maciek-podgorzak
fot. Piotr Manasterski

Jak usłyszycie Czas Katedr w jego wykonaniu, wgniecie Was w fotel. Obdarzony niesamowitym głosem, a przy tym bardzo pracowity. Jako dziecko bardzo bał się występów publicznych, zadebiutował rolą drzewa w Shreku i marzy o tym, żeby zostać kiedyś zimnym draniem. Na scenie oczywiście. Gościem Majowej musicalnej rozmowy jest Maciek Podgórzak. Zapraszam.

Musicalna: Pamiętasz moment, w którym postanowiłeś zostać aktorem?

Maciek Podgórzak: Spodziewałem się tego pytania na samym początku (śmiech). Takich momentów było kilka. Tym przełomowym, w którym stwierdziłem, że na pewno chcę iść w tę stronę, był koniec gimnazjum. Nastawiałem się pod kątem profilu klasy w liceum i zaangażowania się w różne działalności, czy to w szkolne zajęcia teatralne, czy też później w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach. Myślałem o tym od najmłodszych lat, bo zawsze miałem kontakt z teatrem. W podstawówce mieliśmy grupę Baj bajka prowadzoną przez Panią Zofię Sitkiewicz. Chociaż podobno w przedszkolu tego nie lubiłem. Jak kazali mi powiedzieć wierszyk, to płakałem i wychodziłem z sali, ale tego nie pamiętam. To mama mi mówiła: jestem zdziwiona, że jesteś aktorem, bo kiedyś strasznie się przed tym broniłeś. W podstawówce myślałem o tym bardziej jak o hobby, nie wiedziałem za bardzo, czy się do tego nadaję i czy będzie to mój sposób na życie. Wiadomo, co się mówi o aktorach, jest taki kawał: co różni balkon od aktora? Balkon jest w stanie utrzymać czteroosobową rodzinę. Zawsze miałem to jakoś z tyłu głowy, ale raczej się tym nie przejmowałem. Rodzice też mnie nie zniechęcali do takiego wyboru. Nie byli może zachwyceni, bo się martwili, jak to rodzice, ale jak już zobaczyli, ze jestem zdeterminowany, okazali mi dużo wsparcia i zrozumienia. Raz tylko ojciec powiedział mi żartobliwie: Cóż, jakbyś poszedł na medycynę, to przynajmniej miałbyś pewną pracę, a tak pójdziesz na aktorstwo i będę musiał Cię utrzymywać. Głównie kierowałem się tym, żeby robić to, co lubię w życiu. Pod koniec gimnazjum byłem już pewien. Potem ogromny wpływ na mnie mieli ś.p. Pan Andrzej Meżerycki i Pan Waldemar Koperkiewicz. To dzięki nim, po wcześniejszych warsztatach, znalazłem się Teatrze Es w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach.

To były początki Twojej drogi?

Tak. Działalność w CKiS utwierdziła mnie, że to jest to. Bardzo szybko wszedłem do spektaklu Droga na podstawie tekstów Karola Wojtyły w reżyserii i adaptacji Andrzeja Meżeryckiego z muzyką Waldemara Koperkiewicza. Przy pierwszym spektaklu, kiedy pierwszy raz stanąłem na scenie, wiedziałem, że to jest to, co chcę robić. Dalej starałem się, żeby to marzenie spełnić.

Jak to wyglądało?

