• Maciek Podgórzak: chciałbym zostać czarnym charakterem

    maciek-podgorzak
    fot. Piotr Manasterski

    Jak usłyszycie Czas Katedr w jego wykonaniu, wgniecie Was w fotel. Obdarzony niesamowitym głosem, a przy tym bardzo pracowity. Jako dziecko bardzo bał się występów publicznych, zadebiutował rolą drzewa w Shreku i marzy o tym, żeby zostać kiedyś zimnym draniem. Na scenie oczywiście. Gościem Majowej musicalnej rozmowy jest Maciek Podgórzak. Zapraszam.

    Musicalna: Pamiętasz moment, w którym postanowiłeś zostać aktorem?

    Maciek Podgórzak: Spodziewałem się tego pytania na samym początku (śmiech). Takich momentów było kilka. Tym przełomowym, w którym stwierdziłem, że na pewno chcę iść w tę stronę, był koniec gimnazjum. Nastawiałem się pod kątem profilu klasy w liceum i zaangażowania się w różne działalności, czy to w szkolne zajęcia teatralne, czy też później w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach. Myślałem o tym od najmłodszych lat, bo zawsze miałem kontakt z teatrem. W podstawówce mieliśmy grupę Baj bajka prowadzoną przez Panią Zofię Sitkiewicz. Chociaż podobno w przedszkolu tego nie lubiłem. Jak kazali mi powiedzieć wierszyk, to płakałem i wychodziłem z sali, ale tego nie pamiętam. To mama mi mówiła: jestem zdziwiona, że jesteś aktorem, bo kiedyś strasznie się przed tym broniłeś. W podstawówce myślałem o tym bardziej jak o hobby, nie wiedziałem za bardzo, czy się do tego nadaję i czy będzie to mój sposób na życie. Wiadomo, co się mówi o aktorach, jest taki kawał: co różni balkon od aktora? Balkon jest w stanie utrzymać czteroosobową rodzinę. Zawsze miałem to jakoś z tyłu głowy, ale raczej się tym nie przejmowałem. Rodzice też raczej mnie nie zniechęcali do takiego wyboru. Nie byli może zachwyceni, bo się martwili, jak to rodzice, ale chyba jak już zobaczyli, ze jestem zdeterminowany, okazali mi dużo wsparcia i zrozumienia. Raz tylko mój ojciec powiedział mi żartobliwie: Cóż jakbyś poszedł na medycynę, to przynajmniej miałbyś pewną pracę, a tak pójdziesz na aktorstwo i będę musiał Cię utrzymywać. Głównie kierowałem się tym, żeby robić to, co lubię w życiu. Pod koniec gimnazjum byłem już pewien. Potem ogromny wpływ na mnie mieli ś.p. Pan Andrzej Meżerycki i Pan Waldemar Koperkiewicz. To dzięki nim, po wcześniejszych warsztatach, znalazłem się Teatrze Es w Centrum Kultury i Sztuki w Siedlcach.

    To były początki Twojej drogi?

    Tak. Działalność w CKiS utwierdziła mnie, że to jest to. Bardzo szybko wszedłem do spektaklu Droga na podstawie tekstów Karola Wojtyły w reżyserii i adaptacji Andrzeja Meżeryckiego z muzyką Waldemara Koperkiewicza. Przy pierwszym spektaklu, kiedy pierwszy raz stanąłem na scenie, wiedziałem, że to jest to, co chcę robić. Dalej starałem się, żeby to marzenie spełnić.

    Jak to wyglądało?

    Początkowo zakładałem, że będę zdawał do szkół teatralnych w Warszawie i Krakowie. Generalnie myślałem, że będę zdawał wszędzie gdzie się da, ale przestraszyła mnie strona internetowa PWST we Wrocławiu. Jak usłyszałem, że musimy przyjść na egzamin w trykocie baletowym i jak sobie wyobraziłem siebie w nim, to szybko zawęził się mój wybór (śmiech). Potem dowiedziałem się, że to nieprawda, bo tak samo wyglądało to w Gdyni. Chodziło o to, żeby sprawdzić sylwetkę, predyspozycje ruchowe, plastyczność ciała. Zresztą, jako aktorzy często musimy się przebierać w rzeczy, których nikt inny nie nosi (śmiech), trzeba się też na to nastawić. W drugiej liceum siostra cioteczna wysłała mi link z wiadomością o castingu do Studio Buffo w Warszawie. Poprosiłem swojego ówczesnego nauczyciela, Janusza Malinowskiego, który jako pierwszy namówił mnie do śpiewania, o pomoc w przygotowaniach. Poszedłem na ten casting. Później okazało się, że to był casting do grupy warsztatowej, która miała swoje zajęcia w każdy weekend, potem były następne warsztaty wakacyjne i po nich zaproponowano mi umowę. Zagrałem m. in. w Metrze, Ukochanym kraju i kilku koncertach. Ta przygoda szybko się jednak skończyła. Dzisiaj wiem, że to był taki okres, w którym totalnie nie zdawałem sobie sprawy, ile wyrzeczeń i wysiłku trzeba włożyć w ten zawód, ile to nieustannej pracy nad swoimi umiejętnościami. Z perspektywy czasu wiem, że były one niewystarczające na profesjonalną scenę. Byłem wtedy w klasie maturalnej i to wszystko mnie przytłoczyło. Na koniec liceum zdawałem tylko i wyłącznie do Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, niestety z negatywnym skutkiem. W sumie nie takim negatywnym, bo studiowałem przez rok socjologię na Uniwersytecie Warszawskim i w tym etapie mojego życia dowiedziałem się o szkole w Gdyni.

    Wcześniej jeszcze miałeś do czynienia z siedleckim zespołem Caro Dance.

    Tak. Miałem 7 lat, kiedy poszedłem na pierwsze zajęcia i to trwało jakieś trzy lata. Wiadomo, że grupy dziecięce mają zupełnie inny poziom tańca niż to, co oglądamy w programach typu You can dance czy w teatrach muzycznych, ale dzisiaj bardzo to doceniam. Mimo wszystko tak wczesny kontakt z tańcem pod okiem Iwony Orzełowskiej dużo mi dał, jeżeli chodzi o myślenie o ruchu na scenie. Dopiero później zobaczyłem, jak to zaowocowało. Do dziś zresztą czerpię radość z tańca. Z pewnością jest mi on bliski, szczególnie, że w musicalu jest to bardzo ważna dziedzina sztuki.

