Musicalne rozmowy Archiwum

  • Marta Burdynowicz: musical to wirus, który atakuje serce i mózg

    marta burdynowiczWychowała się na bajkach Disneya, więc nie wyobrażała sobie innej drogi w życiu. Wymieniona jako nadzieja polskiej sceny musicalowej, opowiada, w czym jest podobna do swoich scenicznych bohaterek, co jest najważniejsze w życiu i o tym, dlaczego jej największym marzeniem jest zamrożenie czyjegoś serca. Zapraszam na kolejną Musicalną rozmowę, moim gościem jest Marta Burdynowicz.

    Musicalna: Umiesz wyobrazić sobie scenę ze swojego życia jako musicalową?

    Czytaj dalej…

  • Anastazja Simińska: nie odkładajmy na później miłości

    anastazja simińska
    fot. Kinga Karpati i Daniel Zarewicz

    Jedna z najzdolniejszych aktorek młodego pokolenia. Za swoje osiągnięcia artystyczne dostała stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Gra, śpiewa i uczy. Opowiada o pierwszych występach z rajstopami na głowie, strzelaniu z kuszy i o tym, jak wpływa na nią sprzątanie łazienki. Moim gościem jest Anastazja Simińska. Zapraszam.

    Musicalna: Jaką rolę męską chciałabyś zagrać?

    Anastazja Simińska: Myślę, że tytułowe z musicali Jekyll&Hyde albo Upiór w operze. Byłoby to ogromne wyzwanie aktorskie, wokalne, ale przede wszystkim możliwość znalezienia w sobie pewnego rodzaju “brzydoty”. Kobiece role w musicalach są w większości napisane dla pięknych dziewczyn, szczęśliwie lub nieszczęśliwie zakochanych. Panowie mają większą możliwość aktorskiego wyżycia się.

    A jaka jest wymarzona rola kobieca?

    Nie mam takiej roli. Przede wszystkim chciałabym nigdy nie zostać zaszufladkowana w jeden typ postaci. Odkąd jestem w zawodzie mam wrażenie, że im mniej się przygotowuję na castingi wzorując się na innych, oglądając nagrania zagranicznych produkcji, tym więcej wkładam w to siebie i lepiej mi to wychodzi. Oczywiście kiedyś wymarzoną rolą była ElfabaWicked, ponieważ na trzecim roku studiów w Gdańsku pracowałam nad jej partią wokalną. Był to przełomowy moment w mojej edukacji, pierwszy raz poczułam, że to nie jest przypadek czy dźwięk wyjdzie, czy nie wyjdzie, to po prostu trzeba wypracować, nauczyć się świetnie śpiewać technicznie. Przyjemność z wykonywania tego materiału muzycznego zostanie na zawsze. (Pamiętam, że na egzaminie ostatnie śpiewałam No Good Deed tak się zaangażowałam, włożyłam w to tyle emocji, że po skończeniu nie wiedziałam gdzie jestem, uciekłam ze sceny, a potem zaczęłam się trząść i płakać. Wtedy dodatkowo nauczyłam się, że emocje musimy zdrowo kontrolować.) Wracając do ról myślę, że mam póki co ogromne szczęście: Nel, Wednesday, Polly i Carmen są skrajnie różne pod każdym względem. No dobra, wszystkie muszą świetnie tańczyć. Do każdego castingu podchodzę z pozytywnym nastawieniem, bo już wiem, że nie zawsze liczą się umiejętności, ale też i wygląd, dostępność w okresie prób, dopasowanie do partnera. Najważniejsze są wiara w siebie i ciągły rozwój.

    Skąd wziął się pomysł na musical?

    Czytaj dalej…

  • Maja Gadzińska cz. II: najważniejszy jest człowiek po drugiej stronie kurtyny

    Maja Gadzińska
    fot. Marta Rosa

    W drugiej części Musicalnej rozmowy Maja Gadzińska opowiada o największych wpadkach na scenie, o typowym dniu w życiu aktora musicalowego i o tym, dlaczego nie chce być gwiazdą czerwonego dywanu.  Zdradza też, jaka była jedna z najlepszych decyzji, jakie w życiu podjęła. Zapraszamy. Pierwszą część wywiadu możecie przeczytać tutaj.

    Musicalna: Wpadki na scenie?

