Marta WiejakW najnowszych Musicalnych rozmowach przedstawiam Wam Martę Wiejak, jedną z czołowych aktorek polskiej sceny musicalowej. Gra, śpiewa, tańczy, stepuje. Rozgrzewa się, nawet jeśli ma tylko przejść z jednej strony sceny na drugą, nie śpiewa w domu, żeby nie drażnić sąsiadów, a jej marzeniem jest poprowadzenie gali rozdania amerykańskich nagród teatralnych Tony Awards. Zobaczycie ją w Warszawie, Poznaniu i Szczecinie. Zapraszam na wywiad.

Musicalna: Pamiętasz pierwszy musical, który zobaczyłaś na żywo?

Marta Wiejak: Mam dwa obrazy przed oczami – GreasePiotrusia Pana w Teatrze Muzycznym Roma. To było w podobnym czasie – okolice gimnazjum.

To może z drugiej strony, który bardziej zapadł Ci w pamięć?

Te spektakle były zupełnie inne, ale wydaje mi się, że bajkowy Piotruś Pan bardziej zadziałał na moją wyobraźnię. Spodobała mi się szalona zgraja dzikusów i oczami wyobraźni widziałam siebie na scenie obok nich. Tak, to na pewno był pierwszy musical, jaki widziałam. Przyjechałam wtedy do Warszawy z Puław wraz z zespołem baletowym Etiuda.

Już wtedy pojawiła się pierwsza myśl: też bym tak chciała, jak oni?

Chyba każdy młody widz o tym marzy – muzyka i kolorowy świat wyobraźni są bardzo atrakcyjne. Jako dziecko byłam w szkole baletowej, z której ostatecznie zrezygnowałam, ale nadal czułam nieokreślony pociąg do sceny. Możliwe, że od najmłodszych lat obserwowałam pracę aktorów i tancerzy na scenie, nie zdając sobie do końca sprawy, co przyniesie przyszłość.

Szkoła baletowa pojawiła się wcześniej?

shrek
Shrek

Tak, ale najpierw uczęszczałam do zespołu baletowego, którego instruktorką była zawodowa tancerka – pani Zofia Stec. Przyglądała się dzieciom, zwracała uwagę na sylwetkę, muzykalność i pewną wrażliwość do tańca. Po trzech latach zaproponowała mi wyjazd do Warszawy i wzięcie udziału w egzaminach wstępnych do szkoły baletowej. Moi rodzice byli pełni obaw i pamiętam, że musiałam swoje wypłakać, wybłagać. Myślę, że to było dla nich bardzo trudne, ponieważ miałam 9-10 lat, a najbliższa taka szkoła znajdowała się ponad sto kilometrów od rodzinnego miasta. Jak w tak młodym wieku wytłumaczyć rodzicom, że chce się być zawodową tancerką? (śmiech) Najwyraźniej byłam przekonująca, bo się zgodzili. Myślę, że jako dzieci nie mamy świadomości czym jest zawód, co to jest przyszłość. Może przez to że rodzina nie naciskała, to w wakacje po pierwszym roku stwierdziłam: mamo, wracam do szkoły w Puławach. Nie myślałam o konsekwencjach tej decyzji.

Rodzina była bardziej artystyczna, czy to tylko Ty?

Moja rodzina ma wiejskie korzenie. Jedynie mama skończyła w Warszawie ekonomię. Pozostali mniej lub bardziej uprawiali ziemię i pamiętam, że zawsze ciężko pracowali. Talent muzyczny wykazywał wujek, który grał na akordeonie i śpiewał na weselach. Skąd te zainteresowania we mnie? Wydaje mi się, że pasją zarazili mnie ludzie, których spotkałam w Domu Kultury „Dom Chemika” w Puławach. Po powrocie ze szkoły baletowej tańczyłam tam amatorsko przez 12 lat, to były wspaniałe, owocne i inspirujące lata. W zespole baletowym Etiuda zetknęłam się z wieloma rodzajami tańca, były to m.in.: balet, jazz, grek zorba, węgierski, ukraiński, step, tańce żydowskie, tańce polskie. Sądzę, że takiej różnorodności nie znalazłabym w żadnym dużym mieście.

Stepowanie. W tym też masz jakieś osiągnięcia.