    Co wpłynęło na to, że zdecydowałeś się zdawać do Gdyni?

    fot. Angelika Nowacka

    Kilka czynników. Po pierwsze, jak byłem na pierwszym roku studiów w Warszawie, cały czas myślałem o tym, żeby przygotowywać się do Akademii Teatralnej. W przypadku mojej osoby jest przeważnie tak, że jak już się za coś wezmę, to przykładam się maksymalnie. Tylko potrzebny jest punkt zapalny, zryw, żeby zacząć. I zacząłem, niestety, bardzo późno, nie wiedziałem, czy zdążę się przygotować i to mnie zniechęciło. Nie chciałem powtórzyć swojego pierwszego podejścia, bo przygotowałem się wtedy dosyć miernie. O szkole w Gdyni usłyszałem dzięki premierze Upiora w operze w Teatrze Muzycznym Roma. Mój ojciec przyniósł do domu program, w którym była obsada i notka biograficzna każdego z artystów. Jak przeglądałem, analizowałem życiorysy aktorów, cały czas przewijało się Państwowe Policealne Studium Wokalno-Aktorskie im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Pomyślałem, że muszę się tym miejscem zainteresować. Ta ścieżka wydawała mi się wtedy dobrym pomysłem. Pobierałem w tym czasie lekcje emisji głosu u Pani Izabelli Jaszczułt-Kraszewskiej. Miałem za sobą już jakiś kontakt z tańcem. Od zawsze chciałem występować w teatrze. Może nie byłem do końca przekonany, czy akurat w muzycznym, ale w końcu ten profil teatru łączył wszystkie pasje, które towarzyszyły mi przez cały czas. Może trzeba by spróbować. Piosenki miałem praktycznie gotowe. Przygotowałem Puste stoły i puste krzesła z musicalu Les MisérablesLes temps des cathédrales Notre Dame de Paris. Trzeba było przygotować jeszcze wiersz i prozę, do których tym razem się należycie przyłożyłem. No to próbujemy! Bardzo się obawiałem odległości, nigdy nie zakładałem, że będę tak daleko od rodziny, co do dziś mi trochę doskwiera. Koniec końców sądzę, że to była dobra decyzja. Wylądowałem w wspaniałym miejscu, mówiąc tu zarówno o mieście, jak i o szkole. Tu zyskałem wykształcenie, doświadczenie sceniczne, rzadkie jak na człowieka w moim wieku, nawiązałem świetne relacje z najróżniejszymi ludźmi, no i przede wszystkim tu poznałem swoją drugą połówkę Anię, dzisiaj już żonę. Było i jest mi tu bardzo dobrze od samego początku. Jeszcze w trakcie nauki w Gdyni, chodziło mi po głowie, żeby zdawać do innych szkół. Ale dałem sobie rok – jeśli poczuję, że mogę się odnaleźć w musicalu, to tutaj zostaję – pomyślałem. Uważam z całą pewnością, że ta szkoła, działająca przecież w murach największego teatru muzycznego w Polsce, to najlepsze miejsce, jeśli chodzi o rozwijanie umiejętności aktora teatru muzycznego. Tak się szczęśliwie złożyło, że już na drugim roku zaczynałem dostawać angaże do spektakli i pomyślałem, że jeśli faktycznie ktoś to docenia, to może warto pójść tą drogą. Później już nie zdawałem do szkół dramatycznych.

    Debiut na scenie?

    Pamiętny debiut. Mój brat zawsze się śmieje, że debiutowałem jako drzewo w Shreku (śmiech). Wbrew pozorom to było ciekawe doświadczenie sceniczne i szansa na poznanie teatru od środka. Mogłem się dowiedzieć, jak wygląda produkcja dużego spektaklu musicalowego. Później, faktycznym debiutem scenicznym był Skrzypek na dachu w reż. Jerzego Gruzy. Dołączyliśmy do zespołu wraz z moimi czterema kolegami z roku. Natomiast pierwsza rola, a w tym przypadku nawet główna, to Danny Zuko w musicalu Grease w reż. Macieja Korwina. Stało się to podczas II roku w PPSWA. To był straszny stres.

    Jak wspominasz tę rolę?

    fot. Piotr Manasterski

    Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, to z pewnością zostałem obdarzony dużym zaufaniem ze strony ś.p. dyrektora Macieja Korwina. Z etatu w teatrze zrezygnował aktor, który grał Danny’ego i szukano zastępstwa. Wszyscy młodzi aktorzy byli w sztuce, więc pewnie z tego powodu zaczęto szukać w studium. Dyrektor zaproponował mnie. Miałem przesłuchanie, na którym ogromnie zżerał mnie stres. Do końca życia nie zapomnę, jak zrugał mnie po nim dyrektor Korwin. Myślałem, że casting poszedł mi nieźle. Zaśpiewałem piosenki, które miałem przygotować. Usłyszałem od Kierownika Muzycznego Dariusza Różankiewicza i Chórmisztrzyni Agnieszki Szydłowskiej, że widzą potencjał, ale spotkajmy się jeszcze za tydzień. Uznałem, że może jest to taka sytuacja, dobry wstęp do prawdziwego przesłuchania. Pamiętam jak dyrektor Korwin wpadł, kiedy jadłem obiad w bufecie teatralnym i zaczął na mnie krzyczeć, jakim zaufaniem mnie obdarzył, a ja tak mu się odwdzięczam i przychodzę nieprzygotowany na casting. Wziąłem się ostro do pracy, żeby nie dać ciała przy kolejnym podejściu. Szansa jest ogromna, więc nie mogę sobie pozwolić na to, żeby przez jakieś głupie nieprzygotowanie zmarnować taką okazję. Na drugim przesłuchaniu, jeszcze przy wsparciu i lekcjach u mojego profesora od śpiewu Marka Kaczanowskiego, już rzeczywiście poszło dobrze i ostatecznie się dostałem. To był jednak dopiero początek stresów, bo wszedłem na główną rolę męską w spektaklu, w którym występowali sami aktorzy i ja biedny student. Nagle dostaję uwagę od reżysera: Maciek, pamiętaj, ty jesteś szefem tej paczki, to ty nad nimi panujesz. Nie obchodzi cię, jakimi ścieżkami oni podążają, ty podążasz swoimi, a oni idą za tobą. Rozejrzałem się, spojrzałem na ludzi, których dopiero co poznałem. To są aktorzy, którzy pracują w tym teatrze od lat, a ja młody szczypior i mam nimi dowodzić! To było niezwykłe doświadczenie. Na szczęście dzisiaj już się oswoiłem z tą rolą, bardzo ten spektakl lubię. Szczególnie czuć jego wartość, kiedy wychodzi się do ukłonów, patrzy na ludzi – widać i słychać, że miło spędzili czas i że daliśmy im pozytywną energię.