    Maja Gadzińska: No cóż… parę się zdarzyło (śmiech). Raz totalnie się ‘zagotowałam”, czyli nie mogłam powstrzymać śmiechu. Potrzebowałam dobrej chwili, żeby wziąć parę oddechów i poruszyć akcję dalej. Było to na spektaklu Avenue Q, który sam w sobie prowokuje do nieustannej zabawy i śmiechu. W którymś momencie jednej z lalek, która występuje w spektaklu (a dokładniej Żaczkowi Przyjemniaczkowi), odpadło oko. Kiedy to zobaczyłam i usłyszałam szmer na widowni, która sama ledwo mogła wytrzymać ze śmiechu, to ugięły się pode mną nogi. W takim momencie pojawia się tysiąc myśli na sekundę: jak to ograć, co powiedzieć, czy zareagować, czy jednak udawać, że wszystko jest ok? Im dłużej stałam jak wryta, tym bardziej publiczność zanosiła się od śmiechu, a ja czułam, że sama też zaraz nie wytrzymam i wybuchnę. Aż w końcu wypaliłam do Żaczka (zupełnie poza scenariuszem): Żaczku, wszystko w porządku? Na co usłyszałam odpowiedź: Nie no…. coś mnie oko boli. I w tym momencie pękłam. Widok tej lalki bez oka i reakcja publiczności sprawiły, że zgięłam się w pól i prawie zsikałam na scenie ze śmiechu. Mimo że dziś wspominam to z ogromnym rozbawieniem, to stwierdzam, że była to jedna z najtrudniejszych do opanowania sytuacji w mojej karierze. Miałam jeszcze małą wpadkę w Ghoście, gdzie na III próbie generalnej z publicznością nie przesunęłam elementu scenografii i praktycznie zdradziłam mechanizm jednej z najważniejszych sztuczek w całym przedstawieniu. Pamiętam, że dostałam wtedy porządny ochrzan od reżysera, oczywiście zasłużenie. Ale tak naprawdę byłam wdzięczna losowi, że nie stało się to na premierze. Dostałam nauczkę i wiedziałam, że ten fatalny błąd popełniłam pierwszy i ostatni raz. Kolejna z wpadek to klasyka gatunku, czyli zapomnienie tekstu. To było w Lalce, robiłam zastępstwo. Miałam krótkie, czterowersowe zdanko, jedyne do zaśpiewania w całym spektaklu. Pamiętam, że bardzo chciałam dobrze wypaść, wejść z ogromną energią… przyszło, co do czego, wzięłam wdech i… DZIURA! Złapałam się w połowie… z czterech wersów zaśpiewałam dwa… Chociaż wiem, że takie rzeczy się zdarzają, to okropnie się tego wstydziłam. To chyba najgorsze wpadki… póki co. Chociaż mam nadzieję, że zbyt wiele ich już nie będzie (śmiech).

    Masz ulubiony musical?

    Czytaj dalej…

  • Maja Gadzińska: chcę się stawać lepszą wersją samej siebie

    Maja GadzińskaJest jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek Teatru Muzycznego w Gdyni i chyba jego największą gwiazdą. Uważa, że ma w życiu ogromne szczęście, jest duma z debiutu w roli drzewa i z każdą rolą chce się stawać coraz lepszą wersją samej siebie. Witam Was w kolejnej Musicalnej rozmowie, moim gościem jest Maja Gadzińska.

    Musicalna: Jakim jednym słowem byś opisała swoją pracę?

    Maja Gadzińska: Będzie sztampowo, jak powiem “marzenie”? Jeśli mogłabym wymarzyć i zaprojektować sobie jakiś plan na życie, to właśnie tak by się to potoczyło w mojej głowie. Jestem z Gdyni, chciałam tu mieszkać i pracować i nie wyobrażałam sobie, że mogłoby być inaczej. A mój zawód to dla mnie przede wszystkim ogromna szansa, żeby się rozwijać, spełniać marzenia, za każdym razem próbować czegoś nowego. No, może to nie było opisane jednym słowem (śmiech). W każdym razie marzyłam, żeby robić coś, co pozwoli mi stawać się lepszą wersją samej siebie.

    To co Cię najbardziej fascynuje w tym zawodzie?

