• Kamil Zięba: Ale ja wcale nie chciałem być aktorem

    Kamil ZiębaWitajcie we Wrześniowej musicalnej rozmowie. Tym razem moim gościem jest chyba najwyższy aktor polskiej sceny musicalowej. Opowiada, co w jego zawodzie najbardziej go zaskoczyło, czy prawie dwa metry wzrostu przeszkadzają w karierze i dlaczego chodził nocami po Gliwicach, słuchając piosenki Creep. Przed Wami Kamil Zięba. Zapraszam do lektury.

    Musicalna: Co najbardziej zaskoczyło Cię w byciu aktorem?

    Kamil Zięba: Najbardziej zaskakujące były jedne z pierwszych zajęć z moją ukochaną Panią Profesor – śp. Joanną Bogacką, tak zwane “Elementarne zadania aktorskie”. Jak dzisiaj pamiętam jedno z zadań: trzy osoby, jedna osoba gra myśliwego, druga sarnę (która w dodatku ma świadomość, że zaraz umrze!), natomiast trzecia miała wcielić się w… serce tej sarny! Kiedy Pani Profesor nam to opowiedziała, pomyślałem: Cooooo? O co tu w ogóle chodzi? Co ja tu robię? Pulsowaliśmy na tej podłodze, wykonywaliśmy jakieś dziwne ruchy, musieliśmy obserwować równocześnie sarnę i myśliwego, od którego zależało czy mogliśmy na sekundę jako to serce odetchnąć, czy też zaraz przez swoje zbliżanie się, zmuszał, aby na nowo panicznie reagować. Każde z takich zadań, chociaż na początek wydawały się totalnie dziwne i bezsensowne, miało jakiś cel, pozwalało nam prawdziwie i głęboko wchodzić w swoje emocje, uczyło koniecznego na tamtym etapie przełamania własnych barier i kompleksów. Dla mnie to była chyba największa trudność: przełamać wstyd, spowodowany tym, że patrzą na ciebie twoi dobrzy znajomi. To była moja największa blokada – wyłączyć poczucie, że oni obserwują, oceniają to, jak ty się zachowujesz, co robisz, jak wyglądasz i móc w pełni oddać się postaci, której powierzasz swoje ciało. Myślę, że to było największe zaskoczenie, później już nic tego nie przebiło.

    To skąd wziął się ten pomysł?

    Nie miałem być aktorem. Od zawsze śpiewałem, a publiczne śpiewanie rozpoczął psalm śpiewany przeze mnie podczas Pierwszej Komunii. Pomiędzy tym, że miałem być weterynarzem, miałem być też wokalistą – piosenkarzem. Pierwszy błysk pomysłu na aktorstwo pojawił się, kiedy dostałem się do musicalu Ania z Zielonego Wzgórza w rzeszowskim Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Poznałem fantastycznych ludzi, zasmakowałem wspaniałej atmosfery teatru i pracy nad spektaklem i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem dostrzegać, że można połączyć to, co uwielbiam, czyli śpiewanie z czymś jeszcze ciekawszym, co daje nowe możliwości, nowe pole do popisu, nową rzecz, której mogę się nauczyć. Później dowiedziałem się, że są szkoły, które pozwolą mi kształcić się w tej właśnie szerszej perspektywie. Wtedy w teatrze, pomyślałem, że bycie samym piosenkarzem jest trochę… blade. Kiedy zrozumiałem, że piosenki można (i nawet powinno się) interpretować w takim pryzmacie aktorskim, to gdy teraz muszę  zaśpiewać piosenkę typowo rozrywkową, z tekstem o niczym i muzyką o niczym – jest to dla mnie tragiczna konieczność.

    Co się działo po Teatrze rzeszowskim?

    Czytaj dalej…

  • Jak zostać artystą musicalowym?

    jak zostać artystą musicalowymKto z Was, oglądając jakiś wspaniały musical, nie marzył o tym, żeby pojawić się na scenie razem z artystami? Ja bardzo, mimo oczywistego braku talentu w tym kierunku. Jeżeli jednak wybór życiowej drogi jeszcze przed Wami, poprosiłam Monikę z bloga Spojrzenie na musical o kilka wskazówek, jak zostać artystą musicalowym. Myślicie, że na przygotowania do egzaminów, które odbędą się w przyszłym roku na przełomie czerwca/lipca jest jeszcze za wcześnie? Obawiam się, że czasami może być nawet za późno. Zapraszam Was na wpis Moniki.


    Jeśli myślicie o karierze artysty musicalowego, mogę się z Wami podzielić kilkoma wskazówkami. Dotyczą one tego, jakie decyzje musicie podjąć i na co się przygotować… bo jak sądzę, każdy z Was wie, że musi przede wszystkim popracować warsztatowo.

    Przygotuj się na opór rodziny.

    To jest właściwie pierwsza rzecz, z którą należy się pogodzić, aby w przyszłości, realizując się zawodowo, po prostu nie zwariować. Oczywiście, są rodzice, którzy potrafią rozmawiać ze swoimi dziećmi, którzy lubią teatr czy muzykę lub których po prostu stać na to, by dziecko realizowało się w czymś „bez przyszłości”. Jednak nie oszukujmy się, w większości przypadków rodzice podchodzą do tematu odrobinkę wrogo. Dla nich „aktor” to wytatuowany skandalista, a teatr jest miejscem, gdzie uprawia się seks na żywo. Może, zanim zdecydujemy się wkroczyć na tę „drogę moralnego zepsucia”, warto zaprosić rodzinę do teatru na coś dobrego i ciekawego, aby ten obraz sztuki trochę poprawić?