    Która z Twoich ról była najbardziej wymagająca?

    fot. Piotr Manasterski

    To zależy, z której strony na to spojrzeć. Jeśli chodzi o warstwę dramatyczną, o rolę, która wymagała ode mnie dużo przemyślenia postaci, jakiejś zmiany w sobie, to moja rola dyplomowa. Robiliśmy wtedy spektakl muzyczny na podstawie Szwoleżerów Artura Pałygi i Jana Klaty, w reżyserii Grzegorza Wolfa. Do dziś to wspominam i żałuję, że nie możemy tego spektaklu pokazywać. Muzykę stworzył mój kolega z roku, Przemek Pawłowski. Napisał mi taką piosenkę, o której do dziś mówię, że mogłem się w niej maksymalnie wyżyć: emocjonalnie, wokalnie i aktorsko. Wokalnie? To zdecydowanie Notre Dame de Paris. To był okres, że trzeba było codziennie być nastawionym na maksymalną eksploatację głosu, z każdym dniem mieliśmy świadomość, że jesteśmy ciągle obserwowani przez realizatorów i jeżeli zastopujemy, to zaraz może nas tu nie być, bo mogą stwierdzić, że nie damy rady. To było bardzo obciążające, zwłaszcza, że to była pierwsza styczność z takim teatrem. Nigdy nie uczestniczyłem w spektaklu tylko i wyłącznie śpiewanym. W zasadzie to nie musical, a modern opera, tak tez wolał go określać kompozytor Riccardo Cocciante. Myślę, że mógłbym wyróżnić właśnie te dwa spektakle. Grease wspominam, bo było przede wszystkim pierwszym dużym wyzwaniem. To było połączenie wszystkich umiejętności, których miałem się nauczyć w szkole, a okazało się, że podczas szkoły nagle przyszło mi je przenieść na profesjonalną scenę.

    Notre Dame de Paris grasz w tym momencie na dwóch rolach. Którą wolisz?

    fot. Piotr Manasterski

    Wiedziałem (śmiech). To jest pytanie, które towarzyszy mi od początku castingów, potem prób i całej produkcji. Nie wiem (śmiech). Generalnie rzecz biorąc, jak podchodziłem do castingu, to myślałem tylko i wyłącznie o tym, żeby się dostać do tego spektaklu. Marzyłem o Quasimodzie, ale już na etapie przesłuchań zrezygnowałem z tego pomysłu. Jest to rola, która nie może mocno odbiegać od oryginału, bo wszyscy ją kojarzą z Garou. Jak pomyślałem, że mam w ten sposób śpiewać dwie godziny, to w zasadzie mógłbym zagrać jeden spektakl i potem dać sobie spokój ze śpiewaniem na miesiąc. Kiedy okazało się, że zagram Gringoire’a i Phoebusa, stwierdziłem: co ja mogę woleć? Czego chcieć więcej? Mogę się odnaleźć w dwóch postaciach, które przecież bardzo lubię. Mimo wszystko wtedy było mi bliżej do Gringoire’a. On wydawał mi się wtedy swego rodzaju czarodziejem, który stwarza świat zawarty w spektaklu. Niby jest uczestnikiem tej historii, ale jednocześnie jej narratorem i to mi się wydawało mega ciekawe. Phoebus kojarzył mi się, błędnie niestety, z wizerunkiem rycerza-amanta, który jak wejdzie na scenę, ma głównie za zadanie oczarować kobiety. Zawsze się z tego trochę śmieję: masz być najpiękniejszy na scenie. Takie zadanie jest odrobinę krępujące, ale w końcu polubiłem tę postać w trakcie prób, a potem grania spektakli. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest taki prosty amancik, rycerz do kochania, tylko kawał skurczybyka. Jego przemiana i warstwa dramatyczna w spektaklu jest wbrew pozorom dużo większa niż Gringoire’a. W sumie był okres, w którym wolałem grać postać poety oraz taki czas, kiedy więcej frajdy sprawiało mi granie Phoebusa. Ale cały czas staram się nastawiać w taki sposób, nie tylko w przypadku tego spektaklu: nieważne, co grasz, czy to ci się podoba czy nie, masz wyjść i przekonać widza do swojej historii. Każdy spektakl i postać w nim graną trzeba pokochać.

    Nie zdarza Ci się ich mylić?

    Nie, o dziwo nie. Też mnie ktoś zapytał, jak ty to wiesz, do której idziesz sceny. Raz mi się zdarzyło, przyznaję, w kulisach, ale to było na próbie, kiedy nie mieliśmy kostiumów, mówię: co ja tu robię, przecież muszę być z drugiej strony, zaraz jest Dręczy mnie, a nie partia Gringoire’a. Ale staram się ich nie mylić.

    Zdarzały Ci się wpadki na scenie?

    Tak. Moja największa ostatnia była właśnie w Dzwonniku. Był taki okres, kiedy graliśmy bardzo dużo spektakli i nagle całą obsadą stwierdziliśmy, że coś dziwnego zaczyna się dziać. Fakt, iż tyle razy zagraliśmy ten spektakl sprawił, że zaczynaliśmy kombinować. Było poczucie, że nie jest to ta sama energia, która była na początku. Niby czujemy reakcje publiczności i wszystko jest w porządku. Każdy miał jednak jakiś wewnętrzny niepokój. Nagle zdałem sobie sprawę, że zaczynam się zastanawiać, czy ja naprawdę pamiętam tekst. Na Boga, po 40 spektaklach! Czy przypadkiem nie robię tego rutynowo, czy te wszystkie przejścia, gesty, nie są za bardzo automatyczne. Wszystko w głowie zaczęło się mieszać. I miałem jeden taki spektakl, że zapomniałem tekstu, kiedy grałem Phoebusa. Co najgorsze, było to moje pierwsze wejście na scenę i najkrótsza partia, jaką przyszło mi zaśpiewać – ma chyba cztery wersy. Zaśpiewałem chyba półtora. Tam jest takie wejście: Archidiakonie na rozkaz wasz, w imię Boże rozgromię zło, uratuję wnet Paryż nasz, przed tłuszczą obronię go. A ja zaśpiewałem mniej więcej: Archidiakonie na rozkaz wasz… I nagle dziura. Wszyscy Cyganie na mnie patrzą, mam im zakomunikować, że zaraz ich wszystkich przegnam i nie wpuszczę przez bramę Paryża. Oni tak patrzą, za bardzo nie wiedzą, co grać, ja w końcu pomyślałem sobie, cokolwiek, jakieś słowo: Paryż nasz! I chyba ostatni wers jeszcze zaśpiewałem. Ale to pierwszy raz mi się zdarzyło i mam nadzieję ostatni. Niby trwało to chwilę i nie wiem czy ktokolwiek z widzów to zauważył, ale w moim odczuciu ta sceniczna dziura trwała wieczność! Jeszcze na dziesięć sekund przed wejściem na scenę pomyślałem sobie: Boże kochany, nie pamiętam tekstu. Spokojnie, wejdę, ciało przecież pamięta. Bo jednak tak jest, że organizm pamięta sytuację sceniczną i emocje z nią związaną. Nie możemy sobie przypomnieć, ale jak jesteśmy w danej sytuacji, to to wychodzi z automatu. Nie wyszło (śmiech). Ale takie rzeczy też się zdarzają.

