• Pepa, jesteś tam? – Kobiety na skraju załamania nerwowego

    kobiety na skraju załamania nerwowego
    http://www.teatr-rampa.pl/spektakle/kobiety-na-skraju-zalamania-nerwowego,157

    Jakie jesteśmy jako kobiety? Czułe, wrażliwe, silne, delikatne czy zdecydowane? Co nas napędza w życiu, co sprawia, że podejmujemy takie, a nie inne decyzje? Co może dać nam szczęście? I jaką rolę odgrywają w tym mężczyźni? Prowadzą nas drogą do spełnienia czy raczej na skraj… załamania? Zapraszam Was na recenzję musicalu Kobiety na skraju załamania nerwowego, który miałam przyjemność obejrzeć już na prapremierze w Teatrze Rampa w Warszawie.

    Szczęście?

    Pepa jest gwiazdą. Gra w reklamach, dubbinguje, ma piękne mieszkanie i ukochanego mężczyznę. Jednak pewnego dnia szczęście pryska. Nie traci pracy (nadal jest gwiazdą), nadal ma swoje mieszkanie. Jednak jej ukochany Ivan postanawia ją opuścić i robi to przez… telefon. A konkretniej nagrywając się na sekretarkę, mimo tego, że od wielu lat mieszkali razem. Pepa nie może tak tego zostawić, postanawia odnaleźć ukochanego. Sprawę nieco komplikuje jego żona, Lucia, zostawiona przez niego 19 lat temu, która postanawia odzyskać go drogą sądową, ich syn Carlos – maminsynek i jego narzeczona Marisa, którą przyszła teściowa uważa za pokojówkę. I przyjaciółka Pepy Candela, „najmądrzejsza modelka, jaką Pepa poznała”, która właśnie wplątała się w związek z terrorystą. Historię, z humorem i dystansem, opowiada taksówkarz, który o bohaterach wie więcej niż oni sami.

    Filmy Pedro Almodóvara są specyficzne, taki jest też ten musical, który powstał w oparciu o jeden z nich. Czasem przerysowane postaci, groteskowe sytuacje pokazują jednak gorzką prawdę o kobietach, których życie kręci się wokół ukochanych mężczyzn. Mimo że każda postać jest inna, wszystkie łączy pragnienie miłości, stabilizacji i szczęścia u boku tego jedynego – są gotowe zapłacić za to najwyższą cenę.

    Realizacja

    Czytaj dalej…

  • Październikowy przegląd musicalowy

    jesieńNadeszła jesień. W tym roku jednak wyjątkowo bardzo mnie ona cieszy, a to dlatego, że zapowiada się niesamowity październik. Dwie premiery, dwa musicale widziane po raz drugi i koncert symfoniczny. I jak tu nie skakać z radości. O tym, co zobaczę, dowiecie się na końcu wpisu, a już teraz zapraszam na Październikowy przegląd musicalowy.

    Warszawa

    Warszawa rozpoczyna premierami. Wielka i bardzo oczekiwana premiera nowego polskiego musicalu Piloci już 7 października w Teatrze Roma. Najmłodszych widzów teatr zaprasza na Małego Księcia, Księgę DżungliAlicję w Krainie Czarów, a dorosłych na Novą Scenę na Pięć Ostatnich Lat. To nie jedyna premiera w stolicy. Dzień wcześniej, 6 października, Teatr Rampa zaprezentuje prapremierę musicalu Kobiety na skraju załamania nerwowego. W tym miesiącu w teatrze zobaczymy jeszcze Jeźdźca burzy, dzieci natomiast mogą obejrzeć CalineczkęPinokia. Studio Buffo pokaże Piotrusia Pana, Metro, Romea i Julię oraz Politę. W Teatrze Syrena Kariera Nikodema Dyzmy, w Teatrze Komedia Pierwsza randka. W Teatrze Dramatycznym czeka na nas CabaretKinky Boots. Na ten ostatni musical w ramach akcji Teatr przyjazny studentom 12 października można kupić bilet za 20 zł.

    Łódź

    Kolejna premiera czeka nas w Łodzi, gdzie od 14 października możemy zobaczyć Les Misérables. To jedyny tytuł musicalowy w tym miesiącu.

    Radom

    Czytaj dalej…

  • Kamil Zięba cz. II: moją misją jest rozbawienie świata

    kamil zieba

    Witajcie w drugiej części Wrześniowej musicalnej rozmowy. Pierwszą możecie przeczytać tutaj. Tym razem Kamil Zięba opowiada o swojej działalności w internecie, spotkaniach z fanami i o tym, czego nie znosi w swoim zawodzie. Zapraszam do lektury.

    Musicalna: Studio Accantus. Jak tam trafiłeś?

