Kamil ZiębaWitajcie we Wrześniowej musicalnej rozmowie. Tym razem moim gościem jest chyba najwyższy aktor polskiej sceny musicalowej. Opowiada, co w jego zawodzie najbardziej go zaskoczyło, czy prawie dwa metry wzrostu przeszkadzają w karierze i dlaczego chodził nocami po Gliwicach, słuchając piosenki Creep. Przed Wami Kamil Zięba. Zapraszam do lektury.

Musicalna: Co najbardziej zaskoczyło Cię w byciu aktorem?

Kamil Zięba: Najbardziej zaskakujące były jedne z pierwszych zajęć z moją ukochaną Panią Profesor – śp. Joanną Bogacką, tak zwane “Elementarne zadania aktorskie”. Jak dzisiaj pamiętam jedno z zadań: trzy osoby, jedna osoba gra myśliwego, druga sarnę (która w dodatku ma świadomość, że zaraz umrze!), natomiast trzecia miała wcielić się w… serce tej sarny! Kiedy Pani Profesor nam to opowiedziała, pomyślałem: Cooooo? O co tu w ogóle chodzi? Co ja tu robię? Pulsowaliśmy na tej podłodze, wykonywaliśmy jakieś dziwne ruchy, musieliśmy obserwować równocześnie sarnę i myśliwego, od którego zależało czy mogliśmy na sekundę jako to serce odetchnąć, czy też zaraz przez swoje zbliżanie się, zmuszał, aby na nowo panicznie reagować. Każde z takich zadań, chociaż na początek wydawały się totalnie dziwne i bezsensowne, miało jakiś cel, pozwalało nam prawdziwie i głęboko wchodzić w swoje emocje, uczyło koniecznego na tamtym etapie przełamania własnych barier i kompleksów. Dla mnie to była chyba największa trudność: przełamać wstyd, spowodowany tym, że patrzą na ciebie twoi dobrzy znajomi. To była moja największa blokada – wyłączyć poczucie, że oni obserwują, oceniają to, jak ty się zachowujesz, co robisz, jak wyglądasz i móc w pełni oddać się postaci, której powierzasz swoje ciało. Myślę, że to było największe zaskoczenie, później już nic tego nie przebiło.

To skąd wziął się ten pomysł?

Nie miałem być aktorem. Od zawsze śpiewałem, a publiczne śpiewanie rozpoczął psalm śpiewany przeze mnie podczas Pierwszej Komunii. Pomiędzy tym, że miałem być weterynarzem, miałem być też wokalistą – piosenkarzem. Pierwszy błysk pomysłu na aktorstwo pojawił się, kiedy dostałem się do musicalu Ania z Zielonego Wzgórza w rzeszowskim Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Poznałem fantastycznych ludzi, zasmakowałem wspaniałej atmosfery teatru i pracy nad spektaklem i bardzo mi się to spodobało. Zacząłem dostrzegać, że można połączyć to, co uwielbiam, czyli śpiewanie z czymś jeszcze ciekawszym, co daje nowe możliwości, nowe pole do popisu, nową rzecz, której mogę się nauczyć. Później dowiedziałem się, że są szkoły, które pozwolą mi kształcić się w tej właśnie szerszej perspektywie. Wtedy w teatrze, pomyślałem, że bycie samym piosenkarzem jest trochę… blade. Kiedy zrozumiałem, że piosenki można (i nawet powinno się) interpretować w takim pryzmacie aktorskim, to gdy teraz muszę  zaśpiewać piosenkę typowo rozrywkową, z tekstem o niczym i muzyką o niczym – jest to dla mnie tragiczna konieczność.

Co się działo po Teatrze rzeszowskim?

