Natalia PiotrowskaNie chciałaby zagrać przesłodzonej księżniczki, jak się nie skupi, to wpada z rozpędem na scenę, a czas wolny ostatnio najchętniej wypełnia siłownią. Zapraszam na kolejną Musicalną rozmowę, moim gościem jest Natalia Piotrowska.

Musicalna: Jakiej roli nigdy nie chciałabyś zagrać?

Natalia Piotrowska: Nigdy o tym nie myślałam. Każda rola jest dla mnie wyzwaniem, więc chciałabym spróbować wszystkiego. Są oczywiście takie, które są dla mnie dosyć miałkie i nie do końca ciekawe, np. role przesłodzonych księżniczek. Moja osobowość, charakterystyka i fizyczność niespecjalnie do tego pasuje, więc obawiam się, że mogłabym wypaść w nich sztucznie. Chyba jednak nie ma konkretnej roli, której bym nie chciała zagrać.

To jakie role stanowią największe wyzwanie?

Te, które są całkowicie odmienne od naszego charakteru. Aktorstwo to jesteśmy my, nasze emocje, fizyczność, nasz głos i to wszystko musimy przerzucić przez siebie. Postać, która jest całkowicie inna, która zachowuje się zupełnie inaczej niż my sami, jest trudna do zagrania. Wymaga wielu godzin prób i przede wszystkim zrozumienia jej działań, absolutnego wczucia się w tę postać.

Masz swoje musicalowe marzenie?

Jeszcze parę lat temu powiedziałabym, że jest to ElfabaWicked, ale w tym momencie chyba nie mam takiego konkretnego. Biorę to, co los mi przynosi i staram się z każdej roli zrobić coś dobrego. Wiadomo, że raz się to udaje bardziej, raz mniej, ale walczę dalej.

Jak zaczęła się przygoda z musicalem?

Wszystko zaczęło się w roku 2006. Zaczynałam wówczas naukę w IV Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy. Pojechałam z klasą na wycieczkę do Warszawy, na Taniec wampirów do Teatru Roma. To był pierwszy musical, który zobaczyłam na żywo i absolutnie się zakochałam. Nie wiązałam w ogóle swojej przyszłości ze śpiewaniem, marzyłam o tym, żeby zostać dziennikarką. Byłam w klasie o profilu dziennikarskim i święcie wierzyłam, że to jest moja droga. Ale poszliśmy na ten musical, siedziałam w pierwszym rzędzie na samym środku i po raz pierwszy coś tak bardzo mnie pochłonęło. Muzyka, aktorzy, wampiry, które krążyły wokół mnie, które się nagle wyłaniały. Siedziałam jak zaczarowana i pamiętam, że nagle, podczas którejś ze scen doznałam olśnienia: przecież ja też tak chcę! Wróciłam do domu i to marzenie się w mojej głowie kotłowało. Nie miałam pojęcia, że są szkoły, które przygotowują do takiego zawodu. Wtedy dopiero zaczynałam liceum, miałam jeszcze parę lat na podjęcie takiej decyzji. W zasadzie tuż przed maturą dowiedziałam się, że w Akademii Muzycznej w Gdańsku są studia musicalowe, to był wtedy zupełnie nowy kierunek. Niestety nie spełniałam praktycznie żadnych wymogów, aby się tam dostać (śmiech). Nie chodziłam wcześniej do szkoły muzycznej, nie uczyłam się profesjonalnie śpiewać, tańczyć. Owszem, śpiewałam na szkolnych akademiach, weselach i próbowałam swoich sił w konkursach wokalnych, ale traktowałam to jako hobby. Podeszłam do egzaminów wstępnych bez jakiejkolwiek wiary w to, że się uda, bo byłam całkowitym laikiem. Ale udało się. Do tej pory jestem wdzięczna moim profesorom, że dali mi szansę. Tak naprawdę dopiero na studiach zaczęła się moja miłość do musicalu, dopiero wtedy zaczęłam poznawać musicale, wdrażać się w ten temat. Skończyłam szkołę, a potem jakoś samo poszło.

Kiedy zadebiutowałaś na scenie?