Początkowo zakładałem, że będę zdawał do szkół teatralnych w Warszawie i Krakowie. Generalnie myślałem, że będę zdawał wszędzie gdzie się da, ale przestraszyła mnie strona internetowa PWST we Wrocławiu. Jak usłyszałem, że musimy przyjść na egzamin w trykocie baletowym i jak sobie wyobraziłem siebie w nim, to szybko zawęził się mój wybór (śmiech). Potem dowiedziałem się, że to nieprawda, bo tak samo wyglądało to w Gdyni. Chodziło o to, żeby sprawdzić sylwetkę, predyspozycje ruchowe, plastyczność ciała. Zresztą, jako aktorzy często musimy się przebierać w rzeczy, których nikt inny nie nosi (śmiech), trzeba się też na to nastawić. W drugiej liceum siostra cioteczna wysłała mi link z wiadomością o castingu do Studio Buffo w Warszawie. Poprosiłem swojego ówczesnego nauczyciela, Janusza Malinowskiego, który jako pierwszy namówił mnie do śpiewania, o pomoc w przygotowaniach. Poszedłem na ten casting. Później okazało się, że to był casting do grupy warsztatowej, która miała swoje zajęcia w każdy weekend, potem były następne warsztaty wakacyjne i po nich zaproponowano mi umowę. Zagrałem m. in. w Metrze, Ukochanym kraju i kilku koncertach. Ta przygoda szybko się jednak skończyła. Dzisiaj wiem, że to był taki okres, w którym totalnie nie zdawałem sobie sprawy, ile wyrzeczeń i wysiłku trzeba włożyć w ten zawód, ile to nieustannej pracy nad swoimi umiejętnościami. Z perspektywy czasu wiem, że były one niewystarczające na profesjonalną scenę. Byłem wtedy w klasie maturalnej i to wszystko mnie przytłoczyło. Na koniec liceum zdawałem tylko i wyłącznie do Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, niestety z negatywnym skutkiem. W sumie nie takim negatywnym, bo studiowałem przez rok socjologię na Uniwersytecie Warszawskim i na tym etapie mojego życia dowiedziałem się o szkole w Gdyni.

Wcześniej jeszcze miałeś do czynienia z siedleckim zespołem Caro Dance.

Tak. Miałem 7 lat, kiedy poszedłem na pierwsze zajęcia i to trwało jakieś trzy lata. Wiadomo, że grupy dziecięce mają zupełnie inny poziom tańca niż to, co oglądamy w programach typu You can dance czy w teatrach muzycznych, ale dzisiaj bardzo to doceniam. Mimo wszystko tak wczesny kontakt z tańcem pod okiem Iwony Orzełowskiej dużo mi dał, jeżeli chodzi o myślenie o ruchu na scenie. Dopiero później zobaczyłem, jak to zaowocowało. Do dziś zresztą czerpię radość z tańca. Z pewnością jest mi on bliski, szczególnie, że w musicalu jest to bardzo ważna dziedzina sztuki.

Co wpłynęło na to, że zdecydowałeś się zdawać do Gdyni?

