytaj dalej…

  • Natalia Piotrowska: wystarcza mi to, co mam

    Natalia PiotrowskaNie chciałaby zagrać przesłodzonej księżniczki, jak się nie skupi, to wpada z rozpędem na scenę, a czas wolny ostatnio najchętniej wypełnia siłownią. Zapraszam na kolejną Musicalną rozmowę, moim gościem jest Natalia Piotrowska.

    Musicalna: Jakiej roli nigdy nie chciałabyś zagrać?

    Natalia Piotrowska: Nigdy o tym nie myślałam. Każda rola jest dla mnie wyzwaniem, więc chciałabym spróbować wszystkiego. Są oczywiście takie, które są dla mnie dosyć miałkie i nie do końca ciekawe, np. role przesłodzonych księżniczek. Moja osobowość, charakterystyka i fizyczność niespecjalnie do tego pasuje, więc obawiam się, że mogłabym wypaść w nich sztucznie. Chyba jednak nie ma konkretnej roli, której bym nie chciała zagrać.

    To jakie role stanowią największe wyzwanie?

    Te, które są całkowicie odmienne od naszego charakteru. Aktorstwo to jesteśmy my, nasze emocje, fizyczność, nasz głos i to wszystko musimy przerzucić przez siebie. Postać, która jest całkowicie inna, która zachowuje się zupełnie inaczej niż my sami, jest trudna do zagrania. Wymaga wielu godzin prób i przede wszystkim zrozumienia jej działań, absolutnego wczucia się w tę postać.

    Masz swoje musicalowe marzenie?

    Jeszcze parę lat temu powiedziałabym, że jest to ElfabaWicked, ale w tym momencie chyba nie mam takiego konkretnego. Biorę to, co los mi przynosi i staram się z każdej roli zrobić coś dobrego. Wiadomo, że raz się to udaje bardziej, raz mniej, ale walczę dalej.

    Jak zaczęła się przygoda z musicalem?

    Wszystko zaczęło się w roku 2006. Zaczynałam wówczas naukę w IV Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy. Pojechałam z klasą na wycieczkę do Warszawy, na Taniec wampirów do Teatru Roma. To był pierwszy musical, który zobaczyłam na żywo i absolutnie się zakochałam. Nie wiązałam w ogóle swojej przyszłości ze śpiewaniem, marzyłam o tym, żeby zostać dziennikarką. Byłam w klasie o profilu dziennikarskim i święcie wierzyłam, że to jest moja droga. Ale poszliśmy na ten musical, siedziałam w pierwszym rzędzie na samym środku i po raz pierwszy coś tak bardzo mnie pochłonęło. Muzyka, aktorzy, wampiry, które krążyły wokół mnie, które się nagle wyłaniały. Siedziałam jak zaczarowana i pamiętam, że nagle, podczas którejś ze scen doznałam olśnienia: przecież ja też tak chcę! Wróciłam do domu i to marzenie się w mojej głowie kotłowało. Nie miałam pojęcia, że są szkoły, które przygotowują do takiego zawodu. Wtedy dopiero zaczynałam liceum, miałam jeszcze parę lat na podjęcie takiej decyzji. W zasadzie tuż przed maturą dowiedziałam się, że w Akademii Muzycznej w Gdańsku są studia musicalowe, to był wtedy zupełnie nowy kierunek. Niestety nie spełniałam praktycznie żadnych wymogów, aby się tam dostać (śmiech). Nie chodziłam wcześniej do szkoły muzycznej, nie uczyłam się profesjonalnie śpiewać, tańczyć. Owszem, śpiewałam na szkolnych akademiach, weselach i próbowałam swoich sił w konkursach wokalnych, ale traktowałam to jako hobby. Podeszłam do egzaminów wstępnych bez jakiejkolwiek wiary w to, że się uda, bo byłam całkowitym laikiem. Ale udało się. Do tej pory jestem wdzięczna moim profesorom, że dali mi szansę. Tak naprawdę dopiero na studiach zaczęła się moja miłość do musicalu, dopiero wtedy zaczęłam poznawać musicale, wdrażać się w ten temat. Skończyłam szkołę, a potem jakoś samo poszło.

    Kiedy zadebiutowałaś na scenie?

    Czytaj dalej…

  • Kamil Zięba cz. II: moją misją jest rozbawienie świata

    kamil zieba

    Witajcie w drugiej części Wrześniowej musicalnej rozmowy. Pierwszą możecie przeczytać tutaj. Tym razem Kamil Zięba opowiada o swojej działalności w internecie, spotkaniach z fanami i o tym, czego nie znosi w swoim zawodzie. Zapraszam do lektury.

    Musicalna: Studio Accantus. Jak tam trafiłeś?

    Kamil Zięba: Poznałem Bartka w Teatrze Tintilo, gdzie graliśmy razem w spektaklu W Cieniu. Pierwszy raz pojawiłem się w studiu, gdy Bartek rozpoczął nagrania piosenek z tego spektaklu. W pewnym momencie zaprosił mnie do udziału w pierwszej chyba zbiorówce “typu dzisiejszego”, to jest z osobami w okienkach na YT – Jeszcze dzieńNędzników. Myślę, że to pierwsze nagranie rozpoczęło przygodę z Accantusem. Później był duet z Sylwią, którego przyznaję szczerze – nienawidzę. Nienawidzę tej piosenki a głównie chyba nienawidzę, jak to zaśpiewałem. Patrzę na siebie, słucham i myślę: kurde, mogłem to zrobić milion razy lepiej. Może to też miało wpływ na to, że pojawiła się później dosyć długa przerwa. Ani ja do Bartka nie dzwoniłem z propozycjami, nie wszedłem głębiej w tę relację, ani on. To jest fajne, że się udało spotkać na nowo, bo dzięki temu zaczęliśmy pracować dalej i myślę, że kolejny sezon będzie głębszym sezonem mojej obecności tam, intensywniejszym, bo już planujemy pewne rzeczy.