Swojego debiutu do końca nie pamiętam, chociaż prawdopodobnie było to w pierwszej klasie szkoły podstawowej, kiedy przyjechała filharmonia. Poprosili, żeby jakieś dziecko zaśpiewało. Ja sobie śpiewałam w domu, owszem. I wyszłam, bo stwierdziłam: o, jest mikrofon, nigdy nie śpiewałam przez mikrofon, to sobie go chociaż potrzymam. Wyszłam, zaśpiewałam Zielony mosteczek, bo tylko to mi wtedy przyszło do głowy (śmiech). Chyba to można nazwać moim debiutem przed szerszą publicznością, bo faktycznie siedziała tam cała szkoła. Jeżeli chodzi o debiut musicalowy, na trzecim roku studiów zagrałam Ruth w Wonderful Town w Filharmonii Bałtyckiej. Był to dyplom roku wyżej, więc było to dla mnie duże wyróżnienie, że jedną z głównych ról powierzono młodszej osobie. To był musical wystawiony w całości po angielsku – duże wyzwanie, ale byłam wówczas przeszczęśliwa.

Jak się potem potoczyła kariera?

Tuż po skończeniu Akademii dostałam propozycję zagrania Balladyny w Teatrze na Plaży w Sopocie w spektaklu Balladyna 68 Przybory i Wasowskiego. To był monodram przeplatany piosenkami, czyli niemałe wyzwanie dla osoby, która dopiero co skończyła szkołę i nie ma pozaszkolnych doświadczeń. Ten spektakl okazał się sukcesem i do tej pory jest lubiany przez widzów. Kochałam Trójmiasto i nadal kocham, ale po jakimś czasie stwierdziłam, że spróbuję szczęścia w Warszawie. W Trójmieście niespecjalnie dużo się wtedy działo. Teatr Muzyczny w Gdyni był zamknięty na nowe osoby i raczej nie przyjmowali nikogo spoza ludzi, którzy byli wtedy na etacie, więc wyprowadziłam się do Warszawy, nie mając tutaj totalnie nic, ani pracy, ani znajomych, nikogo. Nie, przepraszam, był już Kamil Zięba, który rok wcześniej skończył szkołę, więc praktycznie wprowadziłam się do niego z walizami na kilka tygodni. Zaczęłam wszystko od początku. Chodziłam na castingi, po jakimś czasie udało się wygrać pierwszy do spektaklu Abba Club w reżyserii Roberta Kudelskiego. Chwilę później dostałam się do Legalnej Blondynki w Krakowie, a potem pojawiła się Rampa, w której gram do dziś.

Którą z dotychczasowych ról wspominasz najlepiej?

Nie wiem (śmiech). Każda z nich przyniosła mi coś innego, poznałam fantastycznych ludzi, aktorów, tancerzy, twórców, reżyserów. Chyba rolą, z której jestem najbardziej dumna, jest Maria Magdalena z Jesus Christ Superstar. To było moje ciche marzenie na studiach, które się spełniło. Nie było żadnego castingu do tego musicalu, dostałam tę rolę z propozycji i nawet się nie zawahałam, przyjęłam ją od razu… Żałuję, że tak rzadko ją gram, bo ten musical pojawia się w Rampie tylko przed Wielkanocą, ale już teraz nie mogę się doczekać tego okresu właśnie ze względu na to.

Jak wyglądają przygotowania do premiery?

Są straszne. Nie lubię etapu próbowania. To dla mnie trudny czas, nie czuję się w tym do końca komfortowo. Ja uwielbiam występować już przed publicznością, ale zanim to nastąpi, trzeba przejść przez ten okres prób. Jest to zazwyczaj kilka tygodni, miesięcy ciężkiej pracy, od rana do wieczora z jakąś krótką przerwą na obiad. Absolutnie nie mam wówczas czasu dla rodziny i znajomych, więc ja mówię wtedy, że nie żyję. Nie chodzę na żadne imprezy, praktycznie nigdzie się nie pojawiam. Zaszywam się w teatrze, a wracając, myślę tylko o tym, żeby położyć się spać, bo jest to zawsze wyczerpujące. Próby choreograficzne, muzyczne, aktorskie, ogółem bardzo wymagający czas. Oczywiście, jest to też piękny etap, bo mamy możliwość szukania, wybierania smaczków do swoich postaci, ale jeśli chodzi o życie prywatne, to całkowicie u mnie zanika. Żałuję, że tak jest, bo ja akurat potrzebuję jednego i drugiego. Jak jedna rzecz szwankuje, to odbija się to u mnie na tych drugich sprawach niestety. Nie jestem osobą, która potrafi totalnie oddzielić te dwie rzeczy. Dlatego bardzo się cieszę w tym momencie, że próby do Kobiet na skraju załamania nerwowego się zakończyły, bo ten spektakl był dla mnie chyba najtrudniejszym do tej pory. Cieszę się, że premiera jest już za nami i pozostaje tylko grać spektakle.