    Chyba to, że z każdym nowym wyzwaniem, które się przed nami, jako aktorami, stawia, możemy przekraczać swoje bariery, odkryć w sobie rzeczy, o które byśmy siebie nie podejrzewali, zwłaszcza jeśli dostajemy rolę zupełnie nie po warunkach. To jest najbardziej fascynujące. Praca z ludźmi, zbieranie nowych doświadczeń, wymiana energii. Przykładem tego jest cudowna jest współpraca przy Notre Dame de Paris, gdzie my – aktorzy etatowi, żyjący w swoim własnym sosie –  dostajemy napływ ludzi z innych środowisk, doświadczamy zupełnie innej energii. Nagle znika rutyna i chce się pracować przy tym konkretnym tytule i jest to absolutnie budujące i niosące.

    Myślałaś, co byś robiła w życiu, gdyby nie musical?

    Czytaj dalej…

  • Natalia Piotrowska: wystarcza mi to, co mam

    Natalia PiotrowskaNie chciałaby zagrać przesłodzonej księżniczki, jak się nie skupi, to wpada z rozpędem na scenę, a czas wolny ostatnio najchętniej wypełnia siłownią. Zapraszam na kolejną Musicalną rozmowę, moim gościem jest Natalia Piotrowska.

    Musicalna: Jakiej roli nigdy nie chciałabyś zagrać?

    Natalia Piotrowska: Nigdy o tym nie myślałam. Każda rola jest dla mnie wyzwaniem, więc chciałabym spróbować wszystkiego. Są oczywiście takie, które są dla mnie dosyć miałkie i nie do końca ciekawe, np. role przesłodzonych księżniczek. Moja osobowość, charakterystyka i fizyczność niespecjalnie do tego pasuje, więc obawiam się, że mogłabym wypaść w nich sztucznie. Chyba jednak nie ma konkretnej roli, której bym nie chciała zagrać.

    To jakie role stanowią największe wyzwanie?

    Te, które są całkowicie odmienne od naszego charakteru. Aktorstwo to jesteśmy my, nasze emocje, fizyczność, nasz głos i to wszystko musimy przerzucić przez siebie. Postać, która jest całkowicie inna, która zachowuje się zupełnie inaczej niż my sami, jest trudna do zagrania. Wymaga wielu godzin prób i przede wszystkim zrozumienia jej działań, absolutnego wczucia się w tę postać.

    Masz swoje musicalowe marzenie?

    Jeszcze parę lat temu powiedziałabym, że jest to ElfabaWicked, ale w tym momencie chyba nie mam takiego konkretnego. Biorę to, co los mi przynosi i staram się z każdej roli zrobić coś dobrego. Wiadomo, że raz się to udaje bardziej, raz mniej, ale walczę dalej.

    Jak zaczęła się przygoda z musicalem?

    Wszystko zaczęło się w roku 2006. Zaczynałam wówczas naukę w IV Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy. Pojechałam z klasą na wycieczkę do Warszawy, na Taniec wampirów do Teatru Roma. To był pierwszy musical, który zobaczyłam na żywo i absolutnie się zakochałam. Nie wiązałam w ogóle swojej przyszłości ze śpiewaniem, marzyłam o tym, żeby zostać dziennikarką. Byłam w klasie o profilu dziennikarskim i święcie wierzyłam, że to jest moja droga. Ale poszliśmy na ten musical, siedziałam w pierwszym rzędzie na samym środku i po raz pierwszy coś tak bardzo mnie pochłonęło. Muzyka, aktorzy, wampiry, które krążyły wokół mnie, które się nagle wyłaniały. Siedziałam jak zaczarowana i pamiętam, że nagle, podczas którejś ze scen doznałam olśnienia: przecież ja też tak chcę! Wróciłam do domu i to marzenie się w mojej głowie kotłowało. Nie miałam pojęcia, że są szkoły, które przygotowują do takiego zawodu. Wtedy dopiero zaczynałam liceum, miałam jeszcze parę lat na podjęcie takiej decyzji. W zasadzie tuż przed maturą dowiedziałam się, że w Akademii Muzycznej w Gdańsku są studia musicalowe, to był wtedy zupełnie nowy kierunek. Niestety nie spełniałam praktycznie żadnych wymogów, aby się tam dostać (śmiech). Nie chodziłam wcześniej do szkoły muzycznej, nie uczyłam się profesjonalnie śpiewać, tańczyć. Owszem, śpiewałam na szkolnych akademiach, weselach i próbowałam swoich sił w konkursach wokalnych, ale traktowałam to jako hobby. Podeszłam do egzaminów wstępnych bez jakiejkolwiek wiary w to, że się uda, bo byłam całkowitym laikiem. Ale udało się. Do tej pory jestem wdzięczna moim profesorom, że dali mi szansę. Tak naprawdę dopiero na studiach zaczęła się moja miłość do musicalu, dopiero wtedy zaczęłam poznawać musicale, wdrażać się w ten temat. Skończyłam szkołę, a potem jakoś samo poszło.