I tu zaczyna się chyba najpiękniejsza i najciekawsza historia mojego życia. Dostałem się na Uniwersytet Rzeszowski, na Edukację artystyczną w zakresie sztuki muzycznej. Studiowałem tam rok, nie chciałem tego robić, ale zacząłem te studia, ponieważ bałem się wyjechać gdzieś dalej. Miałem jednak wrażenie, że tam śpiewanie jest na ostatnim miejscu, że w ogóle się nie liczy, więc czułem, że i ja się nie liczę. Moi rodzice myślą, że studiowałem dwa lata, ja tak naprawdę studiowałem rok, po czym dostałem się do teatru i cały czas równolegle się uczyłem w prywatnej szkole – Centrum Sztuki Wokalnej w Rzeszowie. I chociaż po roku wyrzucili mnie z tych studiów, udawałem przed całym światem, że studiuję nadal. Niestety w pewnym momencie w skrzynce pojawił się… bilet do wojska. Słowa mojej mamy: Kamil, zrób coś z tym, przecież studiujesz więc weź zaświadczenie, jedź tam i zawieź ten papier. “Dobrze, mamo, zorganizuję to”, bo co innego mogłem powiedzieć (śmiech). Wziąłem zaświadczenie ze szkoły wokalnej i z teatru, że gram w ważnym spektaklu. Myślałem, że przecież skoro jestem aktorem, to na pewno jest to wystarczający powód, aby mnie nie wziąć do wojska. Pojechałem do tej jednostki, w której bardzo zaskoczony otrzymałem już bilet, skierowanie do wojska – że 29 sierpnia, w moje urodziny, mam się stawić w jednostce w Przemyślu. Moją jedyną szansą przetrwania i ucieczki było jak najszybciej dostać się gdzieś na studia. Oczywiście mama o wszystkim się dowiedziała, co oznaczało wielką aferę w domu. W międzyczasie, to był czerwiec, znalazłem w gazecie ogłoszenie, że szukają kelnerów do “Karczmy śpiewających kucharzy i kelnerów” i  wyjechałem do Darłowa, do pracy.

Już będąc tam, dowiedziałem się, że w Akademii Muzycznej w Gdańsku jest pierwszy nabór na nową specjalność – Musical. Bez żadnych ciuchów (a przecież był egzamin wstępny z tańca), kompletnie nieprzygotowany, wziąłem 100 zł od dyrektora miejsca, w którym pracowałem i wyjechałem na egzaminy, które, jak byłem przekonany, potrwają kilka godzin. Na miejscu okazało się, że egzaminy trwają trzy dni, a po odjęciu pieniędzy na pociąg, zostało mi 20 zł, za które musiałem jakoś ten czas przetrwać. Nie miałem nic: żadnych kostiumów na balet, żadnych przygotowanych tekstów (uczyłem się ich w pociągu) ani szczoteczki do zębów. I pierwszego dnia okazało się, że przechodzę na kolejny etap, czyli drugi dzień. Nie mając żadnych znajomych w trójmieście, nie mając pieniędzy i odwagi na jakieś bardziej radykalne zachowania – planowałem spać na dworcu. Muszę zaznaczyć, że chociaż niby niedawno, to były czasy w których nie istniała bankowość internetowa, nie można było przesłać ekspresowo pieniędzy na  czyjeś konto bankowe, a podczas weekendu przesłanie w ogóle było już totalnie niemożliwe. Nie mogłem liczyć na ratunek rodziców, jednakże w pewnym momencie zadzwoniła moja mama z przypomnieniem o tym, że przecież w Gdańsku mieszka CIOCIA X! Szczegół, że chyba nigdy w życiu nie widziałem tej kobiety, ale rzeczywiście była to jakaś opcja wyratowania mnie z brudów nocnego dworca. Ciocia rzeczywiście mnie przenocowała, ale gdy poprosiłem, żeby pożyczyła mi 20 zł na bilet powrotny (bo przez te dwa dni przejadłem hajs na podróż), powiedziała, że nie była przygotowana na to, że będę wymagał takiej gotówki.  W ostatni dzień egzaminów, przed opuszczeniem Akademii, podszedłem do pierwszego przypadkowego Profesora z komisji, nie wiedziałem, że to Pan Andrzej Nanowski, który jest wyjątkowo ważny i to jego inicjatywą było, aby ten kierunek w Gdańsku powstał. Z błagalną rozpaczą prosiłem o jakieś informacje, czy mam szansę się dostać, bo jeśli nie, to pójdę do wojska. Zapytał tylko jak zdałeś maturę? Gdy powiedziałem że bardzo dobrze, odpowiedział że JEST SZANSA. Na dworcu sprzedałem swój telefon, żeby w jakiś sposób zdobyć pieniądze i wrócić do mojej pracy w roli śpiewającego kelnera (śmiech).
Jak dziś pamiętam mój telefon do Akademii w Gdańsku w dniu ogłoszenia wyników. “Kamil Zięba? Noezdał się…” (To naprawdę było takie słowo) – PROSZĘ?? –  “No dostał się pan!” Popłakałem się. Jak dziecko. Ogromna radość z faktu szkoły, ale i  niesamowita ulga a propos tego wojska… To jest niesamowita historia i bardzo lubię ją wspominać. Wtedy zaczął się Gdańsk, w którym tak naprawdę poznałem, co to jest musical, na czym on polega. Mój głos nagle stał się bardzo musicalowy, wszystko zrobiło się musicalowe i teatralne, za co jestem bardzo tej szkole wdzięczny.