Deszczowa piosenka
Deszczowa piosenka

Zaczęłam stepować w wieku 13 lat na warsztatach tańca współczesnego u Ewy Wycichowskiej w Poznaniu, pod okiem śp. pana Marka Pałuckiego. Udział w zajęciach stepowania był spontaniczny, wynikał z ciekawości. Pamiętam, że pan Marek podszedł do mnie podczas zajęć i zapytał, czy chcę to robić w przyszłości zawodowo, czy myślę o tym poważnie. Nie pamiętam, co mu odpowiedziałam, ale muszę stwierdzić, że nauka podstaw stepu nie stanowiła dla mnie wielkiej trudności, była przyjemna. Może dlatego jeździłam potem na inne warsztaty i trafiłam na „głęboką wodę”, dzięki czemu szybko rozwinęłam ten talent. Były mistrzostwa Polski, jakieś drugie miejsce, ale to jest epizod. Step, mówiąc kolokwialnie, czasami się w teatrze przydaje. Obecnie mam próby do Crazy for you w Szczecinie, w Deszczowej Piosence w Teatrze Muzycznym Roma pozwolił mi zagrać główną rolę – Kathy Selden. Tak na marginesie – chciałabym mieć więcej czasu i energii żeby rozwijać tę umiejętność, od pewnego czasu czuję, ze stoję w miejscu.

Ale chyba tylko w tej sferze, bo w innych cały czas się rozwijasz.

Rzeczywiście regularnie pojawiają się różne wyzwania. Obecnie Crazy for you – gershwinowski klasyk. Jest to specyficzne granie, charakterystyczne śpiewanie. Wydawało mi się, że będzie łatwiej, a już po tygodniu prób byłam zmęczona i miałam kryzys (śmiech).

Jak się zaczęła przygoda z musicalem? Ukończyłaś Studium Wokalno-Aktorskie w Gdyni.

Czytałam biogramy osób, które występowały w Teatrze Muzycznym Roma i spostrzegłam, że co druga osoba była absolwentem Studium Wokalno-Aktorskiego przy Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. O szkole dowiedziałam się dosyć późno, bo w klasie maturalnej. Przygotowywałam się też do Krakowa, do PWST. Tak się jednak złożyło, że egzaminy były tego samego dnia, a że nie wiedziałam, że można wymieniać się terminami z innymi zdającymi, to spontanicznie i intuicyjnie wybrałam Gdynię. Nie żałuję (śmiech).

A co takiego miał musical, że Cię przyciągał?

Oprócz tańca bardzo pociągał mnie śpiew, na którego lekcje zaczęłam uczęszczać w pierwszej klasie liceum. Na początku była to poezja śpiewana, której słucham do dziś. Po roku stworzyłyśmy z przyjaciółkami autorski kabaret – Przesłanie z planety Izaurus. Był to manifest feministyczny, z przymrużeniem oka – niezależne kobiety pochodzące z planety Izaurus wygłaszające hasła o nieprzydatności i słabości mężczyzn. Podczas tych występów poczułam przyjemność z grania i pomyślałam dodatkowo o aktorstwie. Dlaczego musical? Wydawało mi się, że w tej sztuce będę mogła połączyć wszystkie pasje: śpiew, taniec i aktorstwo. Jestem wobec siebie bardzo krytyczna i w każdej z tych dziedzin widzę jeszcze u siebie braki, co mnie inspiruje i pobudza do ciągłego rozwoju.

A debiut musicalowy?

Debiut? Hmm… To nie była jakaś wielka rola. W Gdyni na pierwszym roku mieliśmy tzw. fuksówkę. To taka tradycja teatralna, podczas której starsi koledzy wprowadzali nas do świata teatralnego. Na pierwszym roku nie można było wejść na scenę – taka była zasada w Gdyni, tym bardziej podczas fuksówki. Okazało się jednak, że w spektaklu 12. ławek (musical hip-hopowy w reżyserii Jarosława Stańka) potrzebują stepującej dziewczyny, która mogłaby zastąpić Agnieszkę Brańską. Polecił mnie kolega Tomasz Bacajewski, z którym będziemy grali parę w Crazy for you w Szczecinie. Powiedział realizatorom, że na pierwszym roku jest dziewczyna, która stepuje i dzięki temu już w drugim miesiącu nauki, na fuksówce, mogłam wyjść na scenę. Myślę, że koledzy mieli gula (śmiech). Pamiętam, że byłam w swoim żywiole, step dodał mi pewności siebie. Podczas spektaklu stepowałam z beatboxerem i miałam na sobie blond perukę z dredami, która raz spadła mi z głowy podczas ukłonów.