    Masz jakąś wymarzoną rolę?

    fot. Piotr Manasterski

    Kilka (śmiech). Jeżeli chodzi o musical, to jednym z takich wielkich marzeń jest rola Jezusa w Jesus Christ Superstar. Jest mi to bliskie, chociażby dlatego, ze śpiewałem partię Ghetsemane na swoim koncercie dyplomowym. Jak poczułem tę energię na scenie, pomyślałem, jak ja bym chciał kiedyś zrobić to w całości, w spektaklu. Bardziej patrzę na wymarzone role od strony różnorodności charakterologicznej. Nie chciałbym zostać zaszufladkowany, że gram głównie młodych mężczyzn, którzy romantycznie zakochują się w kobiecie, a ona ich odrzuca, czyli po prostu role amantów. Chociaż wcale tego nie krytykuję, uważam, że są to też bardzo fajne rzeczy, chociażby jak w spektaklu Ghost, gdzie historia jest piękna – romantyczna, niby banalna, ale szlachetnie zagrana jest wzruszająca. Ale marzy mi się to, żeby zaskoczyć kogoś i zagrać totalnie czarny charakter, żeby odciąć się od tego, że mogę być uprzejmym aktorem na scenie (śmiech). Chcę być kimś innym. Zresztą, to jest najpiękniejsze w tym zawodzie. Wychodzisz na scenę i nagle możesz zrobić to, czego nie byłbyś w stanie, albo nawet nie chciałbyś zrobić w codziennym życiu. To jest chyba najciekawsze. I chciałbym też spróbować swoich sił w końcu w dramacie. Co prawda staram się nie rozróżniać: aktor musicalowy, aktor dramatyczny, aktor filmowy czy serialowy. Jest jeden zawód: aktor. Czasami musi śpiewać, a czasami strzelać z łuku czy jeździć konno albo biegać 10 s na 100 m, bo tego wymaga scena w filmie.

    Jesteś na stałe związany z Teatrem Muzycznym w Gdyni. Nie masz takiego poczucia, że coś Cię omija, bo tyle się dzieje obecnie na polskiej scenie musicalowej. Nie pociągają Cię musicale poza Gdynią?

    Oczywiście. Rzeczywiście, teraz się dzieje bardzo dużo i faktycznie mogłoby się wydawać, że coś mnie omija. Ale widzę, ile rzeczy dzieje się tutaj, to co tak naprawdę mnie omija? Pracuję w najlepszym, najbardziej różnorodnym jeżeli chodzi o repertuar, teatrze muzycznym w Polsce. Dostaję szanse grania w dużych produkcjach, z różnymi reżyserami, jest to przecież zawsze rozwój we wszystkich sferach, czy to wokalnych, czy aktorskich, więc nie mam na co narzekać. Oczywiście jak każdy aktor, ciągle chcę więcej! Pociągają mnie nowe wyzwania i staram się ich szukać. Póki mam szansę na to, żeby się ciągle rozwijać, nie przeszkadza mi, że pracuję w jednym miejscu, ale nie wykluczam tego, że mogę się pojawić kiedyś gdzie indziej. Nasz zawód jest tak lotny i nieprzewidywalny, że może kiedyś będę nawet zmuszony szukać pracy gdzie indziej, bo za dwa lata reżyser czy dyrektor stwierdzi, że nie jestem im do niczego potrzebny. Oczywiście obserwuję to, co się dzieje w Polsce i cieszę się również, że w wielu musicalach grają moi znajomi.

    Na jesieni czeka nas premiera Wiedźmina….

    fot. Piotr Manasterski

    Jestem tego bardzo ciekawy. Niedawno zaczęliśmy próby, ciągle trwa poszukiwanie drogi, jak opowiedzieć to widzowi. Moim zdaniem są naprawdę duże szanse na to, że będzie to wielkie widowisko, ale jednocześnie fajnie opowiedziana historia. Przyznam szczerze, że nigdy specjalnie nie ciągnęło mnie do prozy Andrzeja Sapkowskiego. Dopiero jak mój brat polecił mi grę komputerową, zacząłem się jakoś w to wkręcać. Teraz z wielkim zainteresowaniem czytam książki, a także pracujemy nad realizacją w teatrze i sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie. Kibicuję temu przedsięwzięciu, bo uważam, że jest to kawał dobrze napisanej i fajnie opowiedzianej historii, ale też mającej niezwykły potencjał w sferze wizualnej, to może być naprawdę ciekawe. Patrząc na spektakle Wojciecha Kościelniaka, każdy z nich można było zawsze w ciemno polecić. I ja w ciemno mogę polecić Wiedźmina.

    Pierwszy musical, jaki widziałeś?

    Metro w Studio Buffo w reżyserii Janusza Józefowicza. To był jeden z tych, infantylnych jeszcze momentów, w którym stwierdziłem, że chcę być aktorem. I tak wtedy sobie myślałem: jak ja bym chciał teraz stanąć na tej scenie i zaśpiewać partię Jana. Wtedy miałem 11 lat i myślałem: aktor stoi sam na scenie i śpiewa taką piosenkę, chciałbym kiedyś coś takiego przeżyć.