    Kamil Zięba: Poznałem Bartka w Teatrze Tintilo, gdzie graliśmy razem w spektaklu W Cieniu. Pierwszy raz pojawiłem się w studiu, gdy Bartek rozpoczął nagrania piosenek z tego spektaklu. W pewnym momencie zaprosił mnie do udziału w pierwszej chyba zbiorówce “typu dzisiejszego”, to jest z osobami w okienkach na YT – Jeszcze dzieńNędzników. Myślę, że to pierwsze nagranie rozpoczęło przygodę z Accantusem. Później był duet z Sylwią, którego przyznaję szczerze – nienawidzę. Nienawidzę tej piosenki a głównie chyba nienawidzę, jak to zaśpiewałem. Patrzę na siebie, słucham i myślę: kurde, mogłem to zrobić milion razy lepiej. Może to też miało wpływ na to, że pojawiła się później dosyć długa przerwa. Ani ja do Bartka nie dzwoniłem z propozycjami, nie wszedłem głębiej w tę relację, ani on. To jest fajne, że się udało spotkać na nowo, bo dzięki temu zaczęliśmy pracować dalej i myślę, że kolejny sezon będzie głębszym sezonem mojej obecności tam, intensywniejszym, bo już planujemy pewne rzeczy.

    Fani rozpoznają Cię na ulicy?

    Szczerze powiem, że bardzo rzadko. Myślę, że jest to też spowodowane moją częstotliwością pojawiania się w nagraniach Accantusa. Na pewno jest to mniej intensywne niż Kuba czy Natalka, którzy od lat są tam regularnie. Bardzo mnie zaskoczyły pierwsze sytuacje po nagraniu La La Landu, gdy ktoś zaczepia mnie w tramwaju.. Wszedłem ostatnio do sklepu muzycznego ze sprawą i pan mówi: Kamil, przecież my się znamy z Teatru Muzycznego w Gliwicach i z Accantusa. To bardzo ciekawe sytuacje, ale jak na razie nie jest ich dużo. Ostatnio powstała grupa moich fanów na Facebooku i sobie pomyślałem: kurczę, są ludzie, którzy lubią to, co robię, chociaż robię tego niewiele. Siedziałem wtedy 2-3 godziny przy fortepianie i zacząłem coś komponować, tworzyć, bo zrozumiałem że trzeba się wziąć za siebie, skoro są ludzie, którzy są chętni tego słuchać. To jest bardzo miłe.

    Z jakim odbiorem spotyka się Twój fanpage? Masz na nim specyficzne wpisy.

    Czytaj dalej…

  • Piloci z polotem – konferencja prasowa

    piloci konferencjaSezon teatralny rozpoczął się na dobre. Za nami dwie premiery musicalowe, a już czekają na nas kolejne. Przy niektórych z nich emocje sięgają zenitu, jak przy Pilotach, jednym z najbardziej oczekiwanych tytułów tej jesieni, którego premiera już 7 października w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Miałam to szczęście, że mogłam na konferencji prasowej poczuć przedsmak spektaklu i zobaczyć na żywo jego fragmenty.

    Piloci to pełna emocji musicalowa opowieść o miłości brutalnie przerwanej przez II wojnę światową. Wielkie uczucie, łączące Jana, młodego polskiego pilota wojskowego, i Ninę, warszawską aktorkę kabaretową i piosenkarkę, rozgrywa się na tle wydarzeń historycznych lat 30. i 40. ubiegłego wieku – przede wszystkim Bitwy o Anglię, w której doniosłą rolę odegrali polscy piloci” – czytamy w materiałach prasowych.

    Pierwsze musicalowe piosenki

    Konferencja była transmitowana na żywo na Facebooku, więc mogliście oglądać ją na bieżąco, dostępne jest także nagranie. Oprócz rozmów z twórcami, zostały zaprezentowane fragmenty musicalu. Pierwsza piosenka To dziś, to tu wprowadza nas w świat przedwojennej Warszawy i w relacje głównych bohaterów – jesteśmy świadkami ich zaręczyn. Nie obiecuj nic to duet miłosny, który zapewne większość z nas zna już od dawna, ponieważ od wielu miesięcy dostępny jest teledysk do tej piosenki. Mój świat to utwór Prezesa, w którym rewelacyjnie zaprezentował się Janusz Kruciński. Trudno było oderwać od niego wzrok. W świat przedwojennego kabaretu przeniosła nas piosenka Jestem iskrą. Następnie było odtańczone tango, brutalnie przerwane przez obraz walących się budynków. Piloci byli zaśpiewani przez kwartet głównych bohaterów, którzy właśnie dostali się do Królewskich Sił Powietrznych, a Pan Hurricane ukazuje przygotowywanie samolotu, którym będzie latał Jan.

    Różnorodność muzyki

    To, co zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan w tych piosenkach, to ich różnorodność, która bardzo mi się podoba. Możemy usłyszeć typowy musicalowy song, przedwojenny utwór kabaretowy (który bardzo wpisuje się w klimat tamtych czasów) i hip-hopową piosenkę, która, po dwóch dniach od konferencji, nadal siedzi mi w głowie, i ani myśli się z niej wynieść. Co do samego libretta nie chcę się wypowiadać, bo po kilku wyrwanych z kontekstu scenach trudno jest właściwie je ocenić. Muszę jednak przyznać, że zapowiada się bardzo obiecująco.