    Fani rozpoznają Cię na ulicy?

    Szczerze powiem, że bardzo rzadko. Myślę, że jest to też spowodowane moją częstotliwością pojawiania się w nagraniach Accantusa. Na pewno jest to mniej intensywne niż Kuba czy Natalka, którzy od lat są tam regularnie. Bardzo mnie zaskoczyły pierwsze sytuacje po nagraniu La La Landu, gdy ktoś zaczepia mnie w tramwaju.. Wszedłem ostatnio do sklepu muzycznego ze sprawą i pan mówi: Kamil, przecież my się znamy z Teatru Muzycznego w Gliwicach i z Accantusa. To bardzo ciekawe sytuacje, ale jak na razie nie jest ich dużo. Ostatnio powstała grupa moich fanów na Facebooku i sobie pomyślałem: kurczę, są ludzie, którzy lubią to, co robię, chociaż robię tego niewiele. Siedziałem wtedy 2-3 godziny przy fortepianie i zacząłem coś komponować, tworzyć, bo zrozumiałem że trzeba się wziąć za siebie, skoro są ludzie, którzy są chętni tego słuchać. To jest bardzo miłe.

    Z jakim odbiorem spotyka się Twój fanpage? Masz na nim specyficzne wpisy.

    Czytaj dalej…

  • Kamil Zięba: Ale ja wcale nie chciałem być aktorem

    Kamil ZiębaWitajcie we Wrześniowej musicalnej rozmowie. Tym razem moim gościem jest chyba najwyższy aktor polskiej sceny musicalowej. Opowiada, co w jego zawodzie najbardziej go zaskoczyło, czy prawie dwa metry wzrostu przeszkadzają w karierze i dlaczego chodził nocami po Gliwicach, słuchając piosenki Creep. Przed Wami Kamil Zięba. Zapraszam do lektury.

    Musicalna: Co najbardziej zaskoczyło Cię w byciu aktorem?

    Kamil Zięba: Najbardziej zaskakujące były jedne z pierwszych zajęć z moją ukochaną Panią Profesor – śp. Joanną Bogacką, tak zwane “Elementarne zadania aktorskie”. Jak dzisiaj pamiętam jedno z zadań: trzy osoby, jedna osoba gra myśliwego, druga sarnę (która w dodatku ma świadomość, że zaraz umrze!), natomiast trzecia miała wcielić się w… serce tej sarny! Kiedy Pani Profesor nam to opowiedziała, pomyślałem: Cooooo? O co tu w ogóle chodzi? Co ja tu robię? Pulsowaliśmy na tej podłodze, wykonywaliśmy jakieś dziwne ruchy, musieliśmy obserwować równocześnie sarnę i myśliwego, od którego zależało czy mogliśmy na sekundę jako to serce odetchnąć, czy też zaraz przez swoje zbliżanie się, zmuszał, aby na nowo panicznie reagować. Każde z takich zadań, chociaż na początek wydawały się totalnie dziwne i bezsensowne, miało jakiś cel, pozwalało nam prawdziwie i głęboko wchodzić w swoje emocje, uczyło koniecznego na tamtym etapie przełamania własnych barier i kompleksów. Dla mnie to była chyba największa trudność: przełamać wstyd, spowodowany tym, że patrzą na ciebie twoi dobrzy znajomi. To była moja największa blokada – wyłączyć poczucie, że oni obserwują, oceniają to, jak ty się zachowujesz, co robisz, jak wyglądasz i móc w pełni oddać się postaci, której powierzasz swoje ciało. Myślę, że to było największe zaskoczenie, później już nic tego nie przebiło.

    To skąd wziął się ten pomysł?

    Nie miałem być aktorem. Od zawsze śpiewałem, a publiczne śpiewanie rozpoczął psalm śpiewany przeze mnie podczas Pierwszej Komunii. Pomiędzy tym, że miałem być weterynarzem, miałem być też wokalistą – piosenkarzem. Pierwszy błysk pomysłu na aktorstwo pojawił się, kiedy dostałem się do musicalu Ania z Zielonego Wzgórza w rzeszowskim Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Poznałem fantastycznych ludzi, zasmakowałem wspaniałej atmosfery teatru i pracy nad spektaklem i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem dostrzegać, że można połączyć to, co uwielbiam, czyli śpiewanie z czymś jeszcze ciekawszym, co daje nowe możliwości, nowe pole do popisu, nową rzecz, której mogę się nauczyć. Później dowiedziałem się, że są szkoły, które pozwolą mi kształcić się w tej właśnie szerszej perspektywie. Wtedy w teatrze, pomyślałem, że bycie samym piosenkarzem jest trochę… blade. Kiedy zrozumiałem, że piosenki można (i nawet powinno się) interpretować w takim pryzmacie aktorskim, to gdy teraz muszę  zaśpiewać piosenkę typowo rozrywkową, z tekstem o niczym i muzyką o niczym – jest to dla mnie tragiczna konieczność.

    Co się działo po Teatrze rzeszowskim?

    Czytaj dalej…

Close