    A ulubiony musical?

    fot. Angelika Nowacka

    To tak jak z wymarzoną rolą. Nie mam chyba takiego tytułu. To też trzeba rozróżnić: istnieje musical anglosaski, który jest nastawiony na prostą historię, prosty przekaz i bardzo rozbudowaną warstwę muzyczną, ale i w tym przypadku zaszły w ostatnich latach duże zmiany. Wydaje mi się, że przy mimo ciągle małej popularności sztuki musicalu w Polsce można już mówić o takim zjawisku jak musical polski, nawiązujący do śpiewogry. Niektóre spektakle trudno jest jakkolwiek sklasyfikować i określa się po prostu jako spektakle muzyczne. Jeżeli chodzi o te spektakle, które nie są, przynajmniej dla mnie, stricte musicalem, to na mnie ogromne wrażenie zrobiła Lalka w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, grana do dziś w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Gdy przyjechałem tutaj, był to jeden z pierwszych spektakli jakie zobaczyłem. To było coś! Nie sądziłem, że można w teatrze muzycznym przedstawić historię taką formą, a przy tym wszystko się tak dobrze opowiada i koniec końców ogromnie wzrusza. Jeżeli chodzi o spektakle widowiskowe, to jednym z nich był z pewnością Taniec wampirów w Romie. Ulubione? Trudno powiedzieć. Chyba nie zaryzykuję, żeby powiedzieć, który jest ulubiony. Usiłuję, w miarę możliwości czasowych, oglądać różne spektakle. Z każdego staram się wyciągać inspiracje, które później mogę przełożyć na pracę na scenie.

    Maćka Podgórzaka możecie zobaczyć na scenie Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni w głównych rolach w Grease, Notre Dame de Paris, a także w mniejszych w innych spektaklach. Zapraszamy Was też na jego fanpage, tutaj możecie go posłuchać.

    Kto z Was słyszał Maćka? Znacie go z jego ról albo jego głosu? Wolicie go jako Gringoire’a czy jako Phoebusa?

  • Czy muszę znać się na musicalach, żeby móc je kochać?

    czy musze znac sie na musicalachLubię zaglądać czasami do słownika języka polskiego, żeby przeczytać znaczenie danego słowa. Ostatnio przyglądałam się definicji słowa pasja: głębokie zaangażowanie i zainteresowanie czymś, co bardzo lubimy robić i czemu chcemy poświęcać czas. Nie: coś, w czym jesteśmy ekspertami. Nie: coś, na czym świetnie się znamy. Niekoniecznie coś, w czym siedzimy od lat. Czy pisząc o kuchni, muszę ukończyć wiele szkół gotowania? Opowiadając o książkach, muszę być literaturoznawcą? Dzisiaj zapraszam Was na wpis nieco innego typu – czy muszę być znawcą, żeby o czymś pisać. A co za tym idzie – czy muszę znać się na musicalach, żeby móc je kochać.

    Jak pewnie widzicie, blogosfera bardzo szybko się rozwija. Blogi istnieją niemal na każdy temat, a wiele osób skrycie marzy, żeby zacząć pisać. Rynek wydaje się jednak przesycony i trudno znaleźć temat, który nie zostałby już poruszony. A jednak, kiedy w mojej głowie po raz pierwszy pojawił się pomysł założenia tego bloga, nie mogłam znaleźć w sieci nic podobnego. Potem, jak się okazało, chyba niezbyt dobrze szukałam, jednak wydawało się, że trafiłam na niszę, o której tak wszyscy trąbią. Postanowiłam spróbować. Czy się bałam? Oczywiście. Nie znałam się kompletnie na HTML-u, na WordPressie, nie miałam pojęcia, czym dokładnie jest hosting i domena, całej tej informatycznej podstawy musiałam się nauczyć. A jednak gdzieś w głębi czułam, że to właśnie to, co chcę zrobić. Nawet nie wiecie, ile godzin spędziłam na planach, tworzeniu loga, listy tematów, budowania tego wszystkiego. A start bloga uczciłyśmy ze współlokatorkami czeską marlenką.

    Kiedy zaczęli się pojawiać pierwsi czytelnicy, byłam przeszczęśliwa. Czytałam pierwsze nieśmiałe komentarze, dzieliłam się moimi refleksjami i cały czas się uczyłam. Wypożyczałam książki o musicalu, poznawałam jego historię, zapoznawałam się z polskimi teatrami muzycznymi. Coraz bardziej wsiąkałam w ten świat i chciałam go jeszcze lepiej poznawać. Szczególnie odkąd zaczęły się Musicalne rozmowy. Aktorzy musicalowi to naprawdę wspaniali ludzie.

    Kochani! Nie jestem ekspertem od musicali i długo nim nie będę. Ten świat fascynuje mnie od niedawna. Blog lada chwila kończy pół roku. Jest to dla mnie niesamowite doświadczenie i ogromna radość. Mam jednak świadomość, jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem, jak wielu musicali nie widziałam, ile się jeszcze muszę nauczyć. Wszystkie poważniejsze artykuły (jak historia musicalu), piszę w oparciu o źródła. Pozostałe są moimi przemyśleniami i odczuciami. Takie spojrzenie jeszcze niemal laika. Chcę się w tym kierunku rozwijać, ale rozwijać z Wami. Bez Was ten blog by nie istniał. I za to chciałabym Wam podziękować. Za wszystkie nasze rozmowy, za komentarze, lajki na facebooku. Cieszę się, że z niektórymi z Was mogę rozmawiać przez internet, a z innymi miałam już okazję spotkać się w teatrze. Świat musicali jest piękny i fascynujący. Musicale zajmują teraz w moim życiu bardzo ważne miejsce. A że nie zawsze umiem odpowiedzieć na wszystkie stawiane mi pytania albo popełniam błędy? Nie od razu Rzym zbudowano. Pozdrawiam Was cieplutko.

  • Dlaczego warto iść na musical z kimś?

    dlaczego warto iść na musical z kimśJakiś czas temu zastanawialiśmy się, dlaczego warto iść na musical w pojedynkę. Bardzo cieszy mnie Wasza reakcja i rozmowy, które rozwinęły się pod wpisem. Okazało się, że wiele osób właśnie w ten sposób ogląda musicale. Dzisiaj spojrzenie z drugiej strony, dlaczego na takie wyjście warto znaleźć towarzysza.

    Masz z kim dzielić się wrażeniami

    Z natury jestem gadułą, a jak coś mi się spodoba, to potrafię opowiadać o tym godzinami. Nie inaczej jest w przypadku musicali – wrażeniami chcę się podzielić, jak tylko zacznie się przerwa. Nawet jak jestem sama, zwykle relacjonuję komuś przeżycia przez facebooka albo smsem. O ile jest jednak lepiej, kiedy ta osoba jest tuż obok mnie i zobaczyła przed chwilą dokładnie to samo. Wymieniamy się wrażeniami na gorąco – po jakimś czasie one bledną, więc te dyskusje jeszcze w teatrze są najciekawsze.