    Kiedy zadebiutowałaś na scenie?

    Czytaj dalej…

  • Kamil Zięba cz. II: moją misją jest rozbawienie świata

    kamil zieba

    Witajcie w drugiej części Wrześniowej musicalnej rozmowy. Pierwszą możecie przeczytać tutaj. Tym razem Kamil Zięba opowiada o swojej działalności w internecie, spotkaniach z fanami i o tym, czego nie znosi w swoim zawodzie. Zapraszam do lektury.

    Musicalna: Studio Accantus. Jak tam trafiłeś?

    Kamil Zięba: Poznałem Bartka w Teatrze Tintilo, gdzie graliśmy razem w spektaklu W Cieniu. Pierwszy raz pojawiłem się w studiu, gdy Bartek rozpoczął nagrania piosenek z tego spektaklu. W pewnym momencie zaprosił mnie do udziału w pierwszej chyba zbiorówce “typu dzisiejszego”, to jest z osobami w okienkach na YT – Jeszcze dzieńNędzników. Myślę, że to pierwsze nagranie rozpoczęło przygodę z Accantusem. Później był duet z Sylwią, którego przyznaję szczerze – nienawidzę. Nienawidzę tej piosenki a głównie chyba nienawidzę, jak to zaśpiewałem. Patrzę na siebie, słucham i myślę: kurde, mogłem to zrobić milion razy lepiej. Może to też miało wpływ na to, że pojawiła się później dosyć długa przerwa. Ani ja do Bartka nie dzwoniłem z propozycjami, nie wszedłem głębiej w tę relację, ani on. To jest fajne, że się udało spotkać na nowo, bo dzięki temu zaczęliśmy pracować dalej i myślę, że kolejny sezon będzie głębszym sezonem mojej obecności tam, intensywniejszym, bo już planujemy pewne rzeczy.

    Fani rozpoznają Cię na ulicy?

    Szczerze powiem, że bardzo rzadko. Myślę, że jest to też spowodowane moją częstotliwością pojawiania się w nagraniach Accantusa. Na pewno jest to mniej intensywne niż Kuba czy Natalka, którzy od lat są tam regularnie. Bardzo mnie zaskoczyły pierwsze sytuacje po nagraniu La La Landu, gdy ktoś zaczepia mnie w tramwaju.. Wszedłem ostatnio do sklepu muzycznego ze sprawą i pan mówi: Kamil, przecież my się znamy z Teatru Muzycznego w Gliwicach i z Accantusa. To bardzo ciekawe sytuacje, ale jak na razie nie jest ich dużo. Ostatnio powstała grupa moich fanów na Facebooku i sobie pomyślałem: kurczę, są ludzie, którzy lubią to, co robię, chociaż robię tego niewiele. Siedziałem wtedy 2-3 godziny przy fortepianie i zacząłem coś komponować, tworzyć, bo zrozumiałem że trzeba się wziąć za siebie, skoro są ludzie, którzy są chętni tego słuchać. To jest bardzo miłe.

    Z jakim odbiorem spotyka się Twój fanpage? Masz na nim specyficzne wpisy.

    Czytaj dalej…

  • Kamil Zięba: Ale ja wcale nie chciałem być aktorem

    Kamil ZiębaWitajcie we Wrześniowej musicalnej rozmowie. Tym razem moim gościem jest chyba najwyższy aktor polskiej sceny musicalowej. Opowiada, co w jego zawodzie najbardziej go zaskoczyło, czy prawie dwa metry wzrostu przeszkadzają w karierze i dlaczego chodził nocami po Gliwicach, słuchając piosenki Creep. Przed Wami Kamil Zięba. Zapraszam do lektury.

    Musicalna: Co najbardziej zaskoczyło Cię w byciu aktorem?