    Magia na żywo

    Czytaj dalej…

  • Kamil Zięba: Ale ja wcale nie chciałem być aktorem

    Kamil ZiębaWitajcie we Wrześniowej musicalnej rozmowie. Tym razem moim gościem jest chyba najwyższy aktor polskiej sceny musicalowej. Opowiada, co w jego zawodzie najbardziej go zaskoczyło, czy prawie dwa metry wzrostu przeszkadzają w karierze i dlaczego chodził nocami po Gliwicach, słuchając piosenki Creep. Przed Wami Kamil Zięba. Zapraszam do lektury.

    Musicalna: Co najbardziej zaskoczyło Cię w byciu aktorem?

    Kamil Zięba: Najbardziej zaskakujące były jedne z pierwszych zajęć z moją ukochaną Panią Profesor – śp. Joanną Bogacką, tak zwane “Elementarne zadania aktorskie”. Jak dzisiaj pamiętam jedno z zadań: trzy osoby, jedna osoba gra myśliwego, druga sarnę (która w dodatku ma świadomość, że zaraz umrze!), natomiast trzecia miała wcielić się w… serce tej sarny! Kiedy Pani Profesor nam to opowiedziała, pomyślałem: Cooooo? O co tu w ogóle chodzi? Co ja tu robię? Pulsowaliśmy na tej podłodze, wykonywaliśmy jakieś dziwne ruchy, musieliśmy obserwować równocześnie sarnę i myśliwego, od którego zależało czy mogliśmy na sekundę jako to serce odetchnąć, czy też zaraz przez swoje zbliżanie się, zmuszał, aby na nowo panicznie reagować. Każde z takich zadań, chociaż na początek wydawały się totalnie dziwne i bezsensowne, miało jakiś cel, pozwalało nam prawdziwie i głęboko wchodzić w swoje emocje, uczyło koniecznego na tamtym etapie przełamania własnych barier i kompleksów. Dla mnie to była chyba największa trudność: przełamać wstyd, spowodowany tym, że patrzą na ciebie twoi dobrzy znajomi. To była moja największa blokada – wyłączyć poczucie, że oni obserwują, oceniają to, jak ty się zachowujesz, co robisz, jak wyglądasz i móc w pełni oddać się postaci, której powierzasz swoje ciało. Myślę, że to było największe zaskoczenie, później już nic tego nie przebiło.

    To skąd wziął się ten pomysł?

    Nie miałem być aktorem. Od zawsze śpiewałem, a publiczne śpiewanie rozpoczął psalm śpiewany przeze mnie podczas Pierwszej Komunii. Pomiędzy tym, że miałem być weterynarzem, miałem być też wokalistą – piosenkarzem. Pierwszy błysk pomysłu na aktorstwo pojawił się, kiedy dostałem się do musicalu Ania z Zielonego Wzgórza w rzeszowskim Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Poznałem fantastycznych ludzi, zasmakowałem wspaniałej atmosfery teatru i pracy nad spektaklem i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem dostrzegać, że można połączyć to, co uwielbiam, czyli śpiewanie z czymś jeszcze ciekawszym, co daje nowe możliwości, nowe pole do popisu, nową rzecz, której mogę się nauczyć. Później dowiedziałem się, że są szkoły, które pozwolą mi kształcić się w tej właśnie szerszej perspektywie. Wtedy w teatrze, pomyślałem, że bycie samym piosenkarzem jest trochę… blade. Kiedy zrozumiałem, że piosenki można (i nawet powinno się) interpretować w takim pryzmacie aktorskim, to gdy teraz muszę  zaśpiewać piosenkę typowo rozrywkową, z tekstem o niczym i muzyką o niczym – jest to dla mnie tragiczna konieczność.

    Co się działo po Teatrze rzeszowskim?

    Czytaj dalej…

  • Jak zostać artystą musicalowym?

    jak zostać artystą musicalowymKto z Was, oglądając jakiś wspaniały musical, nie marzył o tym, żeby pojawić się na scenie razem z artystami? Ja bardzo, mimo oczywistego braku talentu w tym kierunku. Jeżeli jednak wybór życiowej drogi jeszcze przed Wami, poprosiłam Monikę z bloga Spojrzenie na musical o kilka wskazówek, jak zostać artystą musicalowym. Myślicie, że na przygotowania do egzaminów, które odbędą się w przyszłym roku na przełomie czerwca/lipca jest jeszcze za wcześnie? Obawiam się, że czasami może być nawet za późno. Zapraszam Was na wpis Moniki.


    Jeśli myślicie o karierze artysty musicalowego, mogę się z Wami podzielić kilkoma wskazówkami. Dotyczą one tego, jakie decyzje musicie podjąć i na co się przygotować… bo jak sądzę, każdy z Was wie, że musi przede wszystkim popracować warsztatowo.

    Przygotuj się na opór rodziny.