fot. Angelika Nowacka

Kilka czynników. Po pierwsze, jak byłem na pierwszym roku studiów w Warszawie, cały czas myślałem o tym, żeby przygotowywać się do Akademii Teatralnej. W przypadku mojej osoby jest przeważnie tak, że jak już się za coś wezmę, to przykładam się maksymalnie. Tylko potrzebny jest punkt zapalny, zryw, żeby zacząć. I zacząłem, niestety, bardzo późno, nie wiedziałem, czy zdążę się przygotować i to mnie zniechęciło. Nie chciałem powtórzyć swojego pierwszego podejścia, bo przygotowałem się wtedy dosyć miernie. O szkole w Gdyni usłyszałem dzięki premierze Upiora w operze w Teatrze Muzycznym Roma. Mój ojciec przyniósł do domu program, w którym była obsada i notka biograficzna każdego z artystów. Jak przeglądałem, analizowałem życiorysy aktorów, cały czas przewijało się Państwowe Policealne Studium Wokalno-Aktorskie im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Pomyślałem, że muszę się tym miejscem zainteresować. Ta ścieżka wydawała mi się wtedy dobrym pomysłem. Pobierałem w tym czasie lekcje emisji głosu u Pani Izabelli Jaszczułt-Kraszewskiej. Miałem za sobą już jakiś kontakt z tańcem. Od zawsze chciałem występować w teatrze. Może nie byłem do końca przekonany, czy akurat w muzycznym, ale w końcu ten profil teatru łączył wszystkie pasje, które towarzyszyły mi przez cały czas. Może trzeba by spróbować. Piosenki miałem praktycznie gotowe. Przygotowałem Puste stoły i puste krzesła z musicalu Les MisérablesLes temps des cathédrales Notre Dame de Paris. Trzeba było przygotować jeszcze wiersz i prozę, do których tym razem się należycie przyłożyłem. No to próbujemy! Bardzo się obawiałem odległości, nigdy nie zakładałem, że będę tak daleko od rodziny, co do dziś mi trochę doskwiera. Koniec końców sądzę, że to była dobra decyzja. Wylądowałem w wspaniałym miejscu, mówie tu zarówno o mieście, jak i o szkole. Tu zyskałem wykształcenie, doświadczenie sceniczne, rzadkie jak na człowieka w moim wieku, nawiązałem świetne relacje z najróżniejszymi ludźmi, no i przede wszystkim tu poznałem swoją drugą połówkę Anię, dzisiaj już żonę. Było i jest mi tu bardzo dobrze od samego początku. Jeszcze w trakcie nauki w Gdyni, chodziło mi po głowie, żeby zdawać do innych szkół. Ale dałem sobie rok – jeśli poczuję, że mogę się odnaleźć w musicalu, to tutaj zostaję – pomyślałem. Uważam z całą pewnością, że ta szkoła, działająca przecież w murach największego teatru muzycznego w Polsce, to najlepsze miejsce, jeśli chodzi o rozwijanie umiejętności aktora teatru muzycznego. Tak się szczęśliwie złożyło, że już na drugim roku zaczynałem dostawać angaże do spektakli i pomyślałem, że jeśli faktycznie ktoś to docenia, to może warto pójść tą drogą. Później już nie zdawałem do szkół dramatycznych.

Debiut na scenie?

Pamiętny debiut. Mój brat zawsze się śmieje, że debiutowałem jako drzewo w Shreku (śmiech). Wbrew pozorom to było ciekawe doświadczenie sceniczne i szansa na poznanie teatru od środka. Mogłem się dowiedzieć, jak wygląda produkcja dużego spektaklu musicalowego. Później, faktycznym debiutem scenicznym był Skrzypek na dachu w reż. Jerzego Gruzy. Dołączyliśmy do zespołu wraz z moimi czterema kolegami z roku. Natomiast pierwsza rola, a w tym przypadku nawet główna, to Danny Zuko w musicalu Grease w reż. Macieja Korwina. Stało się to podczas II roku w PPSWA. To był straszny stres.

Jak wspominasz tę rolę?

fot. Piotr Manasterski

Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, to z pewnością zostałem obdarzony dużym zaufaniem ze strony ś.p. dyrektora Macieja Korwina. Z etatu w teatrze zrezygnował aktor, który grał Danny’ego i szukano zastępstwa. Wszyscy młodzi aktorzy byli w sztuce, więc pewnie z tego powodu zaczęto szukać w studium. Dyrektor zaproponował mnie. Miałem przesłuchanie, na którym ogromnie zżerał mnie stres. Do końca życia nie zapomnę, jak zrugał mnie po nim dyrektor Korwin. Myślałem, że casting poszedł mi nieźle. Zaśpiewałem piosenki, które miałem przygotować. Usłyszałem od Kierownika Muzycznego Dariusza Różankiewicza i Chórmisztrzyni Agnieszki Szydłowskiej, że widzą potencjał, ale spotkajmy się jeszcze za tydzień. Uznałem, że może jest to taka sytuacja, dobry wstęp do prawdziwego przesłuchania. Pamiętam jak dyrektor Korwin wpadł, kiedy jadłem obiad w bufecie teatralnym i zaczął na mnie krzyczeć, jakim zaufaniem mnie obdarzył, a ja tak mu się odwdzięczam i przychodzę nieprzygotowany na casting. Wziąłem się ostro do pracy, żeby nie dać ciała przy kolejnym podejściu. Szansa jest ogromna, więc nie mogę sobie pozwolić na to, żeby przez jakieś głupie nieprzygotowanie zmarnować taką okazję. Na drugim przesłuchaniu, jeszcze przy wsparciu i lekcjach u mojego profesora od śpiewu Marka Kaczanowskiego, już rzeczywiście poszło dobrze i ostatecznie się dostałem. To był jednak dopiero początek stresów, bo wszedłem na główną rolę męską w spektaklu, w którym występowali sami aktorzy i ja biedny student. Nagle dostaję uwagę od reżysera: Maciek, pamiętaj, ty jesteś szefem tej paczki, to ty nad nimi panujesz. Nie obchodzi cię, jakimi ścieżkami oni podążają, ty podążasz swoimi, a oni idą za tobą. Rozejrzałem się, spojrzałem na ludzi, których dopiero co poznałem. To są aktorzy, którzy pracują w tym teatrze od lat, a ja młody szczypior i mam nimi dowodzić! To było niezwykłe doświadczenie. Na szczęście dzisiaj już się oswoiłem z tą rolą, bardzo ten spektakl lubię. Szczególnie czuć jego wartość, kiedy wychodzi się do ukłonów, patrzy na ludzi – widać i słychać, że miło spędzili czas i że daliśmy im pozytywną energię.