    Musical może być punktem wyjścia wycieczki

    Jak być może widzieliście na Facebooku, kupiłam bilety do Londynu, a co za tym idzie, już w lipcu spełnię moje największe ostatnio marzenie – zobaczę na żywo musical Wicked. Cieszę się nie tylko z tego powodu, lecz także przez wyjazd, który czeka mnie niejako przy okazji. Myślę, że spędzimy z koleżanką wspaniały weekend w Londynie, w którym, przyznaję, będę po raz pierwszy w życiu. Nie mogę się doczekać! To kolejny plus – przy wyborze musicalu, który jest daleko, organizujemy sobie wyjazd w nowe miejsce. Sama droga także jest o wiele przyjemniejsza z towarzyszem.

    Możesz zarazić kogoś pasją do musicalu

    Wiele osób nie lubi musicali i mają ku temu różne powody. Ostatnio często o tym rozmawiam z różnymi ludźmi i okazuje się, że znaczna część z nich nigdy musicalu nie widziała. W dodatku twierdzą, że jakby mieli okazję, chętnie by się do teatru wybrali. Możemy więc połączyć przyjemne z pożytecznym – nie dość, że spędzimy przemiły wieczór w dobrym towarzystwie, może zyskamy nowego fana musicali, który chętnie będzie z nami na nie chodził.

    Świetnie spędzasz czas z bliskimi

    Całkiem niedawno dostałam wiadomość o treści: „Dzięki za inspirację! W sumie o tym nie pomyślałam wcześniej, ale jeden z musicali bardzo mnie zaciekawił. Pogadam z narzeczonym, może tym razem zamiast do kina pójdziemy do teatru”. Mówi się, że ludzie coraz rzadziej wybierają ten typ rozrywki. A przecież to dobra opcja na randkę albo wspólne wyjście z przyjaciółmi. Próbowaliście kiedyś namówić znajomych na takie spędzenie wieczoru? Może okaże się, że oni też lubią musical, tylko…. nigdy nie przyszło Wam do głowy o tym porozmawiać.

    Nie czujesz się samotny

    Powód może oczywisty, ale czasami faktycznie tak jest. Idziemy na musical, wybieramy tytuł, który nas fascynuje, ulubioną obsadę, w trakcie spektaklu siedzimy jak zahipnotyzowani, ale… w przerwie jest nam zwyczajnie smutno. Widzimy ludzi, którzy rozmawiają, dzielą się wrażeniami. Oczywiście dla niektórych to nie problem podejść do obcych i zagadać. Nie wszyscy są jednak tak odważni, czasami staną gdzieś w rogu i gapiąc się w telefon, z utęsknieniem wyczekują końca przerwy. Z towarzyszem jest jednak lepiej.

    Jakie jest Wasze zdanie? Szukacie towarzysza do wyjścia, macie osobę, z którą zawsze chodzicie, czy jednak preferujecie samotne wyjścia? Podzielcie się w komentarzach.

  • Majowy przegląd musicalowy

    majowy przegląd musicalowyByła wiosna, wiosna wkoło, nadszedł cudny maj – ten wiersz mówiłam kiedyś na akademii szkolnej. Maj od zawsze był moim ulubionym miesiącem, dzieje się w nim wiele ważnych dla mnie rzeczy. I kwitnie bez, który kocham całym sercem. Czy tak pięknie i wiosennie jest w naszych teatrach? Zapraszam Was na majowy przegląd musicalowy.

    Wrocław

    Teatr Capitol zaprasza na musical Nine i na Czarnoksiężnika z Krainy Oz.

    Łódź

    Teatrze Muzycznym w Łodzi najmłodsi mogą zobaczyć ZorroSmurfowisko, czyli Gargamel złapany, dorośli natomiast Cyrano.

    Lublin

    Teatrze Muzycznym w Lublinie Phantom – Upiór w operze.

    Warszawa

    Teatr Roma zaprasza (przedostatni miesiąc) na Mamma Mia!Pięć ostatnich lat. W ofercie dziecięcej Księga dżungli, Alicja w Krainie CzarówMały Książę. Do Teatru Rampa możemy zawitać na Rapsodię z demonem. Najmłodszym z pewnością spodobają się O dwóch takich, co ukradli księżyc, Księżniczka Sara, Wanna ArchimedesaTajemniczy ogród. Studio Buffo klasycznie Romeo i Julia, Polita, MetroPiotruś Pan. W Teatrze Komedia czeka na nas Pierwsza Randka. W stolicy możemy zobaczyć też musical Cats w broadwayowskiej obsadzie. Będzie wystawiany na Torwarze przez trzy dni: 18, 19 i 20 maja. Bilety dostępne są tutaj.

    Poznań

    Teatr Muzyczny w Poznaniu szykuje dla nas premierę – będzie to Madagaskar, który zdominuje majowy repertuar. Oprócz niego obejrzymy tylko Zakonnicę w przebraniu. Możemy jednak odwiedzić Teatr Wielki, w którym grany będzie Skrzypek na dachu.

    Gdynia

    W Teatrze Muzycznym w Gdyni  Skrzypek na dachu, Notre Dame de Paris, GreasePiotruś Pan.

    Chorzów

    Teatr Rozrywki w tym miesiącu przygotował dla nas Młodego FrankensteinaProducentów.

    Bielsko-Biała

    Teatr Polski prezentuje Człowieka z La Manczy.

    Dzień Teatru Publicznego

    13 maja to Dzień Teatru Publicznego, w którego obchody włącza się wiele teatrów. Tego dnia można nabyć bilety na spektakle za 500 gr. W akcji biorą udział m.in. Teatr Roma, Teatr Rampa czy Teatr Muzyczny w Poznaniu. Ja w ten sposób zamierzam zdobyć bilet na Madagaskar. Popatrzcie, może w swoim mieście znajdziecie coś dla siebie, niekoniecznie musicalowego.

    Jakie macie plany na maj? Chcecie zobaczyć coś konkretnego? To przedostatni miesiąc przed wakacyjną przerwą w teatrach, może warto na coś się skusić?