    Nastaw się na dużo pracy i wydatków.

    Jeżeli myślimy poważnie o zawodzie artysty scen muzycznych, naukę musimy rozpocząć na długo przed egzaminami wstępnymi. Oczywiście, szkoła istnieje po to, aby tam się wszystkiego nauczyć, jednak w praktyce wygląda to tak, że w rekrutacji biorą udział setki (w Zelwerowiczu są to ponoć tysiące…) młodych ludzi i każdy może okazać się lepszy od nas. Jeśli więc zależy nam na tej ścieżce kariery, musimy zainwestować w siebie. Co nam się może przydać?

    • śpiew,
    • aktorstwo (głównie interpretacja wiersza i prozy oraz improwizacja),
    • taniec (warto postawić na klasykę, jazz i broadway dance, ale jednak ważniejsza od techniki jest kondycja oraz koordynacja ruchowa),
    • dykcja,
    • dodatkowym atutem będą warsztaty z castingu i/lub autoprezentacji,
    • ponadto większość egzaminów do szkół artystycznych to wiedza teoretyczna, dlatego warto zapoznać się z pozycjami książkowymi proponowanymi przez uczelnię.

    Całkowite koszty miesięczne to około 250-600 zł – w zależności od konkretnych potrzeb, cen oraz organizacji pracy. A warto dodać, że egzaminy najczęściej również są płatne, więc oszczędności mogą się przydać.

    Przygotuj się na ogromną konkurencję – zwłaszcza jeśli jesteś kobietą.

    Czytaj dalej…

  • 20 rzeczy, których nie powinnaś robić w Londynie

    w LondynieTrudno mi uwierzyć, że od wyjazdu do Londynu minęły już prawie dwa miesiące. Lubię wracać myślami do tego czasu, przeglądać zdjęcia czy wspominać rewelacyjne Wicked, które szturmem zdobyło moje serce i bez najmniejszych problemów stało się najlepszym musicalem, jaki w życiu widziałam. Myślę, że nadszedł czas, żeby na Londyn spojrzeć z dystansu. I to pod kątem wpadek, które zaliczyłyśmy podczas naszej pierwszej wizyty w stolicy Wielkiej Brytanii. Oto 20 rzeczy, których nie powinnaś robić w Londynie.

    Nie licz na to, że autobus zatrzyma się dlatego, że stoisz na przystanku.

    Kiedy trzy razy okrążysz dworzec, na którym wysiadłaś z autobusu z lotniska, w końcu szczęśliwe znajdujesz przystanek, z którego dojedziesz na miejsce noclegu. Widnieje nawet numer oczekiwanego autobusu. Eureka. Problem w tym, że za kilka minut widzisz, jak ten autobus przejeżdża sobie obok Ciebie i jedzie dalej. Być może dlatego, że nie zamachałaś, żeby się zatrzymał (a powinnaś!), a może dlatego, że…

    Nie patrz w lewo, wyglądając autobusu.

    No właśnie. Wszyscy wiemy, że w Anglii jest ruch lewostronny. Ale i tak autobusu wypatrujesz nie z tej strony, co trzeba. Nauczysz się. Kiedyś.

    Nie próbuj zapłacić za autobus kartą walutową.

    Udało się! Autobus się zatrzymał, wsiadasz. I próbujesz zapłacić za bilet kartą walutową (bilety papierowe trudno zdobyć gdziekolwiek, karty oyster nie opłacało się wyrabiać). Przykładasz więc swoją kartę walutową do czytnika. I nic. Nie wchodzi. Okazuje się, że wejdzie polska karta debetowa. Szkoda tylko, że zostawiłaś ją w Polsce. Żeby nie narażać się na duże straty, jeśli Cię okradną. Cóż.

    Nie licz na to, że ciąg numerów oznacza dokładny adres.

    Szczęśliwie dotarłaś na miejsce, aplikacja w telefonie doprowadziła Cię tam, gdzie powinien znajdować się dom, w którym nocujesz. Powinien. W końcu ten ciąg cyfr przy adresie to chyba numer domu? Niestety. To tylko postcode. Dobra wiadomość jest taka, że nocujesz w którymś z dwunastu domów, które ten kod obejmuje. Zła jest taka, że nie wiesz, w którym dokładnie.

    Nie włamuj się do domu, do którego masz klucze, ale nie umiesz z nich skorzystać.

    To miłe, że nie będziesz nocować na dworcu, a w domu, za który już wcześniej zapłaciłaś. Dostałaś w końcu jego numer, masz klucze. A że nie umiesz otworzyć zamka? W Anglii zamki są dziwne, nie przejmuj się. Za dziesiątym razem się uda.

    Nie oczekuj normalnych gniazdek.

    Telefon naładowany tuż przed samym odlotem, dwa power banki, ładowarka. Mamy tam dwie noce, w nocy się naładuje telefon i cały dzień pójdzie relacja na instastory, może nawet w kolejce po bilet obejrzymy jakiś film? Tak, to świetny pomysł – pod warunkiem, że nie zapomnisz o tym, że w Wielkiej Brytanii są inne gniazdka. I żeby naładować telefon swoją ładowarką, musisz mieć przejściówkę. Oczywiście możesz ją kupić w każdym sklepie, w końcu to inwestycja, która zaprocentuje. Chyba. Bo nie wiesz, czy przyjedziesz do tego kraju w najbliższym czasie. Lub w ogóle.

    Nie frustruj się z powodu osobnych kranów z ciepłą i zimną wodą.