    Kamil Zięba: Najbardziej zaskakujące były jedne z pierwszych zajęć z moją ukochaną Panią Profesor – śp. Joanną Bogacką, tak zwane “Elementarne zadania aktorskie”. Jak dzisiaj pamiętam jedno z zadań: trzy osoby, jedna osoba gra myśliwego, druga sarnę (która w dodatku ma świadomość, że zaraz umrze!), natomiast trzecia miała wcielić się w… serce tej sarny! Kiedy Pani Profesor nam to opowiedziała, pomyślałem: Cooooo? O co tu w ogóle chodzi? Co ja tu robię? Pulsowaliśmy na tej podłodze, wykonywaliśmy jakieś dziwne ruchy, musieliśmy obserwować równocześnie sarnę i myśliwego, od którego zależało czy mogliśmy na sekundę jako to serce odetchnąć, czy też zaraz przez swoje zbliżanie się, zmuszał, aby na nowo panicznie reagować. Każde z takich zadań, chociaż na początek wydawały się totalnie dziwne i bezsensowne, miało jakiś cel, pozwalało nam prawdziwie i głęboko wchodzić w swoje emocje, uczyło koniecznego na tamtym etapie przełamania własnych barier i kompleksów. Dla mnie to była chyba największa trudność: przełamać wstyd, spowodowany tym, że patrzą na ciebie twoi dobrzy znajomi. To była moja największa blokada – wyłączyć poczucie, że oni obserwują, oceniają to, jak ty się zachowujesz, co robisz, jak wyglądasz i móc w pełni oddać się postaci, której powierzasz swoje ciało. Myślę, że to było największe zaskoczenie, później już nic tego nie przebiło.

    To skąd wziął się ten pomysł?

    Nie miałem być aktorem. Od zawsze śpiewałem, a publiczne śpiewanie rozpoczął psalm śpiewany przeze mnie podczas Pierwszej Komunii. Pomiędzy tym, że miałem być weterynarzem, miałem być też wokalistą – piosenkarzem. Pierwszy błysk pomysłu na aktorstwo pojawił się, kiedy dostałem się do musicalu Ania z Zielonego Wzgórza w rzeszowskim Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Poznałem fantastycznych ludzi, zasmakowałem wspaniałej atmosfery teatru i pracy nad spektaklem i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem dostrzegać, że można połączyć to, co uwielbiam, czyli śpiewanie z czymś jeszcze ciekawszym, co daje nowe możliwości, nowe pole do popisu, nową rzecz, której mogę się nauczyć. Później dowiedziałem się, że są szkoły, które pozwolą mi kształcić się w tej właśnie szerszej perspektywie. Wtedy w teatrze, pomyślałem, że bycie samym piosenkarzem jest trochę… blade. Kiedy zrozumiałem, że piosenki można (i nawet powinno się) interpretować w takim pryzmacie aktorskim, to gdy teraz muszę  zaśpiewać piosenkę typowo rozrywkową, z tekstem o niczym i muzyką o niczym – jest to dla mnie tragiczna konieczność.

    Co się działo po Teatrze rzeszowskim?

    Czytaj dalej…

  • Janek Traczyk cz. II: marzę, żeby moja muzyka coś w ludziach zmieniała

    traczykWitam Was serdecznie w drugiej części rozmowy z Jankiem Traczykiem. Pierwszą możecie przeczytać tutaj. Tym razem rozmawiamy o tym, jak zaczęła się jego przygoda ze śpiewem, co jest dla niego najważniejsze w jego twórczości i dlaczego w pędzie życia najlepiej spędzić trochę czasu z końmi. Zapraszam.

    Musicalna: Wróćmy do początków przygody ze śpiewem. Pochodzisz z muzykalnej rodziny?

    Janek Traczyk: Tak, mój tata zawsze śpiewał. Mieliśmy rodzinne wyjazdy wakacyjne, dużo wieczorów z gitarą, przy ognisku. W pewnym momencie tata zorientował się, że też śpiewam. Kilka razy wystąpiłem w szkolnym chórze, okazało się, że bardzo to lubię. Zgraliśmy się w tym temacie i razem sobie podśpiewywaliśmy. Później dostałem się do chóru Alla Pollacca przy Teatrze Wielkim w Warszawie. Zawsze to wychodzi tak przez przypadek. Kolega mi mówił: chodź, tu jest fajnie, gramy w Carmen młodych żołnierzy, trzeba śpiewać, maszerować. Stwierdziłem, że spróbuję. To była moja pierwsza przygoda na scenie. Później dostałem główną rolę, Marka, w operze dziecięcej Pan Marimba. Byłem przerażony. Wtedy najważniejsze było granie w piłkę, na komputerze, bieganie za dziewczynami. A tu powoli zaczynało robić się poważnie. Była tam pani reżyser, która mnie strasznie stresowała, poza tym pochłaniało to dużo czasu. Niby fajnie, że gram coś takiego, ale tak poważnie o tym zupełnie nie myślałem. Super, że mi się przydarzyło, ale wtedy nie było to spełnieniem marzeń, natomiast już na wstępie okazało się dla mnie dobrą szkołą. W trakcie grania tej roli zacząłem mieć mutację. Stopniowo z kwestii śpiewanych robiły się kwestie mówione, bo nie byłem w stanie ich zaśpiewać, głos mi się zmieniał. Wtedy też rodzice postanowili, że czas mnie stamtąd zabrać, żebym mógł skupić się na egzaminach do liceum.