Która z Twoich ról była najbardziej wymagająca?

fot. Piotr Manasterski

To zależy, z której strony na to spojrzeć. Jeśli chodzi o warstwę dramatyczną, o rolę, która wymagała ode mnie dużo przemyślenia postaci, jakiejś zmiany w sobie, to moja rola dyplomowa. Robiliśmy wtedy spektakl muzyczny na podstawie Szwoleżerów Artura Pałygi i Jana Klaty, w reżyserii Grzegorza Wolfa. Do dziś to wspominam i żałuję, że nie możemy tego spektaklu pokazywać. Muzykę stworzył mój kolega z roku, Przemek Pawłowski. Napisał mi taką piosenkę, o której do dziś mówię, że mogłem się w niej maksymalnie wyżyć: emocjonalnie, wokalnie i aktorsko. Wokalnie? To zdecydowanie Notre Dame de Paris. To był okres, że trzeba było codziennie być nastawionym na maksymalną eksploatację głosu, z każdym dniem mieliśmy świadomość, że jesteśmy ciągle obserwowani przez realizatorów i jeżeli zastopujemy, to zaraz może nas tu nie być, bo stwierdzą, że nie damy rady. To było bardzo obciążające, zwłaszcza, że to była pierwsza styczność z takim teatrem. Nigdy nie uczestniczyłem w spektaklu tylko i wyłącznie śpiewanym. W zasadzie to nie musical, a modern opera, tak tez wolał go określać kompozytor Riccardo Cocciante. Myślę, że mógłbym wyróżnić właśnie te dwa spektakle. Grease wspominam, bo było przede wszystkim pierwszym dużym wyzwaniem. To było połączenie wszystkich umiejętności, których miałem się nauczyć w szkole, a okazało się, że podczas szkoły nagle przyszło mi je przenieść na profesjonalną scenę.

Notre Dame de Paris grasz w tym momencie na dwóch rolach. Którą wolisz?