    To jest właściwie pierwsza rzecz, z którą należy się pogodzić, aby w przyszłości, realizując się zawodowo, po prostu nie zwariować. Oczywiście, są rodzice, którzy potrafią rozmawiać ze swoimi dziećmi, którzy lubią teatr czy muzykę lub których po prostu stać na to, by dziecko realizowało się w czymś „bez przyszłości”. Jednak nie oszukujmy się, w większości przypadków rodzice podchodzą do tematu odrobinkę wrogo. Dla nich „aktor” to wytatuowany skandalista, a teatr jest miejscem, gdzie uprawia się seks na żywo. Może, zanim zdecydujemy się wkroczyć na tę „drogę moralnego zepsucia”, warto zaprosić rodzinę do teatru na coś dobrego i ciekawego, aby ten obraz sztuki trochę poprawić?

    Nastaw się na dużo pracy i wydatków.

    Jeżeli myślimy poważnie o zawodzie artysty scen muzycznych, naukę musimy rozpocząć na długo przed egzaminami wstępnymi. Oczywiście, szkoła istnieje po to, aby tam się wszystkiego nauczyć, jednak w praktyce wygląda to tak, że w rekrutacji biorą udział setki (w Zelwerowiczu są to ponoć tysiące…) młodych ludzi i każdy może okazać się lepszy od nas. Jeśli więc zależy nam na tej ścieżce kariery, musimy zainwestować w siebie. Co nam się może przydać?

    • śpiew,
    • aktorstwo (głównie interpretacja wiersza i prozy oraz improwizacja),
    • taniec (warto postawić na klasykę, jazz i broadway dance, ale jednak ważniejsza od techniki jest kondycja oraz koordynacja ruchowa),
    • dykcja,
    • dodatkowym atutem będą warsztaty z castingu i/lub autoprezentacji,
    • ponadto większość egzaminów do szkół artystycznych to wiedza teoretyczna, dlatego warto zapoznać się z pozycjami książkowymi proponowanymi przez uczelnię.

    Całkowite koszty miesięczne to około 250-600 zł – w zależności od konkretnych potrzeb, cen oraz organizacji pracy. A warto dodać, że egzaminy najczęściej również są płatne, więc oszczędności mogą się przydać.

    Przygotuj się na ogromną konkurencję – zwłaszcza jeśli jesteś kobietą.

    Czytaj dalej…

  • 20 rzeczy, których nie powinnaś robić w Londynie

    w LondynieTrudno mi uwierzyć, że od wyjazdu do Londynu minęły już prawie dwa miesiące. Lubię wracać myślami do tego czasu, przeglądać zdjęcia czy wspominać rewelacyjne Wicked, które szturmem zdobyło moje serce i bez najmniejszych problemów stało się najlepszym musicalem, jaki w życiu widziałam. Myślę, że nadszedł czas, żeby na Londyn spojrzeć z dystansu. I to pod kątem wpadek, które zaliczyłyśmy podczas naszej pierwszej wizyty w stolicy Wielkiej Brytanii. Oto 20 rzeczy, których nie powinnaś robić w Londynie.

    Nie licz na to, że autobus zatrzyma się dlatego, że stoisz na przystanku.

    Kiedy trzy razy okrążysz dworzec, na którym wysiadłaś z autobusu z lotniska, w końcu szczęśliwe znajdujesz przystanek, z którego dojedziesz na miejsce noclegu. Widnieje nawet numer oczekiwanego autobusu. Eureka. Problem w tym, że za kilka minut widzisz, jak ten autobus przejeżdża sobie obok Ciebie i jedzie dalej. Być może dlatego, że nie zamachałaś, żeby się zatrzymał (a powinnaś!), a może dlatego, że…

    Nie patrz w lewo, wyglądając autobusu.

    No właśnie. Wszyscy wiemy, że w Anglii jest ruch lewostronny. Ale i tak autobusu wypatrujesz nie z tej strony, co trzeba. Nauczysz się. Kiedyś.

    Nie próbuj zapłacić za autobus kartą walutową.

    Udało się! Autobus się zatrzymał, wsiadasz. I próbujesz zapłacić za bilet kartą walutową (bilety papierowe trudno zdobyć gdziekolwiek, karty oyster nie opłacało się wyrabiać). Przykładasz więc swoją kartę walutową do czytnika. I nic. Nie wchodzi. Okazuje się, że wejdzie polska karta debetowa. Szkoda tylko, że zostawiłaś ją w Polsce. Żeby nie narażać się na duże straty, jeśli Cię okradną. Cóż.

    Nie licz na to, że ciąg numerów oznacza dokładny adres.

    Szczęśliwie dotarłaś na miejsce, aplikacja w telefonie doprowadziła Cię tam, gdzie powinien znajdować się dom, w którym nocujesz. Powinien. W końcu ten ciąg cyfr przy adresie to chyba numer domu? Niestety. To tylko postcode. Dobra wiadomość jest taka, że nocujesz w którymś z dwunastu domów, które ten kod obejmuje. Zła jest taka, że nie wiesz, w którym dokładnie.