Czym Cię zachwyca musical?

Chyba możliwością połączenia śpiewania i interpretacji. Nawet nie interpretacji, a gry aktorskiej. Od zawsze zwracałem dużą uwagę na muzykę, ona jest u mnie jakby na pierwszym miejscu. Gdy słucham piosenek, muszę się wysilić, żeby słyszeć i rozumieć tekst.  Potrafię od razu powtórzyć melodię, a nie pamiętam kompletnie, o czym był utwór, jeśli nie skupiam się na tekście. Zachwyciła mnie muzyka w musicalach. Pierwszy był Rent –  totalnie zakochałem się w tych piosenkach. W Akademii zaczęło się poznawanie i uczenie się tej muzyki, tego, że w trakcie pojawiają się dialogi, że jeden motyw muzyczny powtarza się w całym spektaklu. Myślę że moi niemusicalowi znajomi mieli mnie wtedy dosyć, przez spamowanie i zachwyt musicalem, który zacząłem wyrażać na facebooku (śmiech).

Jakbyś miał wybór – zostać piosenkarzem czy aktorem dramatycznym?

Oj, to bardzo trudne. Dzisiaj na szczęście w muzyce rozrywkowej dzieje się bardzo dużo. Z jednej strony studia pięknie mnie stworzyły, z drugiej sprawiły w pewnym stopniu coś bardzo niedobrego, coś co zrobiły wielu, wielu ludziom, których znam.  Zamrażają pasję. Śpiewanie, granie staje się dla ciebie tak powszednie, tak “codziennieją”, że kończąc studia, masz ochotę zamilknąć i już nigdy więcej tego nie robić. Dwa, może nawet trzy lata, byłem taki właśnie zamrożony, nie starałem się, nie chodziłem na castingi. Myślę że gdyby nie rzeczy, które przychodziły niejako same, bez wielkiego wysiłku – dzisiaj mógłbym być w zupełnie innym miejscu i w innej branży. Od pewnego czasu jednakże czuję, że ta pasja zaczyna się rozmrażać: zaczynam pisać teksty, sam tworzę muzykę, inicjuję działania koncertowe itp.

Odpowiadając na Twoje pytanie: chciałbym stworzyć taką formę muzyczną, piosenkarską, która byłaby dla mnie dobra. Myślę, że byłoby to trochę podobne do zespołu Hey, Domowych Melodii albo pani Peszek, u których te teksty są tak ważne a i dobrze zaśpiewane. Mógłbym po prostu śpiewać, funkcjonować samym śpiewaniem. Chyba nawet wolałbym to niż teatr dramatyczny, który dla mnie – artysty, którego wrażliwość jest już sama w sobie przewrażliwiona, wydaje się być momentami za ciężki, w sensie emocjonalnym. Nie zawsze można grać farsy, komedie i rzeczy piękne. I nie zawsze jest połączony z muzyką, a bez niej nie wyobrażam sobie egzystencji.

Debiut musicalowy?

Pierwsza była Ania z Zielonego Wzgórza, potem był nasz spektakl dyplomowy – Wonderful Town, który graliśmy w Filharmonii Bałtyckiej. Tam zagrałem główną rolę razem z moimi przyjaciółkami – Natalką Piotrowską i Mileną Kanabus, które były rok niżej w procesie edukacji. To był mój solowy debiut na dużej, profesjonalnej scenie. Kolejną rzeczą na wielkiej scenie, jest Rodzina Addamsów i rola Lurcha, która w tym momencie w mojej głowie jest moją rolą życia.

Trudno się gra człowieka, który nie zdecydował, czy jest żywy, czy martwy?