fot. Piotr Manasterski

Wiedziałem (śmiech). To jest pytanie, które towarzyszy mi od początku castingów, potem prób i całej produkcji. Nie wiem (śmiech). Generalnie rzecz biorąc, jak podchodziłem do castingu, to myślałem tylko i wyłącznie o tym, żeby się dostać do tego spektaklu. Marzyłem o Quasimodzie, ale już na etapie przesłuchań zrezygnowałem z tego pomysłu. Jest to rola, która nie może mocno odbiegać od oryginału, bo wszyscy ją kojarzą z Garou. Jak pomyślałem, że mam w ten sposób śpiewać dwie godziny, to w zasadzie mógłbym zagrać jeden spektakl i potem dać sobie spokój ze śpiewaniem na miesiąc. Kiedy okazało się, że zagram Gringoire’a i Phoebusa, stwierdziłem: co ja mogę woleć? Czego chcieć więcej? Mogę się odnaleźć w dwóch postaciach, które przecież bardzo lubię. Mimo wszystko wtedy było mi bliżej do Gringoire’a. On wydawał mi się wtedy swego rodzaju czarodziejem, który stwarza świat zawarty w spektaklu. Niby jest uczestnikiem tej historii, ale jednocześnie jej narratorem i to mi się wydawało mega ciekawe. Phoebus kojarzył mi się, błędnie niestety, z wizerunkiem rycerza-amanta, który jak wejdzie na scenę, ma głównie za zadanie oczarować kobiety. Zawsze się z tego trochę śmieję: masz być najpiękniejszy na scenie. Takie zadanie jest odrobinę krępujące, ale w końcu polubiłem tę postać w trakcie prób, a potem grania spektakli. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest taki prosty amancik, rycerz do kochania, tylko kawał skurczybyka. Jego przemiana i warstwa dramatyczna w spektaklu jest wbrew pozorom dużo większa niż Gringoire’a. W sumie był okres, w którym wolałem grać postać poety oraz taki czas, kiedy więcej frajdy sprawiało mi granie Phoebusa. Ale cały czas staram się nastawiać w taki sposób, nie tylko w przypadku tego spektaklu: nieważne, co grasz, czy to ci się podoba czy nie, masz wyjść i przekonać widza do swojej historii. Każdy spektakl i postać w nim graną trzeba pokochać.

Nie zdarza Ci się ich mylić?

Nie, o dziwo nie. Też mnie ktoś zapytał, jak ty to wiesz, do której idziesz sceny. Raz mi się zdarzyło, przyznaję, w kulisach, ale to było na próbie, kiedy nie mieliśmy kostiumów, mówię: co ja tu robię, przecież muszę być z drugiej strony, zaraz jest Dręczy mnie, a nie partia Gringoire’a. Ale staram się ich nie mylić.

Zdarzały Ci się wpadki na scenie?

Tak. Moja największa ostatnia była właśnie w Dzwonniku. Był taki okres, kiedy graliśmy bardzo dużo spektakli i nagle całą obsadą stwierdziliśmy, że coś dziwnego zaczyna się dziać. Fakt, iż tyle razy zagraliśmy ten spektakl sprawił, że zaczynaliśmy kombinować. Było poczucie, że nie jest to ta sama energia, która była na początku. Niby czujemy reakcje publiczności i wszystko jest w porządku. Każdy miał jednak jakiś wewnętrzny niepokój. Nagle zdałem sobie sprawę, że zaczynam się zastanawiać, czy ja naprawdę pamiętam tekst. Na Boga, po 40 spektaklach! Czy przypadkiem nie robię tego rutynowo, czy te wszystkie przejścia, gesty, nie są za bardzo automatyczne. Wszystko w głowie zaczęło się mieszać. I miałem jeden taki spektakl, że zapomniałem tekstu, kiedy grałem Phoebusa. Co najgorsze, było to moje pierwsze wejście na scenę i najkrótsza partia, jaką przyszło mi zaśpiewać – ma bodajże cztery wersy. Zaśpiewałem chyba półtora. Tam jest takie wejście: Archidiakonie na rozkaz wasz, w imię Boże rozgromię zło, uratuję wnet Paryż nasz, przed tłuszczą obronię go. A ja zaśpiewałem mniej więcej: Archidiakonie na rozkaz wasz… I nagle dziura. Wszyscy Cyganie na mnie patrzą, mam im zakomunikować, że zaraz ich wszystkich przegnam i nie wpuszczę przez bramę Paryża. Oni tak patrzą, za bardzo nie wiedzą, co grać, ja w końcu pomyślałem sobie, cokolwiek, jakieś słowo: Paryż nasz! I chyba ostatni wers jeszcze zaśpiewałem. Ale to pierwszy raz mi się zdarzyło i mam nadzieję ostatni. Niby trwało to chwilę i nie wiem, czy ktokolwiek z widzów to zauważył, ale w moim odczuciu ta sceniczna dziura trwała wieczność! Jeszcze na dziesięć sekund przed wejściem na scenę pomyślałem sobie: Boże kochany, nie pamiętam tekstu. Spokojnie, wejdę, ciało przecież pamięta. Bo jednak tak jest, że organizm pamięta sytuację sceniczną i emocje z nią związaną. Nie możemy sobie przypomnieć, ale jak jesteśmy w danej sytuacji, to to wychodzi z automatu. Nie wyszło (śmiech). Ale takie rzeczy też się zdarzają.