Jaka jest Marisa?

Jest całkowicie inna niż ja. W niemal wszystkich sytuacjach, w których się znalazła, ja postąpiłabym zupełnie inaczej. Gram żelazną dziewicę, która marzy o tym, żeby już usidlić swojego partnera życiowego, wyjść za niego za mąż. Dąży do ślubu, ale tak naprawdę nie ma między nimi miłości. Marisa jest dosyć wyrachowana, ale w głębi duszy jest również wrażliwa, co można zobaczyć w niektórych scenach. Mam nadzieję, że udało mi się to pokazać. Cieszę się, że w wątku Marisy jest dużo scen komediowych, bo rozśmieszenie widzów nie należy do najłatwiejszych zadań. Cały spektakl pokazuje zmienność kobiet, wszystkie ich kolory, pokazuje nas, kobiety, jako silne, ale jednocześnie bardzo kruche istoty.

Co w swoim zawodzie lubisz najbardziej?

Najbardziej lubię konfrontację z publicznością. Moment, w którym wchodzę na scenę. Nie widzę nikogo, bo zazwyczaj dostajemy reflektor w twarz i nie ma możliwości szukania osób na widowni. Ale lubię tę wymianę emocji. My coś dajemy, publiczność reaguje. A reaguje naprawdę różnie. Są spektakle, w których cała widownia się śmieje, są takie, w których jest cisza i wtedy się zastanawiamy, co jest nie tak albo gdzie popełniliśmy błąd. Nie można o tym myśleć, bo każdy człowiek jest inny, ma inne gusta i inaczej reaguje. Każde wyjście na scenę musi być pierwsze. Pomimo, że gramy coś setny raz, to zawsze musimy wychodzić, jakby to był ten pierwszy raz, bo tylko wtedy ten zawód ma sens i można nazwać go sztuką, a nie rzemiosłem.

Zdarzały się wpadki na scenie?

Pewnie. Zarówno mnie, jak i moim partnerom. Oczywiście nie mówimy o wpadkach technicznych, które nie są od nas zależne, typu niewłączony mikroport czy rozładowana bateria. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć kwestię czy o tym, że właśnie mam wejść na scenę. Czasami na nią wbiegałam. Zazwyczaj działo się to, kiedy byłam po prostu nieskupiona. Jak dochodzi do takiej sytuacji, to oczywiście zawsze próbujemy to odwrócić tak, żeby widz się nie zorientował i jeszcze chyba nie usłyszałam od nikogo, że moja wpadka była bardzo widoczna (śmiech). Wpadki zdarzają się nawet najlepszym i najdłużej grającym na scenie aktorom. Jesteśmy tylko ludźmi.

Masz dużo fanów?

Tak. Wielu zyskałam przez Studio Accantus. Studio prężnie działa, do coraz większego grona ludzi trafia. Dzięki temu, że tam śpiewam i koncertuję, coraz więcej osób ma szansę zobaczyć mnie w różnych odsłonach. Fani piszą do mnie wiadomości, zjawiają się na spektaklach i na koncertach. Jest to zawsze bardzo miłe, kiedy chcą zrobić sobie zdjęcie czy proszą o autograf. Jestem w szoku, bo niektóre osoby potrafią przejechać całą Polskę, żeby zobaczyć spektakl, w którym gram. To dla mnie totalny kosmos, bo ja chyba nie miałabym aż tylu sił i chęci, żeby jeździć za moimi idolami na drugi koniec Polski, a są osoby, które są naprawdę wszędzie. Widzę i poznaję te twarze. Jesteśmy w Warszawie, potem w Krakowie, za chwilę w Gdańsku, a ci ludzie ciągle za nami jeżdżą. To jest coś niesamowitego, bo trzeba mieć na to czas i pieniądze, rzecz jasna, ale przede wszystkim wielkie serce. Ja w takich momentach naprawdę się wzruszam. Miewam momenty zwątpienia, czasami chciałabym rzucić to wszystko, zaszyć się pod kocem i nigdzie nie wychodzić, ale za chwilę sobie myślę, że jednak robię to dla kogoś, a nie tylko dla siebie. To jest cudowne i bardzo się cieszę, że to grono fanów ciągle się powiększa.