    W końcu w domu też kiedyś miałaś dwa oddzielne kurki. Jakieś dwadzieścia lat temu. Powrót do przeszłości bywa fajny. Chyba że jest pierwsza w nocy, Ty musisz wstać o 5, żeby już chwilę po 6 być pod teatrem, a masz wybór pomiędzy wrzątkiem a rozpuszczonym lodem. Wtedy to aż tak nie bawi.

    Nie chodź na palcach przy drzwiach, które okazują się drzwiami na podwórko, a nie do pokoju współlokatorów.

    Skąd miałaś wiedzieć? Przecież wyglądają dokładnie tak samo.

    Nie próbuj otwierać okien do wewnątrz.

    Jeszcze się nie nauczyłaś, że oni lubią wszystko robić na odwrót? Otwierają się na zewnątrz. Filmy nie kłamią.

    Nie zdziw się, że do herbaty w McDonald’s dostaniesz mleko.

    Udało się, jesteś druga w kolejce po bilety na Wicked. To nic, że przed Tobą prawie cztery godziny czekania, aż otworzą kasy. Niedaleko jest McDonald’s. Kupujesz w nim kawę z mlekiem i herbatę… z mlekiem. Co kraj, to obyczaj. A ta wersja jest nawet smaczna.

    Nie oszczędzaj dłoni na oklaskiwaniu musicalu.

    Bo masz do tego tylko 1 szansę. Słownie: jedną. Nie będzie bisów, nie będzie kilku odsłonięć kurtyny. Jedne brawa i koniec. Ach, ta angielska powściągliwość.

    Nie oczekuj, że na każdym rogu będzie czekało fish&chips w normalnej cenie.

    Chyba najbardziej popularne angielskie danie. Wydaje Ci się, że będzie wszędzie: w każdej knajpie, w budce. Czasem je znajdziesz. W cenie, która jest 1/3 ceny biletu na Wicked. Albo nawet jego połową. Nagle okazuje się, że rybę z frytkami dużo taniej zjesz nad polskim morzem. Za to możesz wybrać pysznego burgera.

    Nie zdziw się, jeśli Anglik, który przyjmuje od Ciebie zamówienie, okaże się Polakiem na Wyspach.

    Szczególnie wtedy, jeśli koleżanka będzie Ci tłumaczyć, co właśnie powiedział o rodzajach wysmażenia burgerów. On się na tym świetnie zna. Przy okazji pogadacie sobie o życiu tutaj. I przyniesie Ci rewelacyjne burgery.

    Nie trać nadziei, gdy wymarzona kawiarnia jest zamknięta, mimo że powinna być otwarta.

    Z przejęciem patrzysz to na zegarek, to na tabliczkę przy drzwiach. Powinna już być otwarta. Powinna. Przyglądasz się plakatom musicali. Wiesz, że w środku czeka na Ciebie miotła Elfaby z premiery Wicked na West Endzie. Czekasz. Na Twitterze piszą, że dzisiaj wyjątkowo otwierają później. Nie martw się. Jak przyjdziesz jeszcze dwa razy i poczekasz pół godziny przed wejściem, w końcu otworzą. A kiedy, popijając Gravi-tea, siedząc tuż obok miotły, będziesz słuchać z głośników Defying gravity, będziesz wiedziała, że warto było czekać.

    Nie przepraszaj figury woskowej za to, że stanęłaś jej na drodze.

    Kiedy przechadzasz się między figurami, robisz z nimi zdjęcia i zachwycasz się detalami, zauważasz, że stanęłaś tuż przed obiektywem pani, która chce zrobić zdjęcie. Szybko przepraszasz i usuwasz się na bok. Pani nawet nie podziękowała. Nie drgnęła o milimetr. Może dlatego, że też jest z wosku. Tak bywa.

    Nie zdziw się, jeśli w Muzeum Madame Tussauds zażyczą sobie £17 za zdjęcie.

    Jeździsz sobie kolejką po muzeum, w pewnym momencie robią Ci zdjęcie. Myślisz, że będziesz miała fajną pamiątkę z tej wycieczki. Podajesz pani numer zdjęcia i zadowolona wręczasz jej banknot pięciofuntowy. Pani patrzy na Ciebie dziwnie, po czym mówi, że zdjęcie kosztuje siedemnaście funtów. Siedemnaście funtów?! Pokornie przepraszasz i się wycofujesz. Ktoś widział wyjście ewakuacyjne?

    Nie kupuj pocztówek droższych niż 10 pensów.

    Będą kusiły na każdym rogu, piękne, kolorowe i po 2 funty. Ok, idziesz dalej, znajdujesz za 50 pensów. Może to już czas? Poczekaj, kup te za 10 pensów. I tak za znaczek zapłacisz 15 razy więcej.

    Nie licz na to, że kartka dojdzie do Polski wcześniej niż za miesiąc.

    Co z tego, że wszyscy już dawno zapomnieli, że tam byłaś. Już przełknęłaś tę gorycz, że zmarnowałaś tyle pieniędzy na kartki i znaczki, które zginęły w otchłani zapomnienia. A tu taka niespodzianka. Kartka odwiedziła w Polsce miejsca, w których nawet nie byłaś. W końcu to logiczne, że do każdego miejsca w Polsce kartka z UK idzie przez Piotrków Trybunalski.

    Nie daj się zmylić oznaczeniu „Priority line”

    Wydaje się, że to jedyne wejście do strefy odpraw, ale przecież masz zwykły bilet. Jednak kiedy obejdziesz lotnisko trzy razy, godzina odlotu nieubłaganie się zbliża, w końcu nieśmiało pytasz w informacji, którędy iść. Tak, miałaś rację na samym początku. „Priority line” to tylko zmyłka dla takich nieogarniętych turystów jak Ty. Szybko idziesz, żeby przypadkiem nie spóźnić się na boarding. Nie spiesz się. I tak utkniesz w kilometrowej kolejce.