    Na jakiś czas miałem całkowitą przerwę: od śpiewania, od muzyki. Dopiero jak już dojrzałem, przeszedłem mutację, zacząłem sam coś grać na pianinie, próbowałem tworzyć jakieś kompozycje, trochę śpiewać, wówczas sam podjąłem decyzję, że chciałbym się zająć muzyką. I poszło dalej. Trafiłem na wspaniałą panią Marię Piekarek, była moją nauczycielką od keyboardu. Najpierw zapisałem się na keyboard, stwierdziłem, że będę grał Chopina. Może trochę za wysoko wymierzyłem. W pewnym momencie to granie przerodziło się bardziej w akompaniowanie sobie i śpiewanie. Potem pojawił się pomysł, żeby mnie rzucić na Bednarską, na śpiewanie. Taką drogę zaplanowała mi pani Maria. Śpiewanie miało być elementem pośrednim, prowadzącym do kompozycji. Tworzyłem co jakiś czas swoje melodie i jej pokazywałem. Zawsze mówiła, że Oskara z muzyki filmowej to już mamy w kieszeni (śmiech). Rzeczywiście poszedłem drogą, którą mi zaplanowała, dlatego zawsze podkreślam, że jest ważną osobą w moim życiu. Tak jak zaplanowała, tak się stało, oprócz tego, że śpiewanie koniec końców bardzo mnie pochłonęło. Nie było elementem pośrednim, ale w pewnym momencie stało się sposobem na życie.

    Pracujesz nad solową płytą?

    Czytaj dalej…

  • Janek Traczyk: chciałbym wystawić swój musical

    janek traczykCzaruje widzów w Notre Dame de Paris jako Gringoire, zmusza do refleksji jako Jan w Metrze, a już niedługo będzie podbijał serca jako Jan w Pilotach. Opowiada o musicalu, który chciałby wystawić, transformacji z jednego Jana w drugiego i co ma wspólnego ze skrzekiem rozjeżdżanej walcem żaby. Czerwcowa musicalna rozmowa, moim gościem jest Janek Traczyk. Zapraszam.

    Musicalna: Jakbyś miał nieograniczone fundusze, jaki musical wystawiłbyś w Polsce?

    Janek Traczyk: Wystawiłbym swój musical. W tym momencie mam napisany jeden jako pracę magisterską na kompozycji, którą kończyłem dwa lata temu na Uniwersytecie Muzycznym. Prawdopodobnie wystawiłbym ten musical albo zebrał ekipę i od podstaw stworzył coś zupełnie nowego. Na pewno miałby moją muzykę, pewnie wziąłbym też w nim udział. Generalnie, jestem zwolennikiem tworzenia nowych rzeczy. Wiadomo, uwielbiam grać we wszystkich tych pięknych musicalach, które już zostały stworzone, ale ostatecznym moim celem jest to, żeby śpiewać swoje piosenki i wystawiać swoje sztuki. Mówiąc swoje, mam na myśli głównie pisanie muzyki, tudzież miewam też pomysły na historię czy na scenariusz, raczej pisania tekstów musicalowych się nie podejmuję. Wynająłbym wtedy ogromny teatr, zgromadził mnóstwo zdolnych pasjonatów i stworzylibyśmy coś pięknego, mam nadzieję.

    Opowiesz historię z Twojego musicalu?

    U nas na uczelni pisało się głównie muzykę awangardową, klasyczną, dość dziwną, a mnie ten kierunek nie do końca odpowiadał. W pewnym momencie stwierdziłem, że napiszę to, co mi w duszy gra, a nie to, co na uczelni jest uznawane za dobre. Mój profesor na szczęście mnie w tym wsparł, powiedział: świetnie, pisz to, a ja w razie czego cię wybronię. Więc, wraz z twórcą tekstów Piotrem Orychem, napisałem musical. Na pewno jest troszeczkę inspirowany wieloma musicalami, które mnie w ówczesnej chwili otaczały, np. Metrem. To historia o artystach, młodych twórcach i wykonawcach, którzy z różnych względów zdecydowali się dołączyć do tajemniczego Klubu – świątyni sztuki, miejsca, gdzie każdy artysta chciałby grać. Łączy ich to, że postanowili poświęcić się sztuce w pełni, ponieważ decyzja o wstąpieniu do Klubu podejmowana jest na całe życie.