Masz jakąś wymarzoną rolę?

fot. Piotr Manasterski

Kilka (śmiech). Jeżeli chodzi o musical, to jednym z takich wielkich marzeń jest rola Jezusa w Jesus Christ Superstar. Jest mi to bliskie, chociażby dlatego, ze śpiewałem partię Ghetsemane na swoim koncercie dyplomowym. Jak poczułem tę energię na scenie, pomyślałem, jak ja bym chciał kiedyś zrobić to w całości, w spektaklu. Bardziej patrzę na wymarzone role od strony różnorodności charakterologicznej. Nie chciałbym zostać zaszufladkowany, że gram głównie młodych mężczyzn, którzy romantycznie zakochują się w kobiecie, a ona ich odrzuca, czyli po prostu role amantów. Chociaż wcale tego nie krytykuję, uważam, że są to też bardzo fajne rzeczy, chociażby jak w spektaklu Ghost, gdzie historia jest piękna – romantyczna, niby banalna, ale szlachetnie zagrana jest wzruszająca. Ale marzy mi się to, żeby zaskoczyć kogoś i zagrać totalnie czarny charakter, żeby odciąć się od tego, że mogę być uprzejmym aktorem na scenie (śmiech). Chcę być kimś innym. Zresztą, to jest najpiękniejsze w tym zawodzie. Wychodzisz na scenę i nagle możesz zrobić to, czego nie byłbyś w stanie, albo nawet nie chciałbyś zrobić w codziennym życiu. To jest chyba najciekawsze. I chciałbym też spróbować swoich sił w końcu w dramacie. Co prawda staram się nie rozróżniać: aktor musicalowy, aktor dramatyczny, aktor filmowy czy serialowy. Jest jeden zawód: aktor. Czasami musi śpiewać, a czasami strzelać z łuku czy jeździć konno albo biegać 10 s na 100 m, bo tego wymaga scena w filmie.

Jesteś na stałe związany z Teatrem Muzycznym w Gdyni. Nie masz takiego poczucia, że coś Cię omija, bo tyle się dzieje obecnie na polskiej scenie musicalowej. Nie pociągają Cię musicale poza Gdynią?

Oczywiście. Rzeczywiście, teraz się dzieje bardzo dużo i faktycznie mogłoby się wydawać, że coś mnie omija. Ale widzę, ile rzeczy dzieje się tutaj, to co tak naprawdę mnie omija? Pracuję w najlepszym, najbardziej różnorodnym, jeżeli chodzi o repertuar, teatrze muzycznym w Polsce. Dostaję szanse grania w dużych produkcjach, z różnymi reżyserami, jest to przecież zawsze rozwój we wszystkich sferach, czy to wokalnych, czy aktorskich, więc nie mam na co narzekać. Oczywiście jak każdy aktor, ciągle chcę więcej! Pociągają mnie nowe wyzwania i staram się ich szukać. Póki mam szansę na to, żeby się ciągle rozwijać, nie przeszkadza mi, że pracuję w jednym miejscu, ale nie wykluczam tego, że mogę się pojawić kiedyś gdzie indziej. Nasz zawód jest tak lotny i nieprzewidywalny, że może kiedyś będę nawet zmuszony szukać pracy gdzie indziej, bo za dwa lata reżyser czy dyrektor stwierdzi, że nie jestem im do niczego potrzebny. Oczywiście obserwuję to, co się dzieje w Polsce i cieszę się również, że w wielu musicalach grają moi znajomi.