Bardzo trudno. Pamiętam moje pierwsze dni prób, pamiętam nawet twarz reżysera, Jacka Mikołajczyka, która momentami wyrażała niepewność w moje powodzenie kreacji tej postaci. Może to nie było zwątpienie we mnie, ale zwątpienie w ogóle, co zrobić z tą postacią, jak i od której strony ją ugryźć. I tutaj muszę oddać wielki pokłon naszej choreografce, Ewelinie Adamskiej-Porczyk, która swoimi uwagami dotyczącymi fizyczności sprawiła, że ta postać zaczęła się we mnie rodzić. W momencie kiedy się dowiedziałem, że “Lurch jest poskładany z różnych części ciała, a tylko serce ma Addamsowe”, stwierdziliśmy z Eweliną, że skoro ktoś jest tak poskładany i pozszywany, to nie może się ruszać normalnie. Skoro nie może mówić, to ta twarz musi mieć jakiś wyraz. Oczywiście obejrzałem spektakl broadwayowski, obejrzałem filmy, serial, żeby wiedzieć jak najwięcej na temat Lurcha. Tworzyłem postać, chodząc nocami po Gliwicach i słuchając piosenki Radiohead Creep – ja jestem przecież taki nienormalny i wiem, że jestem nienormalny. Analizowałem, jak on musi się czuć, jak musi działać i powolutku zaczęło to we mnie wchodzić. Był to dla mnie bardzo ciężki fizycznie spektakl, bo każde moje wejście oznaczało totalne spięcie ciała i nienaturalne powyginanie kończyn. Ale to równocześnie dawało taką satysfakcję i poczucie, że daję z siebie naprawdę 100%. Gdy dodatkowo zrozumiałem, że on prawdziwie kocha tę rodzinę, kocha te dzieciaki i czuje się za nich odpowiedzialny – chciałem zagrać jeszcze tę miłość i przywiązanie do nich. Trochę byłem jak pies tej rodziny, który kocha ponad wszystko i zawsze stanie w obronie. I wyraża to na swój sposób, chociaż nie ma prawa używać prawdziwych słów. Ta moja improwizacja dźwiękowego charczenia, czyli stworzenie języka, którym posługuje się Lurch, również było świetnym, ale i trudnym doświadczeniem. Uwielbiałem to grać, uwielbiałem ten spektakl i uwielbiałem czuć, że robię to dobrze. A to jest bardzo ważne poczucie w głowie aktora, bo to daje ci wolność w trakcie spektaklu, nie musisz się zastanawiać, analizować, czy możesz coś zrobić czy nie. Jeśli masz poczucie, że to jest dobre, to po prostu płynie.

Marzenia musicalowe?

Konkretnie – nie mam. Śpiewałem w jednym z etapów na egzaminie w Gdańsku – kiedy trzeba stworzyć cztery piosenki albo całą partię wokalną jednej postaci – utwory z musicalu Jekyll&Hyde. Stworzenie tej postaci byłoby na pewno wspaniałym doświadczeniem.. Nie powiem, że to moje marzenie życia, ale bardzo chciałbym sam siebie w tym sprawdzić. Nie dość, że można świetnie ”się wyżyć” aktorsko, bo grasz kogoś równocześnie dobrego i złego i to jeszcze w trakcie jednej piosenki, do tego utwory, które są fenomenalne, a jednocześnie dla faceta piekielnie trudne. Często myślę o tym, że chciałbym zagrać Collina z Rentu, bardzo lubię tę postać. On z kolei dotyka rzadko spotykanego w musicalu bardzo niskiego śpiewania, które ja gdzieś tam w sobie mam i bardzo chciałbym móc to wykorzystać.

Ulubiony musical?

Brak. Być może dlatego, że nie widziałem ich za wiele. Trochę pluję sobie w twarz. Widziałem wszystko, co jest w Romie, kilka spektakli w Gdyni, a poza tym nie miałem okazji obejrzeć wielu spektakli. Myślę, że bardziej mógłbym opowiadać o ulubionej muzyce niż o historii. Chociaż przez dwa miesiące po tym, jak zobaczyłem Króla Lwa w Londynie, twierdziłem, że jest to mój ulubiony musical i nie będzie nigdy lepszego. Coś w tym jest, bo uwielbiam tę muzykę, uwielbiam i spektakl. Bardzo lubię wszystkie disneyowskie musicale: Piękną i Bestię, Małą Syrenkę – muzycznie jestem zachwycony, gdy tego słucham. Za każdym razem mam ciarki. Czyli nie mam ulubionego musicalu, a muzycznie uwielbiam prawie wszystkie (śmiech).

Rodzina wspierała Cię w drodze musicalowej?