    Nie włamuj się do domu, do którego masz klucze, ale nie umiesz z nich skorzystać.

    To miłe, że nie będziesz nocować na dworcu, a w domu, za który już wcześniej zapłaciłaś. Dostałaś w końcu jego numer, masz klucze. A że nie umiesz otworzyć zamka? W Anglii zamki są dziwne, nie przejmuj się. Za dziesiątym razem się uda.

    Nie oczekuj normalnych gniazdek.

    Telefon naładowany tuż przed samym odlotem, dwa power banki, ładowarka. Mamy tam dwie noce, w nocy się naładuje telefon i cały dzień pójdzie relacja na instastory, może nawet w kolejce po bilet obejrzymy jakiś film? Tak, to świetny pomysł – pod warunkiem, że nie zapomnisz o tym, że w Wielkiej Brytanii są inne gniazdka. I żeby naładować telefon swoją ładowarką, musisz mieć przejściówkę. Oczywiście możesz ją kupić w każdym sklepie, w końcu to inwestycja, która zaprocentuje. Chyba. Bo nie wiesz, czy przyjedziesz do tego kraju w najbliższym czasie. Lub w ogóle.

    Nie frustruj się z powodu osobnych kranów z ciepłą i zimną wodą.

    W końcu w domu też kiedyś miałaś dwa oddzielne kurki. Jakieś dwadzieścia lat temu. Powrót do przeszłości bywa fajny. Chyba że jest pierwsza w nocy, Ty musisz wstać o 5, żeby już chwilę po 6 być pod teatrem, a masz wybór pomiędzy wrzątkiem a rozpuszczonym lodem. Wtedy to aż tak nie bawi.

    Nie chodź na palcach przy drzwiach, które okazują się drzwiami na podwórko, a nie do pokoju współlokatorów.

    Skąd miałaś wiedzieć? Przecież wyglądają dokładnie tak samo.

    Nie próbuj otwierać okien do wewnątrz.

    Jeszcze się nie nauczyłaś, że oni lubią wszystko robić na odwrót? Otwierają się na zewnątrz. Filmy nie kłamią.

    Nie zdziw się, że do herbaty w McDonald’s dostaniesz mleko.

    Udało się, jesteś druga w kolejce po bilety na Wicked. To nic, że przed Tobą prawie cztery godziny czekania, aż otworzą kasy. Niedaleko jest McDonald’s. Kupujesz w nim kawę z mlekiem i herbatę… z mlekiem. Co kraj, to obyczaj. A ta wersja jest nawet smaczna.

    Nie oszczędzaj dłoni na oklaskiwaniu musicalu.

    Bo masz do tego tylko 1 szansę. Słownie: jedną. Nie będzie bisów, nie będzie kilku odsłonięć kurtyny. Jedne brawa i koniec. Ach, ta angielska powściągliwość.

    Nie oczekuj, że na każdym rogu będzie czekało fish&chips w normalnej cenie.

    Chyba najbardziej popularne angielskie danie. Wydaje Ci się, że będzie wszędzie: w każdej knajpie, w budce. Czasem je znajdziesz. W cenie, która jest 1/3 ceny biletu na Wicked. Albo nawet jego połową. Nagle okazuje się, że rybę z frytkami dużo taniej zjesz nad polskim morzem. Za to możesz wybrać pysznego burgera.

    Nie zdziw się, jeśli Anglik, który przyjmuje od Ciebie zamówienie, okaże się Polakiem na Wyspach.

    Szczególnie wtedy, jeśli koleżanka będzie Ci tłumaczyć, co właśnie powiedział o rodzajach wysmażenia burgerów. On się na tym świetnie zna. Przy okazji pogadacie sobie o życiu tutaj. I przyniesie Ci rewelacyjne burgery.

    Nie trać nadziei, gdy wymarzona kawiarnia jest zamknięta, mimo że powinna być otwarta.

    Z przejęciem patrzysz to na zegarek, to na tabliczkę przy drzwiach. Powinna już być otwarta. Powinna. Przyglądasz się plakatom musicali. Wiesz, że w środku czeka na Ciebie miotła Elfaby z premiery Wicked na West Endzie. Czekasz. Na Twitterze piszą, że dzisiaj wyjątkowo otwierają później. Nie martw się. Jak przyjdziesz jeszcze dwa razy i poczekasz pół godziny przed wejściem, w końcu otworzą. A kiedy, popijając Gravi-tea, siedząc tuż obok miotły, będziesz słuchać z głośników Defying gravity, będziesz wiedziała, że warto było czekać.

    Nie przepraszaj figury woskowej za to, że stanęłaś jej na drodze.

    Kiedy przechadzasz się między figurami, robisz z nimi zdjęcia i zachwycasz się detalami, zauważasz, że stanęłaś tuż przed obiektywem pani, która chce zrobić zdjęcie. Szybko przepraszasz i usuwasz się na bok. Pani nawet nie podziękowała. Nie drgnęła o milimetr. Może dlatego, że też jest z wosku. Tak bywa.