Pierwsza główna rola?

Carmen Latina w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Dziwny spektakl…. do dzisiaj mam mieszane uczucia. Zainspirowany operą musical, próba przeniesienia miłosnej historii we współczesny świat. Jako, że była to moja pierwsza główna rola stwierdziłam, że przyjmę to wyzwanie i spróbuję „pociągnąć” cały spektakl. Były tam odważne sceny, które dużo mnie nauczyły – teraz wiem, że aktorzy nie muszą bezkrytycznie zgadzać się na każdą reżyserską koncepcję. Było to dla mnie wielkie doświadczenie – główna rola, non stop na scenie. Wydaje mi się, że dzięki Carmen śp. dyrektor Maciej Korwin zaangażował mnie potem do musicalu Shrek. Reżyserował wtedy Skrzypka na dachu w Radomiu i przyszedł nas obejrzeć. Korwin był na spektaklu, podczas którego było na widowni 10 osób. Kilka dni wcześniej popsuła się obrotówka, więc widzów zaproszono na inny, jak się później okazało, mniej dogodny termin. Prawie pusta widownia a na środku mój były mentor i dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni – to było wyzwanie. Na szczęście po wszystkim pogratulował, bardzo mu się podobało. Wydaje mi się, że zaprosił mnie później do Gdyni dzięki Carmen, pamiętał, że sobie poradziłam.

Która z dotychczasowych ról była najbardziej wymagająca?

Jekyll&Hyde
Jekyll&Hyde

Wszystkie w jakimś stopniu są trudne, na szczęście po to są próby, żeby je oswoić. Najbardziej drżałam przed premierą Jekylla&Hyde’a w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Bałam się tych tzw. szerokich, musicalowych songów, na szczęście w przygotowaniu wokalnym pomagała nam wspaniała pani Anna Domżalska. Nie pamiętam żebym się kiedykolwiek tak denerwowała przed premierą, tego dnia około południa spotkałam Edytę Krzemień (spektaklowa Emma), obie byłyśmy blade (śmiech). Wiem dlaczego! W poznańskim teatrze zaczął się czas zmian i reżyser Sebastian Gonciarz (związany z Teatrem Muzycznym Roma w Warszawie) chciał wnieść do teatru inną jakość. Operetka przeobrażała się w teatr musicalowy, były duże oczekiwania i nie wiedziałam czy im sprostam. Rok później była Evita. Wydawać by się mogło, że to większe wyzwanie, ale przyznaję, że była i jest dla mnie bardzo wygodna. Nie boję się tej roli, podczas spektakli czerpię z niej dużą satysfakcję i przyjemność. Bardziej stresuję się przed Jekyllem ponieważ mam wrażenie, że do zagrania roli Lucy potrzebuję być w doskonałej kondycji fizycznej i wokalnej.

A ulubiona rola?

Lubię każdą. Jak pomyślę o tych wszystkich tytułach, to pojawia się uśmiech na twarzy, wracają dobre wspomnienia. Nawet jeśli próby czy atmosfera były ciężkie, to dobrze wspominam sam materiał i bycie na scenie. Tęsknię za Skrzypkiem na dachu. Marzyłam, żeby wziąć w tym udział, uwielbiam tę muzykę, uniwersalną, ponadczasową historię. Do spektaklu zaprosił mnie ówczesny dyrektor Opery i Filharmonii Podlaskiej – Roberto Skolmowski. Inne postaci…. Lubię kobiecą Morticię z Rodziny Addamsów i tango z Gomezem (w tej roli wspaniali: Tomasz Steciuk i Michał Musioł). Evitę mogłabym grać codziennie, pomimo że mieliśmy tylko miesiąc prób. Deszczowa piosenka… wiadomo – wielka przyjemność. Księga dżungli w reżyserii Jakuba Szydłowskiego – zapraszam i polecam z całego serca. To świetna rozrywka dla całej rodziny. Chyba nie ma roli, której nie lubię. Każda jest inna i uruchamia różne pokłady emocji, wyobraźni.

Morticia w Rodzinie Addamsów. Bałaś się tej roli? Jesteś młoda i Twoja sceniczna córka jest niewiele młodsza od Ciebie.