  • Edyta Krzemień: wyzwania są najciekawszą stroną mojego zawodu

    Edyta Krzemień

    Jest posiadaczką jednego z najbardziej znanych głosów polskiej sceny musicalowej. Do tego świata trafiła trochę przez przypadek, ale śpiew towarzyszył jej od zawsze. Opowiada, kim mogłaby być, gdyby nie została aktorką, jakie ma musicalowe marzenia i dlaczego od czasu do czasu musi odwiedzić Egipt. Zapraszam Was na Kwietniową musicalną rozmowę z Edytą Krzemień

    Musicalna: Na początku chciałam zapytać trochę przewrotnie: wiesz, co robiłabyś, gdybyś nie śpiewała i nie występowała na scenie?

    Edyta Krzemień: Wolałabym nie brać takiej ewentualności pod uwagę, ale pewnie coś bym wymyśliła. Mam dużo różnych zainteresowań. Kiedyś marzyłam o tym, żeby zostać weterynarzem, potem wpadłam na pomysł, że będę dziennikarką, fotografem, sportowcem, politykiem (o zgrozo!). W sumie ile dni, tyle pomysłów. Dorastałam wśród ludzi, którzy uwielbiają podróżować i zawodowo zajmują się turystyką, więc może mogłabym organizować ciekawe wyprawy rowerowe dookoła świata? Co jeszcze? Myślę, że mogłabym pracować w jakiejś kawiarni, bo po pierwsze uwielbiam jeść, a po drugie tworzenie smaków i zapachów dla innych ludzi byłoby super, pod warunkiem, że zajęłabym się tylko tym i moja uwaga byłaby na tym skupiona. Kawiarenka, restauracja, może jakiś domek do wynajęcia gdzieś, z różnymi fajnymi rzeczami, żeby było miło i ciepło. Kiedyś myślałam także o tym, żeby zostać „nosem”, czyli artystą-perfumiarzem. Podsumowując, wszystkie moje wybory koncentrują się na tworzeniu czegoś. Ale szczerze mówiąc, chciałabym nigdy nie musieć rezygnować z muzyki i teatru.

    A o czym marzyłaś jako dziecko?

    Zawsze marzyłam o tym, żeby śpiewać. Muzyka była i jest moją pasją i nigdy nie myślałam o niej jak o drodze zawodowej, raczej jak o cudownym dodatku do mojego życia. A poza tym, marzenia miałam bardzo proste i takie, o których wiedziałam, że są do zrealizowania prędzej czy później. Trzymałam się zasady: najpierw pomyśl, potem uwierz, a dopiero później marz i spełniaj (cyt. Walta Disneya). Nigdy na odwrót. Bo wielkie nieprzemyślane marzenia to szaleństwo, które jeśli jest nie do zrealizowania, może rodzić poważne frustracje. Więc po co sobie to robić.

    To jak zaczęła się Twoja przygoda ze śpiewem?

    Śpiew był od zawsze. To było dla mnie takie organiczne, oczywiste, że się śpiewa, że się słyszy muzykę. Takie proste. Wiedziałam jednak, że to wymaga szlifów, pracy itd. Mama pracowała w domu kultury u nas w miasteczku. Stworzyła mi możliwość obcowania ze sceną, sama tworzyła choreografie do piosenek śpiewanych przez naszą dziecięcą grupę wokalno-taneczną. Mikrofon był mi bliski. Choć jak sięgam pamięcią, zanim przyszedł prawdziwy mikrofon, najpierw był dezodorant. I wielka kamera na kasety VHS. Oczywiście przed tą kamerą były cuda. Nagrywaliśmy filmy, minikoncerty i cieszyliśmy się tym, że możemy się później obejrzeć w telewizorze. To wszystko to była wspaniała ucieczka od różnych problemów dojrzewającej dziewczynki. W szkole nie byłam prymusem, a muzyka mnie koiła. I do dzisiaj tak jest. Muzyka potrafi wpłynąć na to, jaki mam dzień. W szkole średniej trafiłam do bardzo muzykalnej klasy. Mimo że była to klasa ogólna, było w niej mnóstwo talentów. Większość dobrze śpiewała, koleżanka grała na gitarze, ja grałam na perkusji i śpiewałam. Nauczycielka muzyki, p. Hanna Malska, zasugerowała mi zdawanie do szkoły muzycznej. Miałam 19 lat. Dostałam się i powoli zaczęła się moja przygoda z myśleniem o muzyce jako o zawodzie, w którym mogłabym się realizować w przyszłości.

    Dlaczego akurat musical?

    Czytaj dalej…

  • Tak tęsknię do Twych rąk – Ghost

    ghostIstnieją takie filmy, które są klasyczne. Takie, które w telewizji powtarzane są kilka razy w roku, a na sam widok tytułu już się uśmiechamy. Wielokrotnie nagradzane. Co się z nimi stanie, jeśli postanowimy zrobić z nich musical? Zapraszam na recenzję musicalu Ghost.

    Ghost

    Historię z filmu Uwierz w ducha znamy chyba wszyscy. Sam i Molly są szczęśliwą parą, wprowadzają się do wymarzonego mieszkania, mają pracę, przyjaźnią się z Carlem. Wszystko zmienia się jednej nocy, kiedy Sam zostaje zamordowany. Nie odchodzi jednak, a pozostaje w tym świecie jako duch. Nikt go nie widzi i nikt nie może usłyszeć, z wyjątkiem… Ody, medium, która do tej pory zajmowała się oszukiwaniem bogatych, że słyszy duchy ich bliskich. Sama jednak słyszy naprawdę. A on wykorzystuje wszystkie sposoby, by zmusić ją do pomocy. Okazuje się bowiem, że jego śmierć nie była przypadkowa, a Molly grozi ogromne niebezpieczeństwo. Czy jednak Molly posłucha przypadkowej kobiety, w dziwacznym kolorowym stroju, a przy tym wielokrotnie notowanej?

    Zwykła niezwykła codzienność

    Czytaj dalej…

  • Wybudujemy wieżę – Metro

    Metro
    http://musical-metro.pl/galeria/

    Młodzi ludzie mają wielkie marzenia. Zwłaszcza ci, którzy chcą być sławni i spełniać się artystycznie. Często są gotowi na wszystko, żeby osiągnąć swój cel. Mogą poświęcić bliskich, porzucić dotychczasowe życie, nagiąć wartości. Co jednak, jeśli swoje szczęście odnajdą w czymś, czego się zupełnie nie spodziewali? Taką historię opowiada musical Metro. Zapraszam na recenzję.

    Kariera kosztem wszystkiego?