    Nie zdziw się, jeśli w Muzeum Madame Tussauds zażyczą sobie £17 za zdjęcie.

    Jeździsz sobie kolejką po muzeum, w pewnym momencie robią Ci zdjęcie. Myślisz, że będziesz miała fajną pamiątkę z tej wycieczki. Podajesz pani numer zdjęcia i zadowolona wręczasz jej banknot pięciofuntowy. Pani patrzy na Ciebie dziwnie, po czym mówi, że zdjęcie kosztuje siedemnaście funtów. Siedemnaście funtów?! Pokornie przepraszasz i się wycofujesz. Ktoś widział wyjście ewakuacyjne?

    Nie kupuj pocztówek droższych niż 10 pensów.

    Będą kusiły na każdym rogu, piękne, kolorowe i po 2 funty. Ok, idziesz dalej, znajdujesz za 50 pensów. Może to już czas? Poczekaj, kup te za 10 pensów. I tak za znaczek zapłacisz 15 razy więcej.

    Nie licz na to, że kartka dojdzie do Polski wcześniej niż za miesiąc.

    Co z tego, że wszyscy już dawno zapomnieli, że tam byłaś. Już przełknęłaś tę gorycz, że zmarnowałaś tyle pieniędzy na kartki i znaczki, które zginęły w otchłani zapomnienia. A tu taka niespodzianka. Kartka odwiedziła w Polsce miejsca, w których nawet nie byłaś. W końcu to logiczne, że do każdego miejsca w Polsce kartka z UK idzie przez Piotrków Trybunalski.

    Nie daj się zmylić oznaczeniu „Priority line”

    Wydaje się, że to jedyne wejście do strefy odpraw, ale przecież masz zwykły bilet. Jednak kiedy obejdziesz lotnisko trzy razy, godzina odlotu nieubłaganie się zbliża, w końcu nieśmiało pytasz w informacji, którędy iść. Tak, miałaś rację na samym początku. „Priority line” to tylko zmyłka dla takich nieogarniętych turystów jak Ty. Szybko idziesz, żeby przypadkiem nie spóźnić się na boarding. Nie spiesz się. I tak utkniesz w kilometrowej kolejce.

    Nie mów, że to jedyna podróż do Londynu w Twoim życiu.

    Bo raczej tak nie będzie. Nastaw się na to, że już w samolocie powrotnym do Polski zaczniesz planować kolejną. Wicked nie da się obejrzeć tylko raz. A przecież czeka Cię jeszcze tyle musicali. I Tower Bridge, z którego zrezygnowałaś, bo bolały Cię nogi. Nie widzieliście przypadkiem tanich biletów z Poznania?

    To takie krótkie podsumowanie naszej cudownej przygody. Macie na koncie jakieś wpadki z wyjazdów? Koniecznie się nimi podzielcie. A może w najbliższym czasie wybieracie się do Londynu? Może nasze wskazówki okażą się przydatne 🙂

  • Wrześniowy przegląd musicalowy

    wrześniowy przegląd musicalowyMam nadzieję, że w tym roku nie sprawdzi się przysłowie Jaki pierwszy wrzesień, taka będzie jesień, bo u mnie od kilku dni leje. Wakacje dobiegły końca, ale my się wcale tym nie smucimy, prawda? To oznacza, że teatry wracają po wakacyjnej przerwie. Nie wszystkie co prawda, ale za to niektóre z wyczekiwanymi premierami. Zapraszam na Wrześniowy przegląd musicalowy.

    Białystok

    Na pierwszy ogień Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku. Już 15.09 premiera musicalu Doktor Żywago. Na stronie możemy przeczytać: Doktor Żywago to jedna z najpiękniejszych w literaturze światowej opowieści o miłości w czasach rewolucji. Pełne emocji, ponadczasowe love story oczarowuje i porusza do głębi kolejne pokolenia fanów. Zawiłe losy tytułowego bohatera lekarza, poety – Jurija Żywagi i jego kochanki Lary Guichard rozgrywają się na tle historycznych przemian Rosji – od początku XX wieku, przez rewolucję lutową i październikową, wojnę domową aż do lat trzydziestych XX w”. To jedyny tytuł w tym miesiącu, ale myślę, że zdecydowanie wart zobaczenia.

    Gdynia

    Nad morzem również czeka nas premiera, a Teatr Muzyczny w Gdyni przygotowuje dla nas Wiedźmina na podstawie opowiadań Andrzeja Sapkowskiego: „Głównym bohaterem musicalu jest Geralt z Rivii, wiedźmin, mutant, który za pomocą magii i nadludzkich umiejętności broni ludzi przed potworami nie stroniąc przy tym od zapłaty. Często działa pod wpływem emocji, sprzyja słabszym, poświęca się dla innych. Poza trudnościami, jakie napotyka na swojej drodze wiążąc się z czarodziejką Yennefer, Geralt bierze również udział w wielu niesamowitych przygodach. Chcąc chronić zarówno siebie, jak i swoich przyjaciół, wiedźmin stara się zachować neutralność w szalejącym świecie”. Prapremiera 15.09, ale jeżeli chcecie zobaczyć spektakl, to musicie mieć już bilet – od dawna są wyprzedane. To w Gdyni jedyny musical grany w tym miesiącu.