Zdarza się, że rozpoznają Cię na ulicy?

Tak. Rozpoznają mnie w tramwaju, w autobusie, ostatnio też na siłowni i w Złotych Tarasach. Jest to bardzo miłe. Kiedyś jechałam komunikacją miejską, usłyszałam, że jakieś dziewczyny rozmawiają o mnie dosyć głośno, ale nie były do końca przekonane czy to ja, czy ktoś do mnie podobny. Może dlatego, że byłam bez makijażu (śmiech). To są miłe rzeczy. Nie odważyłam się odwrócić i powiedzieć im, że to faktycznie ja, ale było to zabawne uczucie.

Jak się zaczęła Twoja przygoda ze Studiem Accantus?

Zaczęło się ponad cztery lata temu. Studiowałam jeszcze w Gdańsku, razem z Jarkiem Kozielskim (bratem Bartka), który był dwa lata niżej. Robiliśmy na wydziale duży koncert musicalowy, w którym brały udział wszystkie roczniki. Przyjeżdżała rodzina, znajomi, przyjechał też Bartek. Śpiewałam wtedy Shadowland. Po koncercie Bartek zadzwonił i zaprosił mnie do Studia. Nie słyszałam wtedy w ogóle o Studiu Accantus, bo tak naprawdę to były jego początki. Bartek nagrywał piosenki, wrzucał na Youtuba, ale nikt wówczas nie myślał o tym, że to się tak rozrośnie i że będzie można na tym również zarabiać. Stwierdziłam, że jak będę w Warszawie, to faktycznie się odezwę. Za jakiś czas jechałam chyba na jakiś casting, byłam kilka dni w Warszawie, więc umówiliśmy się na nagrania. Nagrywałam coś z Chicago, ta piosenka nie trafiła ostatecznie na Youtuba, ale od tego momentu zaczęła się moja współpraca z Bartkiem. Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, Bartek zaczął regularnie zapraszać mnie do Studia.

Wracając do musicalu. Masz osoby, które Cię inspirują?

Teraz już nie. Na studiach byłam bardzo zauroczona musicalem i wtedy uwielbiałam Eden Espinosę, Idinę Menzel i wszystkie wokalistki, które śpiewają mocnym beltem. Bardzo mi to imponowało i chciałam być taka, jak one. Teraz chyba dojrzałam do takiego momentu, że nie mam idoli. Oczywiście są osoby, które cenię i szanuję za to, co osiągnęły, ale nie mogłabym powiedzieć, że się nimi inspiruję. Ja w każdej piosence staram się być sobą. Oczywiście słucham innych wykonań, ale w zasadzie nie muszę tego robić, żeby znaleźć coś swojego. Po prostu zabieram się za utwór od podstaw, przerabiam swoje emocje i swoje dźwięki.

Masz ulubiony musical?

Jest ich kilka. Wicked, moja miłość od wielu, wielu lat. Król Lew, chociaż to chyba nie do wystawienia w Polsce. To jest fantastyczne, jak musical się rozwija w naszym kraju. Choćby to, ile jest premier musicalowych tej jesieni. Jeszcze kilka lat temu można było o tym pomarzyć, a teraz praktycznie w każdym mieście coś się dzieje. Marzyłam zawsze, żeby zagrać w Miss Saigon, niestety jak grali ten musical, to byłam jeszcze małą dziewczynką. Może kiedyś któryś z teatrów zdecyduje się go wystawić ponownie. To jest musical, który mogę oglądać kilka razy i nigdy mi się nie znudzi.

Masz jakieś plany zawodowe poza musicalem? Jakaś płyta?

