Na zdjęciu z odtwórcami ról w Pilotach. Od lewej: Janek Traczyk, Marta Burdynowicz, Marcin Franc, Edyta Krzemień, Marta Wiejak.

Dlaczego ciągle jeżdżę na Pilotów? To pytanie słyszałam już niejednokrotnie. Na grupie Musicalni często rozmawiamy o konkretnych tytułach. Do tej pory żaden nie wzbudził takich dyskusji i emocji, jak Piloci. Padły stwierdzenia, że to najgorszy musical Romy od kilku lat, że libretto bardzo słabe. Inni z kolei uważają, że jest cudowny i nie mogą się doczekać, aż zobaczą go ponownie. Ja byłam na tym spektaklu już pięć razy. W świecie musicalowych wyjadaczy pięć razy to tyle co nic, ale Piloci są w tym momencie musicalem, który widziałam najwięcej razy w życiu. Pisałam Wam o wrażeniach, wymieniałam ulubione obsady. Teraz, z racji tego, że wczoraj zobaczyłam spektakl piąty raz, a zapewne wybiorę się szósty, mam dla Was sześć powodów, dlaczego tak mnie do tego musicalu ciągnie. Uwaga: w tekście jest dużo spojlerów. 

Powód pierwszy: obsada

Ciągle to powtarzam i będę powtarzać do znudzenia, że na Pilotów jeżdżę głównie ze względu na obsadę. Roma zgromadziła najzdolniejszych aktorów z całego kraju i nie mogę przegapić okazji, żeby popatrzeć na nich po raz kolejny: podziwiać ich aktorstwo, zachwycać się tańcem i przede wszystkim wsłuchać się w ich przepiękne głosy. To nie przypadek, że duża część moich ulubionych głosów męskichżeńskich gra właśnie w tym spektaklu. Jest jednak też minus tego podejścia: widziałam już niemal wszystkich odtwórców każdej roli. I mam swoich ulubieńców. Tak mocno sprecyzowanych, że potrafię przejrzeć obsadę na cały miesiąc i nie znaleźć ani jednego dnia, który w pełni by mi odpowiadał.

Powód drugi: muzyka

Mimo że niektóre piosenki w spektaklu uważam za kompletne nieporozumienie – nadal nie pojmuję sensu piosenki Czy pan to wie, która zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu piosenek o niczym – to muzykę uwielbiam. Kocham ten leitmotive, który się ciągle przewija, te delikatne nuty, które budują postaci i ten wojenny gwar. Bardzo lubię muzykę z tego spektaklu, a płyta zajmuje czołowe miejsce w mojej kolekcji, dlatego tak często do niej wracam

Powód trzeci: Azaliż

Mój ukochany duet, moment, na który czekam z niecierpliwością przez cały spektakl. Marta Burdynowicz i Marcin Franc tworzą na scenie małe arcydzieło, które w widowni wywołuje niekontrolowane wybuchy śmiechu, a artystom zapewnia największe owacje. Lekka, przyjemna scena, pełna kontrastów, a jednocześnie czułości. Mary i Stefan to para, która mnie zawsze wzrusza, bo miłość, która się im przytrafia, jest dla nich totalnym zaskoczeniem. Wydaje się, że są dwoma tak różnymi światami, że to się nie może udać. A jednak to jedyna para z happy endem.

Powód czwarty: wybuch

Uwaga, spojler dla wszystkich, którzy nie widzieli tego spektaklu. Ale to ten moment, którym ekscytuję się jak małe dziecko. Kiedy samolot Jana zaczyna spadać i wiem, że zaraz nastąpi wybuch, nie umiem się nie cieszyć. Obok mnie siedzą niczego nieświadomi widzowie, którzy za moment podskoczą przerażeni na fotelach. Mimo że niektórzy twierdzą, że wybuch nie jest spektakularny, jego ciepło poczułam nawet w piętnastym rzędzie. Pewnie się głupio łapię na te technologiczne nowinki, ale lubię, bardzo lubię ten wybuch i nic na to nie poradzę. To jeden z moich ulubionych fragmentów musicalu.

Powód piąty: wejście służbowe

Nawiązanie do punktu pierwszego. Nie umiem się nigdy oprzeć pokusie i nie zobaczyć się z aktorami chociaż na chwilę. Pierwszy raz przy wejściu służbowym wylądowałam przy okazji drugiej premiery Pilotów. Pamiętam ten moment niepewności, kiedy nie wiedziałam, co robić, gdzie iść i jak się tam odnaleźć. Teraz do wejścia służbowego trafię nawet z zamkniętymi oczami. Te momenty po musicalu są zawsze dla mnie magiczne. Mogę podziękować aktorom za emocje, które przed chwilą we mnie wywołali. Za ich pracę, zaangażowanie i to, że dzięki nim wspaniale spędziłam ten piękny wieczór. I zrobić zdjęcie. Galeria moich zdjęć po Pilotach jest większa niż jakakolwiek inna. Uwielbiam też obserwować, jak aktorzy się zmieniają w spektaklu. Oglądam musical co jakiś czas i widzę różnice nie tylko w wyglądzie niektórych z nich, ale też w podejściu do roli, w odnalezieniu się w niej, w zgraniu całego zespołu. To nieocenione przeżycia, których bym nie doświadczyła, gdybym oglądała spektakl raz, góra dwa.

Powód szósty: to, co dzieje się w tle

Kiedy idę na musical pierwszy raz, zazwyczaj patrzę na to, co robią główni bohaterowie. Na scenie tyle się dzieje, że nie da się ogarnąć wszystkiego naraz. Inaczej jest przy kolejnej wizycie w teatrze. Wtedy uważnie obserwuję wszystkie postacie drugoplanowe i cały zespół. Dostrzegam te drobne rzeczy, które dzieją się z tyłu. Gesty czułości pomiędzy aktorami grającymi parę. Uśmiechy i relacje, które gdzieś tam się nawiązują. Nagle stwierdzam, że aktor, którego znam od iluś spektakli, świetnie tańczy, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Albo dostrzegam szczegóły stroju, który bardzo mi się podoba, a nigdy mu się wcześniej nie przyglądałam. Dlatego każdy spektakl jest dla mnie inny. Z każdego wychodzę bogatsza o nowe obserwacje i nowe przemyślenia. I z chęcią, by iść jeszcze raz, by znowu odkryć coś nowego.

Lubicie Pilotów? Macie ochotę zobaczyć ten spektakl po raz kolejny, czy te, które widzieliście do tej pory, w zupełności Wam wystarczą? Koniecznie podzielcie się w komentarzach.