    Poznań

    W Poznaniu premierowe Nine zawita na deski Teatru Muzycznego w Poznaniu pod koniec miesiąca. „Guido Contini, znany włoski reżyser filmowy i celebryta, w przeddzień 40 urodzin staje twarzą w twarz z kryzysem wieku średniego. Chce nakręcić nowy film, ale nie ma na niego pomysłu. W dodatku, jego żona Luisa, była aktorka, zastanawia się nad porzuceniem męża. Na horyzoncie pojawią się inne kobiety: kochanka Carla Albanese, muza Claudia Nardi i producentka jego filmu La Fleur, które w głowie Guida mieszają się ze wspomnieniami jego czułej i kochającej matki oraz tajemniczej prostytutki Saraghiny”. Prapremiera zaplanowana jest na 28.09. Na początku września zobaczymy Madagaskar, a w połowie niesamowitą komedię – Zakonnicę w przebraniu.

    Chorzów

    Teatr Rozrywki w Chorzowie rusza już na początku tego tygodnia. Zobaczymy w nim Producentów, Skrzypka na dachuBulwar Zachodzącego Słońca.

    Warszawa

    Teatr Rampa zaczyna spektaklami dziecięcymi. W repertuarze Książę czy żebrak, Tajemniczy OgródAwantura o Basię. Na premierę tego sezonu: Kobiety na skraju załamania nerwowego musimy poczekać do października. Studio Buffo, oprócz Metra, pokaże nam Romea i Julię w nowej odsłonie – będzie to spektakl wodny w 3D. Prapremiera już 22.09. W Teatrze Dramatycznym możemy zobaczyć lipcową premierę – Kinky BootsCabaret. W Teatrze Komedia Pierwsza randka. Roma pracuje nad Pilotami, których premiera odbędzie się w październiku.

    Kraków

    Teatrze Variéte pod koniec miesiąca zobaczymy Legalną Blondynkę. Nowy, oczekiwany musical Chicago, pojawi się na afiszu dopiero w listopadzie.

    To chyba wszystko we Wrześniowym przeglądzie musicalowym. Jak widać, świat teatralny wraca pełną parą. Na co jedziecie? Ja jeszcze mam dylematy natury czasowo-finansowej, więc nie wiem, który spektakl wybiorę (i czy w ogóle coś w tym miesiącu zobaczę). Na pewno pojadę na recital Sylwii do Krakowa – na to bilet mam już od dawna.

  • Letnie musicale na jesienny sierpień

    letnie musicale

    Mimo że mamy sierpień, czyli teoretycznie lato, pogoda w ostatnich dniach jest wybitnie jesienna. Szaro, brzydko, deszczowo i zimno. Zamiast wygrzewać się w słońcu, otulamy się kocem i pijemy gorącą herbatę. Zamiast kąpać się w morzu, przeskakujemy kałuże, a okulary przeciwsłoneczne zamieniamy na płaszcze przeciwdeszczowe. A jakby tak przenieść się gdzieś w ciepłe miejsce z piękną muzyką? Dzisiaj przygotowałam dla Was letnie musicale na ten jesienny sierpień. Zapraszam.

    Mamma Mia!

    Macie ochotę na greckie wyspy, lśniące tafle wody i gołe klaty w rytmach nieśmiertelnej muzyki Abby? Mamma Mia! będzie zdecydowanie filmem dla Was. To jeden z moich ulubionych musicali filmowych. Sophie wychodzi za mąż i na tę uroczystość postanawia zaprosić swojego ojca. Problem w tym, że… nie wie, kto nim jest. Wysyła więc listy do trzech potencjalnych kandydatów, których odnajduje, ukradkiem czytając pamiętnik matki.

    Vaiana: skarb oceanu

    Jeśli jednak ciągnie Was do wody, przygodę życia w hawajskiej scenerii przeżyjecie razem z Vaianą. Główna bohaterka stara się być przykładną córką i wypełnić to, co jej przeznaczono. Jednak, ona nie chce siedzieć na wyspie, ją przyciąga woda. Kiedy mieszkańcom grozi niebezpieczeństwo, wyrusza w podróż, o której zawsze marzyła. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo niebezpieczna ta wyprawa może się okazać.

    Grease

    O wakacyjnej miłości słyszało się już dużo, a wiele osób do niej tęskni. Taka miłość nie zawsze jednak wygląda dobrze z perspektywy powakacyjnej, o czym przekonuje się Sandy, spotykając w nowej szkole wakacyjnego ukochanego. Czy gorące letnie noce były idealne tylko w jej głowie? Jeżeli marzysz o czymś lekkim i przyjemnym, włącz klasyczne Grease.