Nigdy nie byli przeciwko. Sam fakt, że dawali mi w możliwość – już w trakcie liceum –  jeździć do Rzeszowa na zajęcia wokalne. Wtedy jeździć z małej miejscowości pod Rzeszowem do Rzeszowa, to była spora rzecz. Trzeba było wstawać dużo wcześniej, płacić za autobus, za lekcje. Rodzice od samego początku byli otwarci i dali mi możliwość działania w tej branży. Chociaż – kiedy nie dostałem się na studia muzyczne w Rzeszowie (nie od razu się dostałem, byłem pierwszy pod kreską i zadzwonili po dwóch tygodniach po ogłoszeniu wyników), to pamiętam rozczarowanie w oczach taty. Miałem poczucie, że go zawiodłem, że jestem za słaby, żeby działać w branży muzycznej i że to nie da mi pieniędzy, by godnie przeżyć. Mama była zawsze za i nigdy nie powiedziała, żebym tego nie robił. Chociaż czasem nie potrafi zrozumieć systemu i trybu takiej pracy, że często wygląda to tak, że pracuje się tylko 2,3 dni w tygodniu i to wieczorami. Czasami sugeruje: może poszedłbyś na zwykłe studia, na zwykły etat. Mamo, nie. Jest mi dobrze, wystarczy.

Nie mają nic wspólnego z muzyką?

Nie. Mama czasem wspomina, że śpiewała w chórze, ale nikt nigdy tego nie potwierdził (śmiech).

Twój wzrost przeszkadza czy pomaga w karierze?

Tak i tak. Wiem, że nie dostałbym roli Lurcha, gdybym był niższy, ale jednocześnie kilka razy usłyszałem, że jestem za wysoki, bo główną rolę będzie grała dziewczyna, która ma 1,60 m i toby źle wyglądało. Czuję, że bardzo często w musicalu chodzi o obrazek. Reżyser nie patrzy na umiejętności, ale ma swoją wizję i musi ją dopasować do obrazka. Niestety kilka razy odczułem, że do tego obrazka nie pasuję, właśnie też przez mój wzrost. Nie jest mi z tego powodu smutno, bo nie mam na to wpływu i tak musi być. Ale muszę przyznać że kilka lat temu to był mój wielki kompleks. Na szczęście pojawił się kolejny Anioł Stróż mojego życia, pewna wspaniała aktorka z Rzeszowa, która powiedziała, że nie mam innego wyjścia – muszę przekuć to w atut. Więc wykorzystuję to jako atut. I to się udaje, bo na przykład rola w serialu Na Wspólnej też pojawiała się dlatego, że poszukiwali wysokiego faceta, który może zagrać sportowca. Myślę, że jak zobaczyli 1,97 m, to uznali: o, warto zwrócić na niego uwagę. Więc lubię ten wzrost, ostatecznie go zaakceptowałem i myślę, że jakoś będę sobie z nim radził.

Masz autorytety musicalowe, kimś się inspirujesz?

Chyba nie. Ja ogólnie podziwiam ludzi i dla mnie autorytetami stają się ci (to są też moi znajomi, przyjaciele), którzy mają w sobie pasję, którzy tworzą i inicjują rzeczy nowe. Jako przykład mogę podać Pawła Izdebskiego, którego większość czytelników zapewne zna ze Studia Accantus. Podziwiam po prostu chłopaka, który ciężko i konsekwentnie pracuje, aby wciąż się rozwijać. Tu nagranie, tu film, tu piosenka, tu komponuje, tu się uczy, tu widzę jego udział na jakichś warsztatach. Tacy ludzie dają mi to napęd do działania i wiarę w to, że jeżeli się chce i włoży się trochę wysiłku, to efekty są szybko zauważalne. Jeżeli się to robi z sercem, z pasją i oczywiście w miarę dobrze (śmiech). Autorytetów w świecie typowo musicalowym nie mam, wszechstronni artyści stają się dla mnie autorytetem z zasady.

To nie koniec naszej rozmowy z Kamilem Ziębą. Zapraszam Was także na drugą część, która pojawi się niebawem. Usłyszycie w niej trochę o Studiu Accantus, dowiecie się, skąd wziął się pomysł na 25 plus, a także jaka była jego największa wpadka na scenie. Tutaj znajdziecie fanpage Kamila, jego Instagrama, a tu możecie go posłuchać.