Rodzina Addamsów

W rzeczywistości Anastazja Simińska jest młodsza tylko o kilka lat. Kreowała moją córkę, a w Crazy for you będziemy razem grały postać Pollyteatr to magia! Na początku byłam sceptycznie nastawiona do Rodziny Addamsów, wydawało mi się, że ten wytwór amerykańskiej popkultury nie zainteresuje polskiego widza. Zmieniłam zdanie po obejrzeniu kilku brodway’owskich fragmentów spektaklu na youtubie. Spodobała mi się historia przepełniona dużym poczuciem humoru i dystansem do życia, krwiste postaci i gorący taniec. Miałam świadomość, że jestem za młoda by zagrać rolę pani domu, ale zaryzykowałam i wzięłam udział w castingu myśląc „albo Morticia, albo babcia” (lubię być brzydka i powykrzywiana na scenie, wyzbyć się wszystkich ładnych cech). Grając Morticię musiałam się uspokoić, pamiętać, aby gesty były pewne i osadzone, obniżyłam głos. Zagrać kogoś starszego to ciekawe doświadczenie.

A masz wymarzoną rolę?

Po pierwsze – jak marzyć, to na całego. Mam szalone pomysły: chciałabym wystąpić na Broadwayu i poprowadzić galę rozdania amerykańskich nagród teatralnych Tony Awards (śmiech). A z drugiej strony, czasami wydaje mi się, że zrobiłam już tyle ciekawych rzeczy, że już mi wystarczy, jestem usatysfakcjonowana. Na początku zawodowej drogi miałam małe, nieśmiałe pragnienia i myślę, że wszystko, co mnie później spotkało, było ponad to.

Masz ulubiony musical?

Ulubiony musical… Nie zaskoczę Cię niczym. Może Chicago… lubię jazzowe rytmy, postaci bardzo kobiece: seksowne, zadziorne, z pazurem.

A jakiś, który bardzo byś chciała zobaczyć?

W tamtym roku widziałam w Londynie Sunset Boulevard z Glenn Close – to było wręcz metafizyczne doznanie, do dziś jestem pod ogromnym wrażeniem jej osobowości i warsztatu. Chciałabym móc częściej oglądać na żywo sławy i ikony scen światowych. Numerem jeden na mojej liście must see jest Patti LuPone. To już niedługo….

Czyli masz swoje ikony musicalowe?

Lisę Minelli, Patti LuPone… Teatr teatrem, ale mam jeszcze ulubioną wokalistkę niemusicalową, nazywa się Joni Mitchell – moja muzyczna guru. Ostatnio wpadłam na szalony pomysł, żeby zorganizować jej koncert w Polsce. Niestety to naiwne marzenia, ponieważ Joni przeszła już na muzyczną emeryturę.

W tym momencie występujesz w Poznaniu, Warszawie, Szczecinie…

Evita
Evita

Tak. Współpracuję też z Teatrem Wielkim Operą Narodową, gdzie wykorzystuję umiejętności aktorskie i taneczne. Wczoraj brałam udział w Onieginie. Uwaga – 3 minuty na scenie, a ile satysfakcji! W kwietniu na deski operowe wraca Traviata, gdzie występuję wraz ze wspaniałymi tancerzami tańca towarzyskiego – m. in. Anną Bosak, Edytą Herbuś, Rafałem Maserakiem, Ewą Szabatin, Janją Lesar, Basią Zielińską, Marcinem Olszewskim, Tomaszem Barańskim czy Krzysztofem Hulbojem. Współpraca z Mariuszem Trelińskim i nimi wiele mnie nauczyła. Z Traviatą byliśmy nawet dwukrotnie na festiwalu operowym w Savonnlinnie w Finlandii.

Addamsi się niestety skończyli, pożegnaliśmy Skrzypka, ale nadal jeżdżę do ukochanego Białegostoku. Tam współpracuję z Big Bandem Filharmonii Podlaskiej, czasami koncertujemy. Tyle tych miejsc. Jedne się zaczynają, inne się kończą, jakoś to się płynnie przeplata.

Jak godzisz to wszystko? Gdzie jest Warszawa, Poznań, Szczecin…

Kluczem jest dobra organizacja. Na co dzień w pracy jestem swoją osobistą koordynatorką i lubię zorganizować sobie czas z wyprzedzeniem – miesiąc, dwa, trzy do przodu. Nie lubię mieć wątpliwości o której przyjadę i kiedy gram. Nie przemieszczam się samochodem, bo lubię w podróży odpocząć, powtórzyć sobie tekst albo po prostu spać.

Dużo czasu dziennie poświęcasz na ćwiczenia śpiewu?