Na dzień dzisiejszy nie interesuje mnie komercja, więc gdybym miała coś wydawać, to byłaby to bardzo stonowana płyta, z gatunku poezji śpiewanej. Ja w ogóle jestem osobą melancholijną, więc wesołe, skoczne piosenki nie są dla mnie. Jasne, potrafię się w nich odnaleźć, kiedy trzeba, bo uważam, że jestem dosyć elastyczną wokalistką. Jednak najchętniej bym usiadła i płakała (śmiech). To mi w duszy gra najbardziej. Chciałabym kiedyś nagrać coś swojego, ale w tym momencie nie mam ani czasu, ani pomysłu, jakby to miało ostatecznie wyglądać i z kim bym to chciała nagrać, bo oczywiście sama nie jestem w stanie wszystkiego zorganizować. Myślę, że ten czas jeszcze nie nadszedł, ale mam nadzieję, że nadejdzie. Uważam, że w każdym artyście drzemie coś takiego, żeby pokazać coś swojego. Żeby nie tylko odtwarzać, ale też coś stworzyć. Mam nadzieję, że to nastąpi, ale nie czuję musu, że albo teraz, albo nigdy. Myślę, że to musi się urodzić. Poza tym marzę, żeby zagrać w filmie wojennym. Chciałabym wcielić się w sanitariuszkę z tamtych czasów.

Rodzina Cię wspierała w drodze artystycznej?

Różnie z tym bywało, ale miałam wsparcie w rodzicach. W rodzinie nie było tradycji aktorskich ani wokalnych. Oczywiście początkowo mówiono mi, żebym zajęła się czymś poważnym, co da mi pracę. W tych czasach nie ma zawodu, który zagwarantuje pracę, ludzie kończą przeróżne kierunki studiów i są bezrobotni albo robią coś zupełnie innego niż planowali. Mnie się udało skończyć studia artystyczne i od razu zacząć pracę w zawodzie, więc jest to duże szczęście. Nie miałam od tego czasu żadnego przestoju, praktycznie z jednej produkcji wchodziłam w drugą, więc w zasadzie mam stałą pracę. Oczywiście spektakle schodzą z afisza po jakimś czasie i wiadomo, że to nie jest na zawsze i może się coś skończyć i coś następnego się nie udać, bo nie wygram kolejnego castingu i po prostu zostanę bez pracy. Poznaję jednak co chwilę nowych ludzi z branży i póki co mam to szczęście, że mnie zapamiętują i zapraszają, czy to do stałej współpracy, czy do jednorazowych koncertów. Dzieje się tego dużo, gram też sporo zamkniętych imprez, o których nie mówię, które nie są dostępne dla szerszej publiczności.

Tak, jak wspomniałam, rodzice mnie wspierali, chociaż początkowo chcieli, żebym miała drugi zawód na wszelki wypadek. Między innymi dlatego zaczęłam też studia kryminologiczne. Prawie je skończyłam, nie podeszłam do ostatnich egzaminów i nie napisałam pracy magisterskiej. Już nie miałam na to czasu. Dostałam ultimatum, że albo sobie pani gra, śpiewa i skacze, albo będzie pani poważną panią kryminolog. Rzuciłam studia w końcowej fazie i zrobiłam to, co w danej chwili podpowiadało mi serce. Nie żałuję. Niesamowite jest to, że moja najmłodsza siostra idzie w tym samym kierunku. Od października rozpoczęła studia musicalowe w Gdańsku. Mam swojego małego klona (śmiech).  Znaczy nie takiego małego, bo ona ma już 19 lat, ale dla mnie zawsze będzie małą siostrzyczką. Jesteśmy do siebie bardzo podobne. Wszyscy mówią, że mamy niemal identyczne głosy, jesteśmy podobne fizyczne. Chciałabym zagrać z nią na jednej scenie. Najlepiej tę samą osobę, ale na różnych etapach jej życia. Mam nadzieję, że uda się kiedyś wspólnie w czymś zagrać.

Jakie masz hobby?

Przyznam szczerze, że mam bardzo mało czasu dla siebie, ale ostatnio polubiłam sport, siłownię i rzeczy związane ze zdrowym trybem życia. Przez wiele lat miałam kilkukilogramową nadwagę. Byłam osobą, która niespecjalnie lubiła sport i zdrowe jedzenie. Jakiś czas temu się to zmieniło i mam nadzieję, że uda mi się osiągnąć swój wymarzony cel, wymarzoną sylwetkę i przede wszystkim w pełni odzyskać zdrowie, bo ostatnio mi trochę szwankuje.

Jakie są Twoje sposoby na relaks?