    Klub to tajemnicze miejsce – połączenie Hogwartu, ascetycznego zakonu i elitarnego teatru. Jest to jednocześnie metafora totalnego oddania się sztuce, pracy, karierze – tak częstego w dzisiejszych czasach. Członkowie Klubu sami tworzą swoje sztuki, występują w nich i oczywiście codziennie odgrywają je przed ludźmi – przed śmietanką, elitą, bogaczami, koneserami sztuki, którzy każdego dnia się zjawiają, aby przeżyć, wejść w sztukę, prawdziwą, głęboką, dotykającą duszy, wynikającą z pasji, z czystej radości występowania i przekazywania widowni swoich emocji. Oczywiście ci ludzie, którzy dołączyli do tego tajemniczego miejsca, jak to zwykle u ludzi bywa, jak już gdzieś się znajdą, to tęsknią do tego, co było poprzednio. Nagle zaczynają dostrzegać wartość tego, co porzucili, czyli takiego zwykłego, szarego życia, którego doświadczamy codziennie: droga do pracy, korki, spóźniony autobus, zakupy w supermarkecie, spotkania z rodziną itd. Tego wszystkiego zaczyna im brakować, o tym też śpiewają, o naszej codzienności. Do tego miejsca dołącza młody chłopak, na razie nazywamy go Nowy. Jak to zwykle bywa w każdym musicalu, jest tam wątek miłosny, być może w tym będzie on dość nietypowy, i intryga, o której też za dużo nie powiem, która wiąże tę akcję. Jak to zwykle bywa w teatrach: ktoś kogoś nienawidzi, ktoś kogoś chce podkopać, ktoś zazdrości komuś pozycji, ktoś się w kimś kocha, tego typu relacje. I to jest wersja, że nie za dużo zdradzam, a coś już wiadomo.

    A z klasyki musicalu? Jaki jest najlepszy musical, który widziałeś, a którego nie ma w Polsce?

    Czytaj dalej…

  • Maciek Podgórzak: chciałbym zostać czarnym charakterem

    maciek-podgorzak
    fot. Piotr Manasterski

    Jak usłyszycie Czas Katedr w jego wykonaniu, wgniecie Was w fotel. Obdarzony niesamowitym głosem, a przy tym bardzo pracowity. Jako dziecko bardzo bał się występów publicznych, zadebiutował rolą drzewa w Shreku i marzy o tym, żeby zostać kiedyś zimnym draniem. Na scenie oczywiście. Gościem Majowej musicalnej rozmowy jest Maciek Podgórzak. Zapraszam.

    Musicalna: Pamiętasz moment, w którym postanowiłeś zostać aktorem?

    Maciek Podgórzak: Spodziewałem się tego pytania na samym początku (śmiech). Takich momentów było kilka. Tym przełomowym, w którym stwierdziłem, że na pewno chcę iść w tę stronę, był koniec gimnazjum. Nastawiałem się pod kątem profilu klasy w liceum i zaangażowania się w różne działalności, czy to w szkolne zajęcia teatralne, czy też później w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach. Myślałem o tym od najmłodszych lat, bo zawsze miałem kontakt z teatrem. W podstawówce mieliśmy grupę Baj bajka prowadzoną przez Panią Zofię Sitkiewicz. Chociaż podobno w przedszkolu tego nie lubiłem. Jak kazali mi powiedzieć wierszyk, to płakałem i wychodziłem z sali, ale tego nie pamiętam. To mama mi mówiła: jestem zdziwiona, że jesteś aktorem, bo kiedyś strasznie się przed tym broniłeś. W podstawówce myślałem o tym bardziej jak o hobby, nie wiedziałem za bardzo, czy się do tego nadaję i czy będzie to mój sposób na życie. Wiadomo, co się mówi o aktorach, jest taki kawał: co różni balkon od aktora? Balkon jest w stanie utrzymać czteroosobową rodzinę. Zawsze miałem to jakoś z tyłu głowy, ale raczej się tym nie przejmowałem. Rodzice też mnie nie zniechęcali do takiego wyboru. Nie byli może zachwyceni, bo się martwili, jak to rodzice, ale jak już zobaczyli, ze jestem zdeterminowany, okazali mi dużo wsparcia i zrozumienia. Raz tylko ojciec powiedział mi żartobliwie: Cóż, jakbyś poszedł na medycynę, to przynajmniej miałbyś pewną pracę, a tak pójdziesz na aktorstwo i będę musiał Cię utrzymywać. Głównie kierowałem się tym, żeby robić to, co lubię w życiu. Pod koniec gimnazjum byłem już pewien. Potem ogromny wpływ na mnie mieli ś.p. Pan Andrzej Meżerycki i Pan Waldemar Koperkiewicz. To dzięki nim, po wcześniejszych warsztatach, znalazłem się Teatrze Es w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach.