Nie umiem śpiewać w domu, cenię sobie ciszę i intymność. Może kiedyś się przekonam i będę miała mniej oporów. Regularne próby i granie to mobilizacja do regularnych ćwiczeń wokalnych oraz tanecznych, do rozciągania się i dbania o kondycję fizyczną. Lubię też biegać i ćwiczyć na świeżym powietrzu.

Masz na swoim koncie wpadkę na musicalu? Coś poszło nie tak, zapomniałaś tekstu, przewróciłaś się na scenie?

Na szczęście niewiele było takich sytuacji. Z takich kompletnie czarnych dziur zawsze udało mi się jakoś wybrnąć. Jestem bardzo ciekawa, co się dzieje w mózgu, kiedy mamy zaśpiewać za sekundę, a nie pamiętamy tekstu. Zazwyczaj wtedy robi mi się gorąco, ale od razu mam w myśli kontekst, ilość sylab, długość frazy, dźwięk i udaje mi się coś poetyckiego wymyślić (uszyć), czasami zrymować. W Carmen Latinie straciłam głos na początku jednego ze spektakli, to była tragedia. Pamiętam, że ktoś za kulisami podawał mi naleweczkę, żeby rozgrzać głos, niestety to nie pomogło. Dyrektor w przerwie przeprosił widzów, byłam przekonana, że połowa ludzi wyjdzie… zostali. Główna rola zamiast śpiewać – recytowała zachrypniętym głosem – jak w koszmarze sennym. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że widowni się bardzo podobało. Ludzie kochają wpadki, lubią, jak ktoś się zgotuje (śmieje) na scenie, potknie, dlatego moje zmagania były atrakcyjne. Nie zdarzyło mi się na scenie przewrócić… wszystko przede mną (śmiech). A propos – lubię się dobrze rozgrzać przed każdym scenicznym działaniem. Nawet jeśli mam przed sobą mało wymagającą ruchowo rolę to rozgrzewam mięśnie, stawy, rozciągam się jakbym miała zatańczyć solo baletowe. Po pierwsze sprawia mi to przyjemność, a po drugie wydaje mi się, że rozgrzane ciało poradzi sobie nawet w sytuacji zagrażającej kontuzją. Lubię też położyć się na scenie przed spektaklem, kiedy widownia jest pusta. Mam wrażenie, że wymieniam się energią z tym miejscem, co daje mi poczucie bezpieczeństwa i spokój.

Nad czym konkretnie teraz pracujesz?

Obecnie jestem w próbach do spektaklu Crazy for you w Operze na Zamku w Szczecinie w reżyserii Jerzego Jana Połońskiego. Za choreografię odpowiada Jarosław Staniek, z którym ostatni raz współpracowałam 10 lat temu, bardzo mnie to spotkanie cieszy. Między innymi on był powodem, dla którego pojechałam do Szczecina na casting.

Twoja doba naprawdę ma tylko 24 godziny?

Przyznam się do czegoś. Ostatnio jeden z producentów nowego projektu, o którym nie mogę na razie mówić, powiedział, że jestem jedną z bardziej doświadczonych aktorek mocapowych w Polsce (technika Motion Capture). Zdziwiło mnie to i lekko przeraziło jednocześnie. Zaczęłam się zastanawiać kiedy to się stało, skoro najwięcej energii i czasu poświęcam scenie muzycznej? Zdałam sobie sprawę, że chyba za dużo pracuję. Tylko pytanie: skoro praca jest twoja pasją, to gdzie są granice? Na koniec wszystkich uspokoję: staram się odpoczywać i równoważyć życie prywatne i zawodowe. Bliscy wiedzą, że po intensywnym zawodowo czasie dużo śpię 😉

Martę Wiejak możecie zobaczyć w następujących spektaklach:

Luty:

Księga Dżungli: 9, 11, 12, 25, 26

Ale musicale! 14

Marzec:

Evita: 8, 10, 11

Jekyll&Hyde: 18

Crazy for you: jeszcze nie ma terminów

Kwiecień:

Traviata: 7, 8, 9, 11, 12, 13

Tutaj możecie jej posłuchać, zapraszam Was też do polubienia jej fanpage’a.

Kto z Was widział Martę na scenie? Mnie zachwyciła rolą Morticii w Rodzinie Addamsów. A jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, w ciągu najbliższych miesięcy zobaczę ją jeszcze minimum trzykrotnie. Zachęceni do nowych spektakli?