    Gdzie można robić karierę muzyczną? Na scenie teatrów, na wielkich festiwalach, na scenach muzycznych. A może miłość do muzyki jest tak silna, że wystarczy do tego stacja metra? Taką drogę wybrał Jan i w tym świecie jest szczęśliwy. Ma swoją gitarę i swoją samotność. Do czasu, kiedy w teatrze nieopodal nie odbywa się casting. Cała grupa młodych, zdolnych ludzi zostaje odrzucona przez reżysera. Łącznie z Anką, która zasypia na stacji, a tym samym przegapia ostatnie metro. Droga Jana najpierw krzyżuje się z jej drogą, a następnie z drogami pozostałych. Postanawiają na stacji wystawić własny spektakl. Łączy ich muzyka, pasja, z czasem przyjaźń. Czy to wystarczy, kiedy dostaną propozycję nie do odrzucenia?

    Klasyka polskiego musicalu

    Czytaj dalej…

  • Kwietniowy przegląd musicalowy

    kwietniowy przegląd musicalowyCzas leci jak szalony i oto nagle mamy kwiecień. Powitał nas piękną pogodą i cudownym słońcem. To nic, że według prognoz w tygodniu znowu ma być 11 stopni. Jak to mówi przysłowie: Kwiecień plecień, poprzeplata trochę zimy, trochę lata. Cieszmy się więc tą odrobiną lata, przeglądając ofertę naszych teatrów. Zapraszam na kwietniowy przegląd musicalowy.

    Gdynia

    Taka pogoda aż przyciąga nad morze, może warto skorzystać i oprócz przepięknych widoków, zapewnić sobie równie piękne wrażenia artystyczne? Teatr Muzyczny w Gdyni zaprasza nas oczywiście na Notre Dame de Paris, chociaż tylko w pierwszej połowie miesiąca. Później możemy zobaczyć GhostPiotrusia Pana.

    Poznań

    Teatrze Muzycznym w Poznaniu ostatnie w tym sezonie spektakle musicalu Jekyll&Hyde. Jest też Ania z Zielonego Wzgórza i Nie ma jak lata 20., lata 30.

    Wrocław

    Teatr Capitol zabiera nas w podróż do powojennego Wrocławia w musicalu Liżę twoje serce.

    Kraków

    Czytaj dalej…

  • Sylwia Banasik cz. II: chcę się dzielić z innymi moją radością ze śpiewania

    sylwia banasik accantusWitam Was serdecznie w drugiej części marcowej Musicalnej rozmowy. Pierwszą możecie przeczytać tutaj. Tym razem Sylwia Banasik opisuje swoją przygodę ze Studiem Accantus, opowiada o kontaktach z fanami i – po raz pierwszy – o swoim dubbingowym debiucie. Zapraszam na wywiad.

    Musicalna: Studio Accantus. Jak tam trafiłaś?

    Sylwia Banasik: Byłam w Studiu Accantus zanim w ogóle zaczęło istnieć. Poznałam Bartka (reżysera studia), kiedy był jeszcze młodym chłopaczkiem, dzieciaczkiem. Połączyła nas wspólna pasja, którą odkrywaliśmy w Teatrze Tańca i Muzyki Tintilo. Pewnego dnia Bartek stwierdził, że będzie nagrywać i pożyczył od taty mikrofon. Pierwsza piosenka, którą razem nagraliśmy, pochodziła z Tańca Wampirów. Zaśpiewałam ją w duecie z jego bratem Jarkiem Kozielskim. On grał wampira von Krolocka, a ja Sarę i było to sławne Na orbicie serc. Od początku bardzo mi się to spodobało, wtedy nagrania puszczaliśmy głównie rodzicom, ku ich uciesze. I tak nam popołudnia mijały na nagrywaniu. Piosenek nie do opublikowania i nieopublikowanych jest wiele. Zanim zaczęliśmy myśleć o tym, żeby je pokazywać światu, minęło trochę czasu. Najpierw wrzucaliśmy nagrania audio, dopiero później wideo, wtedy ruszył z kopyta kanał youtubowy. Od początku to była zajawka i fajna zabawa, a teraz zaczęło się to przeradzać w naszą pracę. Nie może być nic lepszego, bo robimy to, co lubimy.

    Która piosenka była najbardziej wymagająca, sprawiła najwięcej trudności?

    Bartek na pewno znałby odpowiedź na to pytanie w trybie natychmiastowym (śmiech). Na pewno najcięższe są takie nagrania, które trzeba zrobić, a jest się chorym albo ma się gorszy  dzień. Wiadomo – środa jest bezlitosna. Jest raz w tygodniu i nie ma możliwości jej przesunąć. Nauczeni doświadczeniem staramy się robić nagrania z wyprzedzeniem, ale nie zawsze się to udaje. I tak było z milionowym Tylko jedno życie masz. Byłam chora, miałam zapalenie krtani, zebrałam się w sobie i jakoś zaśpiewałam, ale pamiętam, że dużo mnie to kosztowało. Wiadomo, są piosenki, nad którymi musimy trochę bardziej popracować, w których mamy problemy. A są też takie, które pasują do nas jak plasterek i zdarza się nagrać całość w jednym ujęciu. Nie ma na to reguły.

    Masz swoją ulubioną?

    Czytaj dalej…

  • W jego oczach – Jekyll&Hyde

    jekyll&hydeZ kimkolwiek bym nie rozmawiała o tym musicalu, każdy był nim zachwycony. Mówili, że świetna historia, piękna muzyka, fajne efekty. Nie mogłam już się doczekać, więc postanowiłam iść na Jekyll&Hyde jeszcze w marcu, jako drugi spektakl w tym miesiącu. Szczególnie, że z okazji 50. spektaklu Teatr Muzyczny w Poznaniu przygotował dodatkowe atrakcje dla widzów. O zlocie fanów z pewnością Wam jeszcze napiszę, dzisiaj zapraszam na recenzję musicalu Jekyll&Hyde.

    Zło jest w każdym?

    Odwieczna walka dobra ze złem była tematem, który zastanawiał ludzkość od początku jej istnienia. Szczególnie, jeżeli dochodziło do niej wewnątrz człowieka. Nad tym tematem pochyla się także dr Jekyll – pracuje nad miksturą, która wydzieli w człowieku tę złą część. Przez te badania niemal wszyscy uważają go za dziwaka – z wyjątkiem najbliższych mu osób, w tym jego narzeczonej Emmy. Jekyllowi nie udaje się przekonać rady szpitala, żeby pozwoliła mu eksperymentować na ludziach, w związku z tym postanawia przetestować swój eliksir na sobie. W ten sposób rodzi się Edward Hyde, który krok po kroku zaczyna panować nad lekarzem.

    Teatralne efekty

    Czytaj dalej…