    Nie mów, że to jedyna podróż do Londynu w Twoim życiu.

    Bo raczej tak nie będzie. Nastaw się na to, że już w samolocie powrotnym do Polski zaczniesz planować kolejną. Wicked nie da się obejrzeć tylko raz. A przecież czeka Cię jeszcze tyle musicali. I Tower Bridge, z którego zrezygnowałaś, bo bolały Cię nogi. Nie widzieliście przypadkiem tanich biletów z Poznania?

    To takie krótkie podsumowanie naszej cudownej przygody. Macie na koncie jakieś wpadki z wyjazdów? Koniecznie się nimi podzielcie. A może w najbliższym czasie wybieracie się do Londynu? Może nasze wskazówki okażą się przydatne 🙂

  • Wrześniowy przegląd musicalowy

    wrześniowy przegląd musicalowyMam nadzieję, że w tym roku nie sprawdzi się przysłowie Jaki pierwszy wrzesień, taka będzie jesień, bo u mnie od kilku dni leje. Wakacje dobiegły końca, ale my się wcale tym nie smucimy, prawda? To oznacza, że teatry wracają po wakacyjnej przerwie. Nie wszystkie co prawda, ale za to niektóre z wyczekiwanymi premierami. Zapraszam na Wrześniowy przegląd musicalowy.

    Białystok

    Na pierwszy ogień Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku. Już 15.09 premiera musicalu Doktor Żywago. Na stronie możemy przeczytać: Doktor Żywago to jedna z najpiękniejszych w literaturze światowej opowieści o miłości w czasach rewolucji. Pełne emocji, ponadczasowe love story oczarowuje i porusza do głębi kolejne pokolenia fanów. Zawiłe losy tytułowego bohatera lekarza, poety – Jurija Żywagi i jego kochanki Lary Guichard rozgrywają się na tle historycznych przemian Rosji – od początku XX wieku, przez rewolucję lutową i październikową, wojnę domową aż do lat trzydziestych XX w”. To jedyny tytuł w tym miesiącu, ale myślę, że zdecydowanie wart zobaczenia.

    Gdynia

    Nad morzem również czeka nas premiera, a Teatr Muzyczny w Gdyni przygotowuje dla nas Wiedźmina na podstawie opowiadań Andrzeja Sapkowskiego: „Głównym bohaterem musicalu jest Geralt z Rivii, wiedźmin, mutant, który za pomocą magii i nadludzkich umiejętności broni ludzi przed potworami nie stroniąc przy tym od zapłaty. Często działa pod wpływem emocji, sprzyja słabszym, poświęca się dla innych. Poza trudnościami, jakie napotyka na swojej drodze wiążąc się z czarodziejką Yennefer, Geralt bierze również udział w wielu niesamowitych przygodach. Chcąc chronić zarówno siebie, jak i swoich przyjaciół, wiedźmin stara się zachować neutralność w szalejącym świecie”. Prapremiera 15.09, ale jeżeli chcecie zobaczyć spektakl, to musicie mieć już bilet – od dawna są wyprzedane. To w Gdyni jedyny musical grany w tym miesiącu.

    Poznań

    W Poznaniu premierowe Nine zawita na deski Teatru Muzycznego w Poznaniu pod koniec miesiąca. „Guido Contini, znany włoski reżyser filmowy i celebryta, w przeddzień 40 urodzin staje twarzą w twarz z kryzysem wieku średniego. Chce nakręcić nowy film, ale nie ma na niego pomysłu. W dodatku, jego żona Luisa, była aktorka, zastanawia się nad porzuceniem męża. Na horyzoncie pojawią się inne kobiety: kochanka Carla Albanese, muza Claudia Nardi i producentka jego filmu La Fleur, które w głowie Guida mieszają się ze wspomnieniami jego czułej i kochającej matki oraz tajemniczej prostytutki Saraghiny”. Prapremiera zaplanowana jest na 28.09. Na początku września zobaczymy Madagaskar, a w połowie niesamowitą komedię – Zakonnicę w przebraniu.

    Chorzów

    Teatr Rozrywki w Chorzowie rusza już na początku tego tygodnia. Zobaczymy w nim Producentów, Skrzypka na dachuBulwar Zachodzącego Słońca.

    Warszawa

    Teatr Rampa zaczyna spektaklami dziecięcymi. W repertuarze Książę czy żebrak, Tajemniczy OgródAwantura o Basię. Na premierę tego sezonu: Kobiety na skraju załamania nerwowego musimy poczekać do października. Studio Buffo, oprócz Metra, pokaże nam Romea i Julię w nowej odsłonie – będzie to spektakl wodny w 3D. Prapremiera już 22.09. W Teatrze Dramatycznym możemy zobaczyć lipcową premierę – Kinky BootsCabaret. W Teatrze Komedia Pierwsza randka. Roma pracuje nad Pilotami, których premiera odbędzie się w październiku.

    Kraków

    Teatrze Variéte pod koniec miesiąca zobaczymy Legalną Blondynkę. Nowy, oczekiwany musical Chicago, pojawi się na afiszu dopiero w listopadzie.

    To chyba wszystko we Wrześniowym przeglądzie musicalowym. Jak widać, świat teatralny wraca pełną parą. Na co jedziecie? Ja jeszcze mam dylematy natury czasowo-finansowej, więc nie wiem, który spektakl wybiorę (i czy w ogóle coś w tym miesiącu zobaczę). Na pewno pojadę na recital Sylwii do Krakowa – na to bilet mam już od dawna.