    To były początki Twojej drogi?

    Tak. Działalność w CKiS utwierdziła mnie, że to jest to. Bardzo szybko wszedłem do spektaklu Droga na podstawie tekstów Karola Wojtyły w reżyserii i adaptacji Andrzeja Meżeryckiego z muzyką Waldemara Koperkiewicza. Przy pierwszym spektaklu, kiedy pierwszy raz stanąłem na scenie, wiedziałem, że to jest to, co chcę robić. Dalej starałem się, żeby to marzenie spełnić.

    Jak to wyglądało?

    Początkowo zakładałem, że będę zdawał do szkół teatralnych w Warszawie i Krakowie. Generalnie myślałem, że będę zdawał wszędzie gdzie się da, ale przestraszyła mnie strona internetowa PWST we Wrocławiu. Jak usłyszałem, że musimy przyjść na egzamin w trykocie baletowym i jak sobie wyobraziłem siebie w nim, to szybko zawęził się mój wybór (śmiech). Potem dowiedziałem się, że to nieprawda, bo tak samo wyglądało to w Gdyni. Chodziło o to, żeby sprawdzić sylwetkę, predyspozycje ruchowe, plastyczność ciała. Zresztą, jako aktorzy często musimy się przebierać w rzeczy, których nikt inny nie nosi (śmiech), trzeba się też na to nastawić. W drugiej liceum siostra cioteczna wysłała mi link z wiadomością o castingu do Studio Buffo w Warszawie. Poprosiłem swojego ówczesnego nauczyciela, Janusza Malinowskiego, który jako pierwszy namówił mnie do śpiewania, o pomoc w przygotowaniach. Poszedłem na ten casting. Później okazało się, że to był casting do grupy warsztatowej, która miała swoje zajęcia w każdy weekend, potem były następne warsztaty wakacyjne i po nich zaproponowano mi umowę. Zagrałem m. in. w Metrze, Ukochanym kraju i kilku koncertach. Ta przygoda szybko się jednak skończyła. Dzisiaj wiem, że to był taki okres, w którym totalnie nie zdawałem sobie sprawy, ile wyrzeczeń i wysiłku trzeba włożyć w ten zawód, ile to nieustannej pracy nad swoimi umiejętnościami. Z perspektywy czasu wiem, że były one niewystarczające na profesjonalną scenę. Byłem wtedy w klasie maturalnej i to wszystko mnie przytłoczyło. Na koniec liceum zdawałem tylko i wyłącznie do Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, niestety z negatywnym skutkiem. W sumie nie takim negatywnym, bo studiowałem przez rok socjologię na Uniwersytecie Warszawskim i na tym etapie mojego życia dowiedziałem się o szkole w Gdyni.

    Wcześniej jeszcze miałeś do czynienia z siedleckim zespołem Caro Dance.

    Tak. Miałem 7 lat, kiedy poszedłem na pierwsze zajęcia i to trwało jakieś trzy lata. Wiadomo, że grupy dziecięce mają zupełnie inny poziom tańca niż to, co oglądamy w programach typu You can dance czy w teatrach muzycznych, ale dzisiaj bardzo to doceniam. Mimo wszystko tak wczesny kontakt z tańcem pod okiem Iwony Orzełowskiej dużo mi dał, jeżeli chodzi o myślenie o ruchu na scenie. Dopiero później zobaczyłem, jak to zaowocowało. Do dziś zresztą czerpię radość z tańca. Z pewnością jest mi on bliski, szczególnie, że w musicalu jest to bardzo ważna dziedzina sztuki.

    Co wpłynęło na to, że zdecydowałeś się zdawać do Gdyni?

    Czytaj dalej…

Close