Na jesieni czeka nas premiera Wiedźmina….

fot. Piotr Manasterski

Jestem tego bardzo ciekawy. Niedawno zaczęliśmy próby, ciągle trwa poszukiwanie drogi, jak opowiedzieć to widzowi. Moim zdaniem są naprawdę duże szanse na to, że będzie to wielkie widowisko, ale jednocześnie fajnie opowiedziana historia. Przyznam szczerze, że nigdy specjalnie nie ciągnęło mnie do prozy Andrzeja Sapkowskiego. Dopiero jak mój brat polecił mi grę komputerową, zacząłem się jakoś w to wkręcać. Teraz z wielkim zainteresowaniem czytam książki, a także pracujemy nad realizacją w teatrze i sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie. Kibicuję temu przedsięwzięciu, bo uważam, że jest to kawał dobrze napisanej i fajnie opowiedzianej historii, ale też mającej niezwykły potencjał w sferze wizualnej, to może być naprawdę ciekawe. Patrząc na spektakle Wojciecha Kościelniaka, każdy z nich można było zawsze w ciemno polecić. I ja w ciemno mogę polecić Wiedźmina.

Pierwszy musical, jaki widziałeś?

Metro w Studio Buffo w reżyserii Janusza Józefowicza. To był jeden z tych, infantylnych jeszcze momentów, w którym stwierdziłem, że chcę być aktorem. I tak wtedy sobie myślałem: jak ja bym chciał teraz stanąć na tej scenie i zaśpiewać partię Jana. Wtedy miałem 11 lat i myślałem: aktor stoi sam na scenie i śpiewa taką piosenkę, chciałbym kiedyś coś takiego przeżyć.

A ulubiony musical?

fot. Angelika Nowacka

To tak jak z wymarzoną rolą. Nie mam chyba takiego tytułu. To też trzeba rozróżnić: istnieje musical anglosaski, który jest nastawiony na prostą historię, prosty przekaz i bardzo rozbudowaną warstwę muzyczną, ale i w tym przypadku zaszły w ostatnich latach duże zmiany. Wydaje mi się, że przy mimo ciągle małej popularności sztuki musicalu w Polsce można już mówić o takim zjawisku jak musical polski, nawiązujący do śpiewogry. Niektóre spektakle trudno jest jakkolwiek sklasyfikować i określa się po prostu jako spektakle muzyczne. Jeżeli chodzi o te spektakle, które nie są, przynajmniej dla mnie, stricte musicalem, to na mnie ogromne wrażenie zrobiła Lalka w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, grana do dziś w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Gdy przyjechałem tutaj, był to jeden z pierwszych spektakli, jakie zobaczyłem. To było coś! Nie sądziłem, że można w teatrze muzycznym przedstawić historię taką formą, a przy tym wszystko się tak dobrze opowiada i koniec końców ogromnie wzrusza. Jeżeli chodzi o spektakle widowiskowe, to jednym z nich był z pewnością Taniec wampirów w Romie. Ulubione? Trudno powiedzieć. Chyba nie zaryzykuję, żeby powiedzieć, który jest ulubiony. Usiłuję, w miarę możliwości czasowych, oglądać różne spektakle. Z każdego staram się wyciągać inspiracje, które później mogę przełożyć na pracę na scenie.

Maćka Podgórzaka możecie zobaczyć na scenie Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni w głównych rolach w Grease, Notre Dame de Paris, a także w mniejszych w innych spektaklach. Zapraszamy Was też na jego fanpage, tutaj możecie go posłuchać.

Kto z Was słyszał Maćka? Znacie go z jego ról albo jego głosu? Wolicie go jako Gringoire’a czy jako Phoebusa?