  • Letnie musicale na jesienny sierpień

    letnie musicale

    Mimo że mamy sierpień, czyli teoretycznie lato, pogoda w ostatnich dniach jest wybitnie jesienna. Szaro, brzydko, deszczowo i zimno. Zamiast wygrzewać się w słońcu, otulamy się kocem i pijemy gorącą herbatę. Zamiast kąpać się w morzu, przeskakujemy kałuże, a okulary przeciwsłoneczne zamieniamy na płaszcze przeciwdeszczowe. A jakby tak przenieść się gdzieś w ciepłe miejsce z piękną muzyką? Dzisiaj przygotowałam dla Was letnie musicale na ten jesienny sierpień. Zapraszam.

    Mamma Mia!

    Macie ochotę na greckie wyspy, lśniące tafle wody i gołe klaty w rytmach nieśmiertelnej muzyki Abby? Mamma Mia! będzie zdecydowanie filmem dla Was. To jeden z moich ulubionych musicali filmowych. Sophie wychodzi za mąż i na tę uroczystość postanawia zaprosić swojego ojca. Problem w tym, że… nie wie, kto nim jest. Wysyła więc listy do trzech potencjalnych kandydatów, których odnajduje, ukradkiem czytając pamiętnik matki.

    Vaiana: skarb oceanu

    Jeśli jednak ciągnie Was do wody, przygodę życia w hawajskiej scenerii przeżyjecie razem z Vaianą. Główna bohaterka stara się być przykładną córką i wypełnić to, co jej przeznaczono. Jednak, ona nie chce siedzieć na wyspie, ją przyciąga woda. Kiedy mieszkańcom grozi niebezpieczeństwo, wyrusza w podróż, o której zawsze marzyła. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo niebezpieczna ta wyprawa może się okazać.

    Grease

    O wakacyjnej miłości słyszało się już dużo, a wiele osób do niej tęskni. Taka miłość nie zawsze jednak wygląda dobrze z perspektywy powakacyjnej, o czym przekonuje się Sandy, spotykając w nowej szkole wakacyjnego ukochanego. Czy gorące letnie noce były idealne tylko w jej głowie? Jeżeli marzysz o czymś lekkim i przyjemnym, włącz klasyczne Grease.

    La La Land

    Jeśli masz ochotę uciec od szarej rzeczywistości, najprościej ucieka się w marzenia. Nawet jeśli nie są one łatwe do spełniania, a walka determinuje całe nasze życie. To przytrafia się Mii i Sebastianowi. Jak dużo jesteś w stanie poświęcić, by robić to, co kochasz? Co w ostatecznym rozrachunku wybierzesz: miłość do drugiej osoby czy miłość do pasji? La La Land w pierwszym odbiorze mi się nie spodobał i z kina wyszłam zawiedziona, w wakacje postanowiłam jednak dać mu jeszcze jedną szansę. Może pokuszę się o recenzję, której w styczniu zabrakło.

    Jakie są Wasze sposoby na przetrwanie tej jesiennej aury? Podobno za kilka dni mają wrócić upały, zanim jednak to nastąpi, uprzyjemnicie sobie wieczór którymś z wymienionych letnich musicali? Podzielcie się w komentarzach.

  • Janek Traczyk cz. II: marzę, żeby moja muzyka coś w ludziach zmieniała

    traczykWitam Was serdecznie w drugiej części rozmowy z Jankiem Traczykiem. Pierwszą możecie przeczytać tutaj. Tym razem rozmawiamy o tym, jak zaczęła się jego przygoda ze śpiewem, co jest dla niego najważniejsze w jego twórczości i dlaczego w pędzie życia najlepiej spędzić trochę czasu z końmi. Zapraszam.

    Musicalna: Wróćmy do początków przygody ze śpiewem. Pochodzisz z muzykalnej rodziny?

    Janek Traczyk: Tak, mój tata zawsze śpiewał. Mieliśmy rodzinne wyjazdy wakacyjne, dużo wieczorów z gitarą, przy ognisku. W pewnym momencie tata zorientował się, że też śpiewam. Kilka razy wystąpiłem w szkolnym chórze, okazało się, że bardzo to lubię. Zgraliśmy się w tym temacie i razem sobie podśpiewywaliśmy. Później dostałem się do chóru Alla Pollacca przy Teatrze Wielkim w Warszawie. Zawsze to wychodzi tak przez przypadek. Kolega mi mówił: chodź, tu jest fajnie, gramy w Carmen młodych żołnierzy, trzeba śpiewać, maszerować. Stwierdziłem, że spróbuję. To była moja pierwsza przygoda na scenie. Później dostałem główną rolę, Marka, w operze dziecięcej Pan Marimba. Byłem przerażony. Wtedy najważniejsze było granie w piłkę, na komputerze, bieganie za dziewczynami. A tu powoli zaczynało robić się poważnie. Była tam pani reżyser, która mnie strasznie stresowała, poza tym pochłaniało to dużo czasu. Niby fajnie, że gram coś takiego, ale tak poważnie o tym zupełnie nie myślałem. Super, że mi się przydarzyło, ale wtedy nie było to spełnieniem marzeń, natomiast już na wstępie okazało się dla mnie dobrą szkołą. W trakcie grania tej roli zacząłem mieć mutację. Stopniowo z kwestii śpiewanych robiły się kwestie mówione, bo nie byłem w stanie ich zaśpiewać, głos mi się zmieniał. Wtedy też rodzice postanowili, że czas mnie stamtąd zabrać, żebym mógł skupić się na egzaminach do liceum.