    La La Land

    Jeśli masz ochotę uciec od szarej rzeczywistości, najprościej ucieka się w marzenia. Nawet jeśli nie są one łatwe do spełniania, a walka determinuje całe nasze życie. To przytrafia się Mii i Sebastianowi. Jak dużo jesteś w stanie poświęcić, by robić to, co kochasz? Co w ostatecznym rozrachunku wybierzesz: miłość do drugiej osoby czy miłość do pasji? La La Land w pierwszym odbiorze mi się nie spodobał i z kina wyszłam zawiedziona, w wakacje postanowiłam jednak dać mu jeszcze jedną szansę. Może pokuszę się o recenzję, której w styczniu zabrakło.

    Jakie są Wasze sposoby na przetrwanie tej jesiennej aury? Podobno za kilka dni mają wrócić upały, zanim jednak to nastąpi, uprzyjemnicie sobie wieczór którymś z wymienionych letnich musicali? Podzielcie się w komentarzach.

  • Janek Traczyk cz. II: marzę, żeby moja muzyka coś w ludziach zmieniała

    traczykWitam Was serdecznie w drugiej części rozmowy z Jankiem Traczykiem. Pierwszą możecie przeczytać tutaj. Tym razem rozmawiamy o tym, jak zaczęła się jego przygoda ze śpiewem, co jest dla niego najważniejsze w jego twórczości i dlaczego w pędzie życia najlepiej spędzić trochę czasu z końmi. Zapraszam.

    Musicalna: Wróćmy do początków przygody ze śpiewem. Pochodzisz z muzykalnej rodziny?

    Janek Traczyk: Tak, mój tata zawsze śpiewał. Mieliśmy rodzinne wyjazdy wakacyjne, dużo wieczorów z gitarą, przy ognisku. W pewnym momencie tata zorientował się, że też śpiewam. Kilka razy wystąpiłem w szkolnym chórze, okazało się, że bardzo to lubię. Zgraliśmy się w tym temacie i razem sobie podśpiewywaliśmy. Później dostałem się do chóru Alla Pollacca przy Teatrze Wielkim w Warszawie. Zawsze to wychodzi tak przez przypadek. Kolega mi mówił: chodź, tu jest fajnie, gramy w Carmen młodych żołnierzy, trzeba śpiewać, maszerować. Stwierdziłem, że spróbuję. To była moja pierwsza przygoda na scenie. Później dostałem główną rolę, Marka, w operze dziecięcej Pan Marimba. Byłem przerażony. Wtedy najważniejsze było granie w piłkę, na komputerze, bieganie za dziewczynami. A tu powoli zaczynało robić się poważnie. Była tam pani reżyser, która mnie strasznie stresowała, poza tym pochłaniało to dużo czasu. Niby fajnie, że gram coś takiego, ale tak poważnie o tym zupełnie nie myślałem. Super, że mi się przydarzyło, ale wtedy nie było to spełnieniem marzeń, natomiast już na wstępie okazało się dla mnie dobrą szkołą. W trakcie grania tej roli zacząłem mieć mutację. Stopniowo z kwestii śpiewanych robiły się kwestie mówione, bo nie byłem w stanie ich zaśpiewać, głos mi się zmieniał. Wtedy też rodzice postanowili, że czas mnie stamtąd zabrać, żebym mógł skupić się na egzaminach do liceum.

    Na jakiś czas miałem całkowitą przerwę: od śpiewania, od muzyki. Dopiero jak już dojrzałem, przeszedłem mutację, zacząłem sam coś grać na pianinie, próbowałem tworzyć jakieś kompozycje, trochę śpiewać, wówczas sam podjąłem decyzję, że chciałbym się zająć muzyką. I poszło dalej. Trafiłem na wspaniałą panią Marię Piekarek, była moją nauczycielką od keyboardu. Najpierw zapisałem się na keyboard, stwierdziłem, że będę grał Chopina. Może trochę za wysoko wymierzyłem. W pewnym momencie to granie przerodziło się bardziej w akompaniowanie sobie i śpiewanie. Potem pojawił się pomysł, żeby mnie rzucić na Bednarską, na śpiewanie. Taką drogę zaplanowała mi pani Maria. Śpiewanie miało być elementem pośrednim, prowadzącym do kompozycji. Tworzyłem co jakiś czas swoje melodie i jej pokazywałem. Zawsze mówiła, że Oskara z muzyki filmowej to już mamy w kieszeni (śmiech). Rzeczywiście poszedłem drogą, którą mi zaplanowała, dlatego zawsze podkreślam, że jest ważną osobą w moim życiu. Tak jak zaplanowała, tak się stało, oprócz tego, że śpiewanie koniec końców bardzo mnie pochłonęło. Nie było elementem pośrednim, ale w pewnym momencie stało się sposobem na życie.

    Pracujesz nad solową płytą?

    Czytaj dalej…