Jeżeli mam wolną chwilę, staram się ją spędzać z moim chłopakiem. Jak jestem z nim, to od razu się relaksuję. Lubię też korzystać z masaży. Kiedyś byłam osobą, która mogła odpoczywać w każdym miejscu, byle nie w domu, żeby odpocząć musiałam gdzieś wyjechać. Teraz, im jestem starsza, im więcej się dzieje, tym bardziej doceniam to, że mogę wrócić do swojego mieszkania, położyć się, przykryć kocem, wziąć książkę i po prostu odpocząć od wszystkiego, co się dzieje. Powoli staję się domatorką. Co oczywiście nie znaczy, że nie lubię podróżować, bo uważam, że wakacje potrzebne są każdemu. Jestem raczej spokojną osobą, nie gonię za niczym. Nie mam tak, że jak mnie nie chcą drzwiami, to wejdę oknem. Raczej czekam na swoją kolej, na razie sprawdza się to w moim życiu. Nie mogę narzekać na brak obowiązków, brak pracy i brak zainteresowania.

Dobrze, że się dzieje, dobrze, że nie dzieje się za dużo. Jak się dzieje za dużo i nie mam czasu na życie prywatne, to zaczynam źle się czuć w tym, co robię. Muszę mieć równowagę. Jestem bardzo emocjonalną osobą, bardzo wrażliwą i wszelkie rzeczy, które się nie udają, odbijają się na całym moim życiu. Uczę się tego, żeby to rozgraniczyć, ale jest to trudne. Muszę mieć czas dla siebie. Zawsze czułam się dojrzalsza od rówieśników i to też odzwierciedla, jak pracuję i w jaki sposób podchodzę do tej pracy. Praca pracą, fajnie, że mogę robić to, co kocham i jeszcze mi za to płacą. Jest to moja pasja, ale nie za wszelką cenę. Mogę też robić coś niezwiązanego ze sztuką, jeżeli przyjdzie taka potrzeba. To nie jest tak, że to jest całe moje życie i nic poza tym. Dla mnie ważniejsze są relacje rodzinne, uczuciowe i jeżeli tu się wszystko zgadza, to i w pracy będzie się zgadzało. Jeżeli na tym polu coś nie zagra, to nie będę szczęśliwa, nawet jeżeli dostanę Tony Awards. Super, fajnie by było, ale musi być ta równowaga w życiu.

Co byś mogła robić w życiu, gdyby nie musical?

Mogłabym siedzieć w domu, rodzić dzieci i gotować obiady (śmiech). Widzę siebie taką za kilka lat. Co prawda, mój chłopak nie chciałby, żebym z czegokolwiek rezygnowała, ale ja myślę, że mogłabym się poświęcić. Mogłabym być taką mamą gotującą, sprzątającą, marzę o tym po cichu, że to się niedługo wydarzy. Tego mi w życiu brakuje w tym momencie. Mogłabym też pracować zdalnie, przy komputerze. Kiedyś też myślałam o prowadzeniu bloga, chociaż teraz on by się skupiał pewnie na zdrowym odżywianiu i zdrowej diecie, bo, jak mówiłam, zaczęłam się tym na poważnie interesować. Ale na pewno brakowałoby mi śpiewania, sceny, publiczności. Zobaczymy, jak to się wszystko potoczy. Na razie idzie to w dobrym kierunku. Wystarcza mi to, co mam.

Plany zawodowe na najbliższy czas?

Żeby nie zwariować w tym, co się dzieje. W tym sezonie dzieje się dużo. Gram naprzemiennie  Kobiety na skraju załamania nerwowegoRapsodię z demonem. Śpiewam koncerty Broadway Exclusive i koncerty symfoniczne ze Studiem Accantus. Niebawem powraca też mój ulubiony musical, w którym gram – Jesus Christ Superstar. Zaczęłam również studia magisterskie na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Oczywiście mój tryb nauczania będzie bardzo indywidualny, czeka mnie dużo jeżdżenia, ale stwierdziłam, że to ostatni dzwonek, żeby to zrobić. Chciałabym w pełnym zdrowiu i kondycji dobrnąć do końca sezonu. Tego sobie życzę.

Oczywiście my też życzymy tego Natalii. Zapraszamy Was na jej fanpage, jej Instagrama, tutaj możecie jej posłuchać. W tym miesiącu możecie ją zobaczyć:

8-10 grudnia Rapsodia z demonem, Teatr Rampa w Warszawie

16 grudnia Koncert kolęd Accantus Symfonicznie w Bielsku-Białej

29-31 grudnia Kobiety na skraju załamania nerwowego, Teatr Rampa w Warszawie

Znacie Natalię Piotrowską? Widzieliście ją na scenie w roli musicalowej, a może byliście na jej koncercie? Podzielcie się wrażeniami.