    Na jakiś czas miałem całkowitą przerwę: od śpiewania, od muzyki. Dopiero jak już dojrzałem, przeszedłem mutację, zacząłem sam coś grać na pianinie, próbowałem tworzyć jakieś kompozycje, trochę śpiewać, wówczas sam podjąłem decyzję, że chciałbym się zająć muzyką. I poszło dalej. Trafiłem na wspaniałą panią Marię Piekarek, była moją nauczycielką od keyboardu. Najpierw zapisałem się na keyboard, stwierdziłem, że będę grał Chopina. Może trochę za wysoko wymierzyłem. W pewnym momencie to granie przerodziło się bardziej w akompaniowanie sobie i śpiewanie. Potem pojawił się pomysł, żeby mnie rzucić na Bednarską, na śpiewanie. Taką drogę zaplanowała mi pani Maria. Śpiewanie miało być elementem pośrednim, prowadzącym do kompozycji. Tworzyłem co jakiś czas swoje melodie i jej pokazywałem. Zawsze mówiła, że Oskara z muzyki filmowej to już mamy w kieszeni (śmiech). Rzeczywiście poszedłem drogą, którą mi zaplanowała, dlatego zawsze podkreślam, że jest ważną osobą w moim życiu. Tak jak zaplanowała, tak się stało, oprócz tego, że śpiewanie koniec końców bardzo mnie pochłonęło. Nie było elementem pośrednim, ale w pewnym momencie stało się sposobem na życie.

    Pracujesz nad solową płytą?

    Czytaj dalej…

  • Moje ulubione męskie głosy musicalowe

    ulubione męskie głosy musicaloweJakiś czas temu pisałam Wam o moich ulubionych damskich głosach musicalowych. Nadszedł czas na męskie. Niemal w każdym spektaklu znajduje się głos, który zachwyca mnie bardziej niż inne. Na początku roku w moich marzeniach zawarłam znalezienie idealnego głosu męskiego. Czy mi się to udało? Niestety jeszcze nie. Dlatego też ten wpis różni się od poprzedniego. Nie będzie zawierał wyróżnień ani podium, a jedynie wymienionych w kolejności alfabetycznej ulubionych artystów. Każdy z nich zachwycił mnie swoim głosem. Nadal jednak czekam na te emocje, które powiedzą mi: to jest to. Może któryś z tych panów, usłyszany po raz kolejny, właśnie je wzbudzi? Zapraszam na moje ulubione męskie głosy musicalowe.

    fanpage Kuby Molędy

    Kuba Molęda, Rapsodia z demonem

    Nazwisko, które obijało mi się o uszy od dłuższego czasu, a jednak, jak jechałam na Rapsodię z demonem, w ogóle nie odnotowałam go w głowie. Dopiero kiedy zaczął śpiewać, pomyślałam: wow, kto ma tak niesamowity głos? Tak naprawdę cały spektakl czekałam na jego partie wokalne i rozpływałam się przy utworach Queen. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła usłyszeć go po raz kolejny.

    odstęp

    odstęp

    Maciek Podgórzak, Notre Dame de Paris

    Kiedy jechałam na Notre Dame, nawet nie śniło mi się, że kiedykolwiek będę pisać bloga musicalowego i nie zwracałam zbyt dużej uwagi na obsadę. Do momentu, w którym usłyszałam Czas katedr w wykonaniu Maćka. Od razu w przerwie poszłam zobaczyć, kto jest właścicielem tego niezwykłego głosu. Z powodu zamieszania z obsadą, trochę się naszukałam, ale udało mi się dowiedzieć, kto tego dnia występował w roli Gringoire’a. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła usłyszeć go jeszcze raz. Nie wiem, czy wybiorę się znowu na Notre Dame, czy tym razem postawię na Grease, Lalkę, a może na Wiedźmina? Z pewnością jeszcze nieraz zawitam do Gdyni.

    odstęp

    Janek Traczyk, Metro

    Janka znałam z youtuba na długo zanim udało mi się go w końcu usłyszeć na żywo. Zachwycił mnie. Bardzo lubię jego barwę głosu, a w połączeniu z niezwykłą grą aktorską, stworzył naprawdę fantastyczną kreację Jana. Z chęcią posłucham go też na jego autorskich koncertach, teraz jednak bardzo liczę, że uda mi się na niego trafić w Pilotach.

    odstęp

    fanpage Kamila Zięby

    Kamil Zięba, Rodzina Addamsów, Accantus Symfonicznie

    Trzeba przyznać, że w Addamsach jako Lurch Kamil za dużo się nie naśpiewał, co nie przeszkodziło mu być naprawdę świetnym w tej roli. Więcej mogłam posłuchać go na koncercie symfonicznym w Lublinie. Tam zdecydowanie jego głos podbił moje serce. Czekam z niecierpliwością na najbliższy koncert symfoniczny i liczę na to, że będę mogła go też zobaczyć w nowych rolach musicalowych.

    odstęp

    Teatr Muzyczny w Poznaniu

    Przemek Zubowicz, Ghost, Notre Dame de Paris

    Wcale nie pamiętam Przemka z Notre Dame, chyba dlatego, że ten spektakl zdominował mi Maciek, natomiast jego głos zachwycił mnie w Ghoście. Niesamowita barwa, bardzo emocjonalny śpiew. Przy niektórych piosenkach miałam ciarki. Z przyjemnością usłyszę go po raz kolejny.

    odstęp

    odstęp

    Tak na ten moment prezentują się moi ulubieńcy. Wszystkich bardzo chętnie usłyszałabym w nowym sezonie teatralnym i liczę na to, że mi się to uda.

    Jakie są Wasze ulubione męskie głosy musicalowe? Dla kogo jesteście w stanie pojechać na drugi koniec Polski, byle go usłyszeć? Podzielcie się w komentarzach.

  • Sierpniowy przegląd musicalowy

    sierpniowy przegląd musicalowyJak Wam mijają wakacje? Dobrze znosicie te upały? Ja korzystam ze słońca, ile mogę. Taka temperatura na szczęście mnie nie męczy. W większości teatrów nadal trwa przerwa wakacyjna, jest jednak kilka wyjątków. Niektóre przygotowały wakacyjne sety, inne pod koniec sierpnia wracają już ze stałym repertuarem. Zapraszam Was na Sierpniowy przegląd musicalowy.

    Gdynia

    Wakacje nad morzem to jedna z moich ulubionych form relaksu. W tym roku Teatr Muzyczny w Gdyni oferuje nam dodatkową atrakcję – wakacyjny set Notre Dame de Paris. Zobaczycie w nim m.in. Maćka PodgórzakaJanka Traczyka. Musical będzie grany tylko na początku miesiąca, więc jeśli macie ochotę go zobaczyć, trzeba się pospieszyć.  Jest jeszcze sporo wolnych miejsc.

    Warszawa

    Pod koniec miesiąca Studio Buffo zaprasza na Metro.

    Toruń

    W najbliższy weekend w Toruniu Studio Buffo wystawia spektakl Romeo i Julia – pierwszy na świecie wodny musical w 3D. Myślę, że może być to bardzo ciekawe doświadczenie. Romea i Julię w wersji Studio Buffo widziałam wiele lat temu – bardzo mi się wtedy ten musical podobał.

    I to chyba wszystko w Sierpniowym przeglądzie musicalowym. Tęsknicie za teatrem w czasie wakacji? Czy Wasze plany wakacyjne/urlopowe są tak absorbujące, że nawet nie dostrzegacie ich braku? W sierpniu ja też robię przerwę – będzie to pierwszy miesiąc w tym roku, w którym nie zobaczę żadnego musicalu. Myślę, że spokojnie nadrobię na jesieni. Teatry, mimo przerwy w repertuarze, intensywnie pracują. Aktorzy powoli wracają z wakacji, aby przygotowywać się na jesienny boom musicalowy.

    Macie bilety na spektakle po wakacjach? Mimo że zostało jeszcze sporo czasu, bilety na większość spektakli są już w sprzedaży, a na niektóre nawet już wyprzedane. Czekacie na coś szczególnie? A może skorzystacie z tej niewielkiej, ale ciekawej oferty wakacyjnej? Dajcie znać w komentarzach.

  • Kim jest Elfaba i dlaczego wszyscy chcą ją zagrać?

    ElfabaDzięki prowadzeniu bloga i Musicalnym rozmowom miałam okazję poznać fantastycznych aktorów musicalowych. Bardzo lubię rozmawiać z nimi o ich ulubionych musicalach, bohaterach, a przede wszystkim o marzeniach zawodowych. Staram się też docierać do innych wywiadów. Od dłuższego czasu zauważałam, że w tych wymarzonych rolach przewija się jedno imię – Elfaba. Znałam już powoli fabułę Wicked, pojedyncze piosenki, cały czas zastanawiałam się jednak, co takiego kryje w sobie ta zielona czarownica, że wcielenie się w nią jest jednym z najtrudniejszych wyzwań, a zarazem największym marzeniem wielu naszych aktorek musicalowych. Dzisiaj czas na prezentację wniosków. Uwaga – wpis zawiera spoilery, dotyczące fabuły całego musicalu. Jeśli nie chcecie jej poznać w całości, zakończcie czytanie już teraz, a do tekstu wróćcie zaznajomieni z tym znakomitym musicalem.

    Kobieta z charakterem

    Jakie macie pierwsze skojarzenie, kiedy pomyślicie o kobiecych bohaterkach musicali? Słodkie damy, dla których jedynym celem życia jest miłość i oddanie ukochanemu? Czy wręcz przeciwnie, kobiety upadłe, które mężczyzn zwodzą po to, by się nimi zabawić? Częściej są poważne czy zabawne? Inteligentne czy głupiutkie? Oczywiście, ile musicali, tyle różnych kobiecych postaci, jednak Elfaba ma w sobie coś niezwykłego. I nie chodzi tylko o kolor skóry, który od dziecka jest jej przekleństwem. Jest ona niezwykle inteligentną dziewczyną, choć na początku dość naiwną: Kiedy już go poznam, odmieni się los. Już nie będę dziwna dla mieszkańców Oz […] I będę się czuć cudownie, gdy wszyscy będą kochać mnie (Wizard and I, tłum. Dorota Kozielska). Wierzy w to, że świat może się zmienić, że ona może się zmienić.

    Przemiana na scenie

    Czytaj dalej…

  • Jak spełniłam moje marzenie – Wicked

    WickedNa początku roku stworzyłam listę musicalowych marzeń. Znalazło się na niej między innymi dwanaście musicali w ciągu roku (jestem na dobrej drodze, za mną już dziewięć), koncert musicalowy (rewelacyjny), znalezienie idealnego męskiego głosu (nadal szukam). Pierwsze miejsce zajął jednak musical, w którym zakochałam się na długo przed tym, zanim udało mi się zobaczyć go na żywo. Powoli odkrywałam w nim najpierw muzykę, bohaterów, potem całą historię – wszystkie te elementy sprawiły, że gorąco pragnęłam go zobaczyć. Dzisiaj opowiem Wam, jak to marzenie udało się spełnić.

    Po raz pierwszy z Wicked zetknęłam się przy okazji coveru Defying gravity w wykonaniu Studia Accantus (nie, nie płacą mi za reklamę) trochę ponad rok temu. Piosenka nie tylko zachwyciła mnie wykonaniem Sylwii, lecz także, a może przede wszystkim, przesłaniem. Bardzo szybko sięgnęłam po kolejne utwory z musicalu w wykonaniu Studia, potem przeszłam na oryginalny soundtrack i bootlega. Coraz bardziej fascynowała mnie historia Elfaby i Glindy – wiedziałam, że muszę ją zobaczyć na żywo. Wicked to uniwersalna opowieść o odcieniach miłości i wbrew pozorom na pierwszym planie wcale nie jest uczucie między kobietą a mężczyzną, lecz prawdziwa przyjaźń oraz walka o samoakceptację i miłość do siebie. W historii Elfaby w wielu momentach widziałam własną. Mimo marzeń i petycji, na chwilę obecną nie mamy szans na wystawienie tego musicalu w Polsce. Na Broadway aktualnie mnie nie stać, pozostał Londyn. Od początku roku strony z tanimi lotami były stałym punktem historii przeglądarki.

    Przypadkowe kliknięcie

    Jak to zwykle bywa, udało się przez przypadek. W maju moja komputerowa myszka zaczęła się psuć i czasami nie mogłam nad nią zapanować. Zamiast wejść na Facebooka, uciekła mi, klikając w przypiętą do zakładek stronę z tanimi lotami. Chciałam od razu ją zamknąć, jednak moim oczom ukazały się Tanie loty z Poznania do Londynu. Lipiec. Sprawdzam, czy grają wtedy Wicked – grają. Szybki telefon do koleżanki, kilka prób zakupu (płatność odrzuciło mi trzy razy!). I nagle jest. Na moim mailu – potwierdzenie zakupu. Kilka minut wpatrywałam się w ekran. Lecimy do Londynu!!! Dwa miesiące wydawały się odległym czasem, minęły jednak bardzo szybko. W międzyczasie zarezerwowałyśmy nocleg (przez stronę Airbnb – jeżeli jeszcze nie korzystaliście, ten kod da Wam 100 zł zniżki na pierwszą podróż), zaplanowałyśmy, co chcemy zobaczyć. Nadszedł lipiec, a my już stałyśmy na poznańskiej Ławicy w oczekiwaniu na wylot.

    Day seats

    Szok i niedowierzanie pojawiały się na twarzy każdego, komu mówiłam, że nie mamy jeszcze na Wicked biletów, a jest głównym punktem naszej wycieczki. Dlaczego nie kupiłyśmy ich wcześniej? Ze względów finansowych. Na West Endzie istnieją day seats – bilety, które sprzedawane są tylko w dniu spektaklu. Ich główną zaletą jest cena – na Wicked za taki bilet zapłacimy £29,50. I to za pierwszy rząd! Dla porównania bilet w drugim rzędzie kosztuje już £74,75, a najdroższe miejsca nawet £125,00. Przy przeliczeniu na złotówki, daje to astronomiczne kwoty, na które nie mogłam sobie pozwolić, a lecieć specjalnie po to, żeby oglądać spektakl z najtańszego ostatniego miejsca o ograniczonej widoczności? To nie wchodziło w grę. W sobotę, po całych trzech godzinach snu, pod teatrem byłyśmy już o 6:15. Kasę otwierali o 10:00.

    Musicalowi szaleńcy

    Środek wakacji, ciepło, przyjemnie, wygodne miejsce na schodach, pyszna kawa z niedalekiego McDonalda. Myślicie, że czekanie w kolejce jest bardzo męczące? Wręcz przeciwnie. Można poznać niesamowitych ludzi, a ich musicalowe szaleństwa są dużo większe od naszych. W kolejce byłyśmy drugie. Przed nami kobieta, która Wicked widziała dzień wcześniej – ustawiła się jednak w kolejce po 7, a miejsce z boku nie do końca ją satysfakcjonowało. Przyszła więc po raz kolejny, tym razem już przed szóstą. Pojawiła się też wielka fanka musicalu (oczywiście w wickedowej koszulce), która widziała go już chyba kilkanaście razy. Z przyjemnością słuchałam jej opowieści o różnych obsadach i innych aspektach spektaklu. Bardzo przyjemna była też rozmowa z Francuzką, która na Wicked szła czwarty raz, przywiozła też swoją koleżankę, z którą dzień wcześniej dzięki day seats widziały Les Misérables. Z Francji mają tylko dwie godziny statkiem. Jak z tego nie korzystać?

    Najlepsze miejsca

    Z czasem ludzi przybywało, w pewnym momencie w kolejce było kilkadziesiąt osób. Na każdy spektakl są dwadzieścia cztery bilety day seats, a ponieważ w sobotę grane są dwa spektakle, w puli było czterdzieści osiem biletów. Jedna osoba może kupić maksymalnie dwa. Nie wiem, czy wszystkim udało się je dostać. My jednak miałyśmy miejsca na samym środku. Lepszych nie można było sobie wymarzyć.

    Przyznaję, że staram się oszczędzać na biletach na musicale, dlatego zwykle wybieram tańsze miejsca. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak duży błąd popełniałam. Pierwszy rząd w Apollo Victoria Theatre był jak spełnienie marzeń. Świetny widok na scenę, a przede wszystkim na aktorów – ich mimika była wspaniała, a czasem miałam wrażenie, że patrzą prosto na mnie. O obsadzie pisałam Wam w recenzji, dlatego teraz ograniczę się do jednego wniosku: nigdy więcej ostatnich rzędów za najniższą cenę. Mniej jeść, za to zapewniać sobie takie widoki, jak ten.

    The Theatre Cafe

    Czytaj dalej…